Kinowy cham


W pierwszą sobotę listopada obchodzony jest w Norwegii Dzień Kina. Trudno używać tu określenia "tradycja", bo inicjatywę wprowadzono w życie dopiero kilka lat temu. A na czym polega? Tego dnia bilety na wszystkie seanse w całym kraju kosztują połowę zwyczajowej ceny, a programy kinowe zostają wzbogacone o liczne przedpremiery. Dwa lata temu podczas Dnia Kina obejrzałem Dwóch braci i Człowieka w ogniu. Rok temu — Klątwę królika i Buty nieboszczyka. W miniony weekend padło na Infiltrację i Shooting Dogs (ten ostatni trafi do dystrybucji w Polsce na początku grudnia i nie doczekał się jeszcze tłumaczenia tytułu).

Infiltracja (The Departed)
Najnowszy film Martina Scorsese z doborową obsadą. W rolach pierwszoplanowych wystąpili znakomici Jack Nicholson, Leonardo Di Caprio i Matt Damon, a w tle przewijają się zapadający w pamięć Mark Wahlberg, Alec Baldwin i Martin Sheen ("skąd ja znam tę twarz? ano tak, z Czasu apokalipsy"). Film stanowi remake kasowego przeboju produkcji hongkonśkiej z 2002 pt. Sprawy wewnętrzne. Oryginału (na razie) nie widziałem, więc do historii serwowanej w Infiltracji mogłem podejść jak do czegoś zupełnie świeżego. A pomysł, zaiste, znakomity i z werwą zrealizowany. Film opowiada o dwóch próbujących się nawzajem zdemaskować kretach — jeden z nich infiltruje szeregi policji dla mafii (antypatyczna kreacja Damona), drugi szeregi mafii dla policji (w tej roli przekonujący i zręczny Di Caprio). Natomiast w czołowego gangstera wciela się diaboliczny Jack Nicholson, po którym w ogóle nie widać, że w przyszłym roku stuknie mu siedemdziesiątka.

Niestety, choć film ogląda się znakomicie, zakończenie mnie rozczarowało. Przekombinowane, za długie; widz nie dostaje w nim skompresowanego ładunku emocjonalnego, na który z upragnieniem czeka. Infiltracja jest od początku aż do samego końca bardzo nieprzewidywalna. Akcja płynie wartko, ale nie mamy pojęcia, co wydarzy się za chwilę. Niestey, tak się dziwnie złożyło, że zakończeniu przydałoby się więcej przewidywalności, najlepiej w postaci rozrachunku pomiędzy głównymi bohaterami w starym, dobrym stylu. Wyszłoby to całości zdecydowanie na zdrowie. Mimo wszystko polecam.

Shooting Dogs
Fabuaryzowana, ale wiernie trzymająca się faktów opowieść o pierwszych dniach ludobójstwa, jakie miało miejsce w Rwandzie w 1994 r. podczas wojny domowej pomiędzy plemionami Hutu i Tutsi. To jeden z najbardziej bolesnych filmów, jakie zdarzyło mi się ostatnio oglądać. Twórcy stawiają pytanie: Jeśli we współczesnym świecie doszło do tak okrutnej tragedii, po co nam to całe ONZ? Mnie niepokoi coś innego: Fakt, że do wymordowania miliona Rwandyjczyków doszło zaledwie rok po premierze Listy Schindlera. Najwyraźniej wystarczy tylko stosowna sytuacja geopolityczna, by świat zamknął oczy, gdy gdzieś rozgrywać się będzie kolejny Holokaust.

Mocno polecam. Przede wszystkim ze względu na tematykę. Ale także dlatego, że zastanawiając się, co my byśmy zrobili na miejscu dowódcy oddziału sił międzynarodowych, księdza lub młodego nauczyciela, możemy dojść do niepokojących wniosków i dowiedzieć się czegoś ważnego o nas samych. Od strony technicznej ozdobą Shooting Dogs jest John Hurt. Jak to możliwe, że o istnieniu tego wyśmienitego aktora dowiedziałem się dopiero w tym roku, dzięki V jak Vendetta (gdzie wcielił się w rolę dyktatora Sutlera)?

Na koniec pozostaje wytłumaczyć genezę tytułu powyższego wpisu. Oglądając Infiltrację jadłem chipsy — przez cały seans. Cicho, nie szeleszcząc. Okazało się, że stłumienie bodźców akustycznych nie wystarczyło. Gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe i zapalono światła, nachylił się ku mnie siedzący bezpośrednio po lewej stronie facet i powiedział, dość nieprzyjemnym tonem: Następnym razem postaraj się nie jeść w kinie czegoś, co tak cuchnie. W pierwszej chwili mnie zaskoczył, bo jak można nie lubić zapachu zielonej papryki i cebulki? W drugiej chwili odpowiedziałem, zachowując doskonały spokój: Mogłeś powiedzieć wcześniej (w Norwegii nie obowiązuje forma grzecznościowa "pan"). Facet wyburczał w odpowiedzi: Ano mogłem, coś zamamrotał, i rzucił na koniec: Kinowy cham. :D

A oto podsumowujący wydarzenie aforyzm mojego autorstwa: Zwrócenie uwagi po fakcie to doskonały sposób na zanegowanie dżentelmeństwa wynikającego z niezwracania uwagi w trakcie.

Reklamy

14 uwag do wpisu “Kinowy cham

  1. Ciekawe jakby ten Norweg zareagował na realia polskiego kina: popcorn w najbardziej niestosownych scenach filmu, dzieciaki, głupie komentarze,którymi ludzie niewiadomo czemu, dzielą się z całą widownią. Jeśli jesteśmy przy anegdotach kinowych: parę lat temu, gdy wszelkie ekrany należały do "Pasji", również i ja wybrałam się do najbliższego kina, aby ją obejrzeć. Podczas sceny biczowania Chrystusa, spojrzałam na swoją sąsiadkę: nos i oczy miała czerwone od płaczu, a w rękach dzierżyła, którąś z kolei chusteczkę higieniczną. Spojrzała się na mnie tak, że poczułam się jak bestia, bo mnie los biczowanego specjalnie nie wzruszał, a już na pewno nie na tyle, aby uprawiać podobne lamentacje. W pewnym momencie (gdy Chrystus cały zakrwawiony leżał na ziemi, a strażnik rzymski dalej znęcał się nad nim niemiłosiernie)usłyszałam upierdliwy "chrup". Odwróciłam się (tak samo jak i moja sąsiadka) i naszym oczom ukazał się jakiś gość, zaspakajający swoje łakomstwo w najlepsze, akurat podczas najbardziej kulminacyjnej sceny biczowania. Obie spojrzałyśmy na siebie wstrząśnięte, choć zapewne z różnych powodów. Wszak jedzenie podczas tak brutalnych scen…trzeba mieć naprawdę wyjątkową niewrażliwość.

  2. Taaa jasne…. A kto mowil "Jakie to smutne, chlip chlip" i smial sie przy okazji:>?

  3. głupie komentarze,którymi ludzie niewiadomo czemu, dzielą się z całą widownią.

    Hmmm. Alchemist, pamietasz ty moze Fausta;>?

    w Norwegii nie obowiązuje forma grzecznościowa "pan"

    Matko, nastepny tak popieprzony kraj xD

  4. No wybacz, ale trudno miec inne zdanie nt. kobiety, ktora sie podnieca kazdym wisiorkiem:PA wizja pomidora smieszy mnie do teraz.

  5. "Hmmm. Alchemist, pamietasz ty moze Fausta;>?"Tak pamiętam. Fajna, choć trochę nudnawa opera. Bardzo gadałeś w trakcie. :P

  6. Nie wspominając o osobie, która dławiła się ze śmiechu przez całą scenę z Małgorzatą i szkatułką i miała co chwilę wizje rzucania pomidorami. :P

  7. Usiłując popierać zasadę wstęp = komentarz wPiSuję się. Na filmach pewnie nie będę, a pytam isę, jakie tam macie chipsy? W Norwegii?:P

  8. Masato, dziękuję za to pytanie (o chipsy, nie o procenty :)). Dobrze z nim trafiłeś, uważam się bowiem za konesera chipsów. :) A więc, najważniejsze różnice pomiędzy chipsami polskimi a norweskimi prezentują się następująco:- Chipsy w Norwegii sprzedawane są w dużych paczkach. 200 g to minimum, zazwyczaj 300-400. Gdy widzę polski "drobiazg" chce mi się płakać — czy polscy producenci chipsów mają swoich konsumentów za krasnoludków? :)- Chipsy w Polsce mają jednak, hm, bardziej wyrafinowany smak. Norweskie chipsy są zdecydowanie mniej smaczne od naszych "Lay'sów" czy "Chio Chipsów".A cena? Ok. 15-20 kr za dużą paczkę (7,5-10 zł).

  9. LawDog writes:Och, och… Kirtan, Alchemist – koffani – po mału robi nam się tutaj czat, jak widzę. Borys uświadamia nam, jak wielka przepaść dzieli Polskę i Norwegię. W naszym poczciwym kraju żaden "facet" nie odważyłby się zwrócić uwagi szeleszczącemu torebką chipsów młodzieńcowi w kinie. O "kinowym chamie" nie wspominając.

  10. K…a, ja nie szeleściłem! :DPS. Dobrze, że wreszcie się zaktywowałeś (zaktywizowałeś? :)), LawDogu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s