Najlepsze z obejrzanych w 2006


Oceniając kolektywnie obejrzane w minionym roku filmy (nie tylko nowości, ale w ogóle wszystkie filmy, które widziałem w 2006), stwierdzam wystąpienie trzech tendencji spadkowej: ilościowej, czasowej i nastrojowej, lecz na szczęście nie jakościowej. Przede wszystkim zetknąłem się z dwa razy mniejszą liczbą tytułów niż w roku poprzednim, czyli 2005. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest najwyraźniej jedna: W telewizji interesujące mnie filmy emitowano rzadziej. Czasowa tendencja spadkowa polega natomiast na tym, że na produkcje ryjące się głęboko w pamięć musiałem czekać aż do ostatniego kwartału. I wreszcie kwestia nastrojowości — owe trzy filmowe debeściaki '06 okazały się utworami w najlepszym razie ponurymi, w najgorszym zaś przygnębiającymi.

Co zatem przyniósł szklany i srebrny ekran w ciągu minionych dwunastu miesięcy?


Za numer jeden uważam bezsprzecznie Ludzkie dzieci. Czemu? Na pewno nie za sprawą fabuły, która, choć wciągająca, była bardzo nieskomplikowana. Swoje musiała zatem zrobić skoncentrowana dawka klimatu, zbudowanego dzięki przemawiającej do wyobraźni, bogatej w szczegóły scenografii, podkreślanej długimi ujęciami. Jednak i sam gatunek, do którego "Ludzkie dzieci" należy zaliczyć, zrobił swoje: Nie przechodzę obojętnie obok dystopijnego kina SF.

Dwa następne miejsca podium zajmują filmy nakręcone na podstawie autentycznych wydarzeń. Nieco lepiej oceniam Lot 93, nieco gorzej Shooting Dogs. "Lot 93" oglądałem z rosnącym wykładniczo przejęciem, a końcowe piętnaście minut mocno podbiło mi puls. Niesamowite, że reżyserowi udało się tak emocjonująco odtworzyć wypadki, których finał wszyscy doskonale znamy — film opowiadał bowiem o losach czwartego samolotu z 11 września, który rozbił się bodajże w Pensylwanii na skutek walki wynikłej na pokładzie między pasażerami a terrorystami. O ile "Lot 93" okazał się produkcją trzymającą w maksymalnym napięciu, o tyle "Shooting Dogs" był bardzo bolesny. Za kanwę tego drugiego posłużyło ludobójstwo w Ruandzie w latach 90., całkowita obojętność Zachodu wobec masakry oraz bezradność znajdujących się na miejscu, "zaangażowanych" białych, w szczególności duchownych. Po głowie nadal kołacze mi jednak smutne pytanie o sens kręcenia filmów ostrzegających przed powtórką z historii, skoro do tragicznych wydarzeń w Ruandzie doszło w rok po premierze "Listy Schindlera".

Tyle, jeśli chodzi o debeściaki — były ich dokładnie trzy. Dopełnię teraz okrągłą dziesiątkę innymi ciekawymi pozycjami, już nie must-see, lecz should-see — oczywiście cały czas poruszam się w obrębie filmów obejrzanych przeze mnie w ubiegłym roku (więcej nowości nie uświadczycie).

Życie Carlita: Al Pacino jako gangster, który po wyjściu z więzienia chce zostać uczciwym obywatelem, ale przeszłość i środowisko natychmiast się o niego upominają. Brian de Palma rewanżuje się widzowi za kiepskiego fabularnie "Człowieka z blizną" sprzed dwudziestu lat (też z Alem); szkoda tylko, że "Życie Carlita" ma tak przewidywalne zakończenie.

Traffic: Kilka luźno połączonych ze sobą nowelek opowiadających o produkcji, handlu i konsumpcji narkotyków. "Reqiuem dla snu" analizował problem uzależnienia od strony psychologicznej, "Traffic" podchodzi do sprawy z ogólnospołecznego punktu widzenia. A oba filmy nomen omen wciągają.

Uczeń szatana: Na podstawie prozy Stephena Kinga, ale bez elementów nadprzyrodzonych. Młody chłopak szantażuje starego mężczyznę, w którym rozpoznał hitlerowskiego zbrodniarza. Inteligentnie poprowadzona fabuła plus świetna rola Iana "Gandalfa" McKellena.

Słoń: Nakręcony w specyficzny sposób film o masakrze w szkole w Columbine, gdzie para uczniów uzbrojonych w broń krótko- i długolufową urządziła na korytarzach FPP-a. Scenarzyście chwali się, że nie próbuje szukać odpowiedzi na pytanie "dlaczego?" (wielu innych próbowało i poległo), a reżyserowi, że przedstawia historię w robiącej stosowne wrażenie formie.

Memento: Bracia Nolan opowiadają historię kryminalną… od tyłu. Tak nowatorskie podejście znajduje inteligentne i oryginalne wyjaśnienie w fabule, co liczy się niewątpliwie na plus. Na minus — zbyt mała dawka przewrotności w opowiadanej historii. Zakończenie (czy raczej początek) nie zawodzi, ale porażać też nie poraża.

Miasto Boga: Fabularna, ale nosząca liczne znamiona dokumentu, produkcja o małoletniej przestępczości w Rio de Janeiro. Nasycona kolorami, dynamicznie zmontowana i naturalistyczna opowieść, którą można by pewnie nazwać dalekim krewnym "Pulp Fiction". Dalekim.

Mesjasz: Hollywood przedstawia początki islamu. Brzmi podejrzanie, prawda? Spokojnie — film powstał na długo przed 11/9, jeszcze w latach siedemdziesiątych. W celach kulturowoedukacyjnych niegłupim pomysłem byłaby kinowa redystrybucja "Mesjasza" na Zachodzie. Film pokazuje bowiem dobitnie, że islam to religia równie przyzwoita, co każda inna, a także prezentuje podstawową różnicę pomiędzy islamem a chrześcijaństwem: Muzułmanie zamiast nadstawiać drugi policzek, mają przykazane dać napastnikowi w pysk. Chwalę zdrowy rozsądek Koranu w tej materii.

Oby rok 2007 pod względem filmowym okazał się lepszy od 2006… ale gorszy od 2008.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Najlepsze z obejrzanych w 2006

  1. To ja dorzuce jeszcze "Dr. Strangelove". Film to duzo starszy ode mnie, ale okazje obejrzec mialem dopiero niedawno. Naprawde polecam.

  2. Wiadomo, Kubrick. :) Widziałem "większą połowę" jego filmów, ale ciągle jeszcze nie miałem okazji obejrzeć "Dra Strangelove", "Spartakusa" i "Ścieżek chwały". Czekam cierpliwie na telewizyjną sposobność. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s