Semestr wiosenny 2007


Ferie się skończyły, nowy semestr od dwóch tygodni w toku. Tak jak zwykle, nastąpiła stuprocentowa wymiana przedmiotów i cztery stare zostały zastąpione przez cztery nowe. Oto wrażenia wyniesione po kilku pierwszych wykładach i ćwiczeniach. Obiecuję, że będzie zupełnie nietechnicznie.


Fizyka jądrowa: Zajęcia prowadzi bardzo sympatyczny, ale niestety częściowo sparaliżowany profesor. Nie jeździ jednak na wózku inwalidzkim i porusza się, bardzo wolno, o własnych siłach (z pomocą rulatora). Na tablicy nie byłby w stanie pisać, więc salę zaopatrzono w zaawansowany technologicznie sprzęt. Profesor siada oto przed dużym monitorem dotykowym i wizualizuje treść wykładu przy pomocy elektronicznego długopisu. To, co napisze, podwieszony pod sufitem projektor wyświetla na planszy. Wszystko odbywa się niezwykle powoli, ale wbrew pozorom choroba profesora nie ma z tym nic wspólnego. Mówi on i pisze w zupełnie normalnym tempie, kłopot ma tylko z nogami. Rzecz w tym, że profesor ma zwyczaj zapisywania niemalże każdego wypowiedzianego przez siebie zdania — od początku do końca. Skrótów, myślowych ani żadnych innych, nie stosuje.

Mała ilustracja: Pierwsze zajęcia mnie ominęły (wracałem tego dnia z Polski), pojawiłem się dopiero na drugich. Profesor wznowił przerwany poprzedniego dnia wątek wykładu. Otworzyłem podręcznik w okolicach dwudziestej strony i zacząłem szukać aktualnego tematu. Nie ma, chyba jestem za daleko. Przewracam karki z powrotem, z powrotem, z powrotem… Strona druga. Wow. Ale pewnie teraz będzie już szło szybciej? Nie. Po sześciu godzinach wykładu omówiliśmy sześć pierwszych stron podręcznika. Istna definicja luzu.

Wykładowców jest w gruncie rzeczy dwóch. Przez kilka następnych tygodni zajęcia prowadzić będzie (po angielsku) rosyjska pani profesor, która pojawiła się w miniony wtorek. Ona utrzymuje normalne tempo, lecz powodów do narzekania na nadmierną gęstość materiału dalej nie mamy. Tamten profesor powróci wykładać za parę miesięcy. Ciekawe, czy rzeczywiście zdołamy przerobić w ciągu semestru cały podręcznik? Śmiem wątpić.

Fizyka faz skondensowanych: …znana także pod nazwą fizyki ciała stałego. Na razie jednak zamiast fizyki mamy geometrię. Geometrii nigdy nie lubiłem, więc zawieranie znajomości ze wszystkimi trójwymiarowymi układami cząsteczek w kryształach to dla mnie… może i nie udręka, ale przyjemność zdecydowanie też nie. Wszystko jest dobrze, dopóki nie trzeba wyobrażać sobie więcej niż jednej prymitywnej komórki jednocześnie. Próbować wyobrażać sobie więcej niż jednej prymitywnej komórki jednocześnie.

Klasyczna mechanika i elektrodynamika: Fajne! Do zgłębiania tajników matematycznych jako takich zacięcia wielkiego nie mam, ale elementy matematyczne w teoriach fizycznych lubię, i to bardzo. A w klasycznej mechanice (na elektrodynamikę przyjdzie czas później) jest ich sporo. Wiem doskonale, że po pewnym czasie na moim zrozumieniu tych zagadnień, wskutek nagromadzenia materiału, będą pojawiać się pęknięcia (chociaż so far, so good), ale na razie rozpiera mnie optymizm. Tym bardziej, że mamy dobrego wykładowcę i ćwiczeniowca, a w bibliotece namierzyłem sporo odpowiednich książek, którymi w razie potrzeby będzie można się wspierać. Reasumując: Będzie to chyba najciekawszy przedmiot w tym semestrze.

Mechanika statystyczna: Nasz profesor to istne uosobienie jowialności, ale jakiś czas temu zrozumiałem, że oceniając prowadzącego zajęcia należy brać pod uwagę trzy niezależne parametry: osobowość, przejrzystość prowadzenia wykładu i znajomość tematu (czyli zdolność odpowiadania na "trudne pytania"). Na przykład w zeszłym semestrze mechaniki kwantowej uczył nas profesor bezsprzecznie bardzo mądry, ale dość oschły i gnający z materiałem na złamanie karku, ograniczający powtórzenia i przykłady do minimum, jeśli nie do zera. Wracając do mechaniki statystycznej: Wykłady prowadzi szalenie sympatyczna osobowość, nie stroniąca od licznych dygresji, ale mam wrażenie, że omawianie materiału idzie mu już mniej sprawnie. Poczekamy, zobaczymy.

Wnioski końcowe: Nie chcę zapeszać, ale ostatni semestr bakalaureatu (odpowiednik polskiego licencjatu) zapowiada się przyjemnie. Ciekawe przedmioty i stosunkowo niska intensywność zajęć (w porównaniu do minionego roku) to bardzo sympatyczne połączenie. No i żadnej pracy licencjackiej nie muszę pisać…

Reklamy

5 uwag do wpisu “Semestr wiosenny 2007

  1. LawDog writes:Te wszystkie mechaniki i fizyki brzmią nieco przerażająco. Najważniejsze, że dobrze się w kraju fiordów bawisz.

  2. Bakalaureat… Brzmi jak jakiś zwycięzca konkursu na idiotę. :D(Baka jap. idiota)

  3. LawDog writes:"Baccalaureat" to francuska matura. Podejrzewałem, że Norwegia jest do tyłu z systemem edukacji.

  4. Eeej – to taki żarcik niewinny był. ^^" To baardzo ładna nazwa, ładnie brzmi, a ten laureat… Mmm, rozkosz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s