Święty Graal w 24 godziny



We wstępie do Krótkiej historii czasu Stephen Hawking zaznaczył, że będzie unikał prezentowania w książce wzorów matematycznych, ponieważ każdy z nich zmniejszyłby ilość czytelników o połowę. Krótka historia czasu stała się popularnonaukowym bestselerem, więc Hawking trochę racji zapewne miał. Dan Brown musiał najwyraźniej założyć, że analogiczną regułę da się zastosować do dłużyzn w beletrystyce i całkowicie z nich w Kodzie Leonarda da Vinci zrezygnował (z paroma niezbędnymi wyjątkami). Powieść w warstwie literackim traci na tym wiele, ale jak pokazały wyniki sprzedaży, Brown poszedł komercyjnie perfekcyjną ścieżką.


Po Kod Leonarda da Vinci sięgnąłem parę tygodni temu, na długo po ucichnięciu medialnej burzy wokół książki. Wbrew pozorom moja zwłoka nie wynikała z tego, iż pragnąłem zachować przy lekturze dystans i wyrobić sobie na temat Kodu… samodzielną opinię. Pokierowała mną przekora. „Wszyscy niby czytają, tak? Więc ja poczekam”.

Fabuła, dzięki swej prostocie, to istne marzenie zawodowego streszczacza książek: W Luwrze zostają odnalezione zwłoki kustosza Sauniere’a, a obok nich dziwne symbole i zagadkowy czterowiersz. Kapitan biura śledczego Bezu Fache wzywa na miejsce zbrodni goszczącego w Paryżu harvardzkiego eksperta od symboliki religijnej, Roberta Langdona. Badacz dowiaduje się od Fachego, że ma pomóc w śledztwie, ale rychło odkrywa, iż jest głównym podejrzanym o morderstwo. Dzięki wydatnej pomocy młodej i pięknej (bo przecież nie starej i kulawej) kryptolożki Sophie Neveu ucieka z obstawionego przez policję muzeum. Robert i Sophie jeszcze tej samej nocy ruszają tropem enigmatycznych wskazówek pozostawionych przez Sauniere’a. Rozpoczyna się wyścig, w którym stawkę stanowi Święty Graal — a odpowiedź na pytanie o istotę legendarnego Kielicha jest równie ważka co informacja o miejscu jego ukrycia.

Z pewnością nie raz mieliście do czynienia z książką, której nie sposób zarzucić było konkretnej wady, a której mimo wszystko brakowało tego trudnego do wyodrębnienia „czegoś”. Kod Leonarda da Vinci stawia problem na głowie: Książka Browna straszy płyciznami na każdym kroku, a pomimo to kolejne strony wertuje się szybko i przyjemnie. Nieuczciwie byłoby nawet powiedzieć, że po odłożeniu Kodu… na półkę pozostaje w człowieku niedosyt: Od pierwszego rozdziału Dan Brown każdą literą i znakiem przestankowym daje nam jasno do zrozumienia, że oto trzymamy w rękach sensacyjne czytadło i nic ponadto.

Co sprawiło, że Kod Leonarda da Vinci przez kilkanaście miesięcy rządził niepodzielnie na szczytach list bestselerów? Znacie odpowiedź niezależnie od tego, czy czytaliście książkę. Wielkie kontrowersje we wszystkich chyba możliwych kręgach wzbudziły prezentowane w powieści teorie związane z życiem Jezusa Chrystusa i kulturowym spiskiem Kościoła. Nie będę brał ich tutaj pod lupę, ponieważ nie znam się w ogóle na historii religii chrześcijańskiej, a nie mam zamiaru powielać informacji, które można znaleźć w każdej recenzji rzetelnie analizującej Brownowe spekulacje (np. tutaj). Od siebie powiem jedynie tyle: Teorie, owszem, ciekawe, ale mój światopogląd daleki był od runięcia. Nie tylko dlatego, że nie jestem katolikiem.

Treść historyczną odstawiam więc na bok, ponieważ lepiej wyjdzie mi napisanie kilku słów o pozostawiającym wiele do życzenia warsztacie autora. W innych okolicznościach nie miałbym skrupułów przed nazwaniem go prymitywnym i miernym, ale musiałbym być niemałym hipokrytą, gdybym zbeształ niemiłosiernie powieść, którą czytało mi się wcale przyjemnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że bohaterowie Kodu… są papierowi i w dodatku niezbyt inteligentni. Od kryptologiczno-symbolicznego duetu (któremu potem z odsieczą pospieszy jeszcze historyk) czytelnik ma prawo domagać się zdecydowanie większej wnikliwości w rozwiązywaniu prowadzących do Graala zagadek. Poza tym Brown bardzo uprościł kompozycję powieści. Kod… liczy przeszło pół tysiąca stron, ale fabuła rozwija się boleśnie liniowo. Trzeba także jasno powiedzieć, że najbardziej in minus wyróżnia się w tym wszystkim styl. Od sztuczności dialogów bolą zęby, a warstwę opisową przycięto do minimum. Akcja wartko pędzi naprzód, co samo w sobie nie jest rzeczą złą — problem polega na tym, że Kod… składa się wyłącznie z akcji, a takie podejście nigdy nie wychodzi na zdrowie książkom (ani filmom). Czytelnikowi potrzebne są chwile na złapanie razem z bohaterami oddechu, a pisarzowi na stworzenie odpowiedniej atmosfery i przygotowanie gruntu przed następną dynamiczną sceną. Brown zupełnie zignorował tę starą prawdą. Czytając powieść mamy natomiast nieodparte wrażenie, że autor podczas pisania nieustannie do siebie mruczał: „Szybciej, szybciej, Dan, nie przeciągaj, nie przeciągaj, bo odłożą książkę i pójdą oglądać mecz”. Miejsce na chwilę zadumy nie znalazło się nawet w bądź co bądź niegłupio pomyślanym epilogu.

Wystawienie „Kodowi Leonarda da Vinci” oceny liczbowej to niełatwa sprawa. Z jednej strony nie potrafię wskazać żadnych konkretnych walorów powieści. Z drugiej strony zwykłem mawiać, że w książkach i filmach liczy się przede wszystkim ich „wciągalność”, a poza tym w swych recenzjach staram się przykładać miarę dostosowaną do gatunku, który reprezentuje dany tytuł. Tak jak nie ulega wątpliwości, że jako dzieło literackie Kod… wypada bardzo blado, tak nie ma dwóch zdań co do tego, iż w kategorii „nieskomplikowanej sensacji” na niską ocenę z pewnością nie zasługuje. Jeżeli komuś moja nota wydaje się mimo wszystko zbyt wysoka, dodam, że był to mój pierwszy i ostatni kontakt z twórczością Dana Browna. Zdecydowanie milej zabija się czas przy Koontzu i Ludlumie.

OCENA: 4/6

Reklamy

6 uwag do wpisu “Święty Graal w 24 godziny

  1. Misiołak writes:Też uhonorowałem Browna taką notą… jednak kręcę nosem na to, że identyczną ocenę wystawiłeś Wichrom Smoczogór :>

  2. Też kręcę nosem :), ale "Wichry Smoczogór" nie podobały mi się jednak AŻ TAK. Fajne, owszem, ale czegoś mi brakowało. Jednak mówię, nie można porównywać tych ocen, bo to zupełnie inne gatunki i zupełnie inne książki.

  3. Svart writes:Co do twórczości Browna to poleciłabym "Anioły i demony", które zrobily na mnie zzdecydowanie lepsze wrażenie niż "Kod.." mimo niestety całkowicie (moim zdaniem) zepsutego zakończenia;| Ale nie należy się tym zrażać, bo jednak można z czytania tej książki wynieść całkiem fajne wspomnienia. A może to tylko kwestia tego, że część akcji odbywa się w CERNie – jednym z moich miejsc upragnionych? Oczywiście nie trzeba być fizykiem, żeby czytać "Anioły..", a może i wzbudzi ona jakąś fizyczną ciekawość? W mojej koleżance wbudziła, bo potem mnie ciagle wypytywała o antymaterię;-) Na koniec (może i zachętę?) cytat, który mnie rozbroił:"W tym miejscu to fizyka jest religią. Może pan do woli używać imienia Bożego nadaremno – roześmiał się – ale biada, jeśli obrazi pan jakieś kwarki albo mezony."

  4. Svart: Ktoś, niewykluczone, że właśnie Ty, mówił mi już, że "Anioły…" są lepsze od "Kodu…". Może i nawet dałbym Brownowi drugą szansę, ale… Na końcu wydania "Kodu…", który czytałem, znajdowała się zajawka "Aniołów…", jakieś pierwsze 10 stron. Zapoznałem się i, niestety, niemalże mnie odrzuciło. Nie dość, że zaczyna się praktycznie tak samo jak "Kod…", to szok Langdona, jakiego doznaje na widok słowa ILLUMINATI, jest opisany tak nieporadnie, że miałem zdrowy ubaw. Z Brownem dam sobie mimo wszystko spokój.A jeśli chodzi o tę fizykę w "Aniołach…", to czy nie jest przypadkiem tak, że znalazło się tam sporo "kwiatków" związanych z wytwarzaniem olbrzymich ilości antymaterii i sposobami jej składowania? Jasne, wiem, że to tylko sensacja, ale ktoś tam na jakiejś grupie dyskusyjnej kręcił kiedyś nosem…

  5. Anonymous writes:Ścisłe fizycznie to to nie było, ale czego się spodziewać.. Jakkolwiek zauważyłam, że w "fizycznych laikach" wzbudza pewne zainteresowanie i na przykład moje koleżanki, które zawsze uciekały przed fizyką, zaczynają mnie wypytywać, a potem rodzą się z tego świetne dyskusje, których tematyka dotyka wielu ciekawych wątków z różnych działów fizyki. One czasem potrafią pytać o rzeczy, nad którymi ja się nawet nie zastanawiam, tylko przyjmuję "na wiarę". Bo jak wytłumaczyć komuś, że coś może być zarazem cząstką i falą? Ech, jakiś popularyzator fizyki się we mnie odezwał..

  6. Brown w stu procentach wykonał swoją robotę = zarobił duużą kasę. Przejmować się jakością, jakie to nie życiowe? Książka raczej nie trafi do spisu lektur obowiązkowych w żadnej szkole…Odwołuję poprzednie zdanie. Żyjemy w tak ciekawych czasach, że dopuszczam taką możliwość – choć ze strachem.Rzekłem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s