Ostatnie słowa Einsteina

Biografie czytuję rzadko. Nie przeczę, że potrafią być zajmujące, ale jako gatunkowi literackiemu przydzielam im dość niski priorytet na swojej liście książek do przeczytania. Dzieło Jürgena Neffe dostałem w prezencie urodzinowym (w tym momencie pozdrowienia należą się cioci Ewie), więc postanowiłem zrobić wyjątek i nie odkładać lektury w nieskończoność. W podjęciu mężnej decyzji pomogła mi ranga bohatera: Albert Einstein, najwybitniejszy naukowiec XX wieku, jeden z trzech największych fizyków wszech czasów i człowiek stulecia według Time’a.

Polskiego przekładu wydanej dwa lata temu, w Światowym Roku Fizyki, Einstein. Eine biographie na razie w księgarniach nie znajdziecie, choć prędzej czy później powinien się pojawić, jako że książka w odbiorze jest bardzo przyjemna i sprawia wrażenie rzetelnie napisanej (spieszę jednocześnie z wyjaśnieniem, że dostałem norweskie tłumaczenie; książki po niemiecku na szczęście nikt mi jeszcze nigdy nie wręczył i niech tak pozostanie). Przez kilkadziesiąt pierwszych stron wydawało mi się co prawda, że Neffe opowiada o życiu Einsteina nieco chaotycznie, lecz po przeczytaniu paru rozdziałów zrozumiałem kompozycyjną zasadę kierującą narrację. Otóż autor zrezygnował ze ścisłego trzymania się kolejności wydarzeń i wędrowaniu śladami wielkiego uczonego krok po kroku od kołyski aż po grób. Zamiast tego każdy z rozdziałów poświęcono innemu aspektowi życia Einsteina — chronologia ustąpiła miejsca tematyce, choć zupełnie zignorowana bynajmniej nie została.

Tym sposobem na kartach biografii poznajemy poszczególne oblicza słynnego fizyka. Einstein-syn fabrykanta, Einstein-student, Einstein-mąż i kochanek, Einstein-ojciec, Einstein-twórca teorii względności i podwalin kosmologii, Einstein-profesor, Einstein-aktywista polityczny, Einstein-Żyd, Einstein-zaciekły krytyk mechaniki kwantowej, Einstein-emigrant… Portret wyłaniający się z książki nie różni się może bardzo od wizerunku Alberta, jaki zakodował się w kolektywnej świadomości, ale jest za to o kilka rzędów wielkości bardziej szczegółowy i złożony. Nie wszyscy wiedzą na przykład, że Einstein był bardzo nieporadnym ojcem; że gdyby tylko zechciał, mógłby zostać drugim, po Haimie Weizmannie, prezydentem Izraela; że miał pokaźną teczkę w FBI, a Dżej Edgar (nie mylić z Edgarem Gosiem) marzył wręcz o oskarżeniu go o szpiegostwo i wydaleniu ze Stanów. Jeszcze mniej osób zdaje sobie sprawę z pewnej dozy tragizmu, która w dziwny sposób przeplatała się z wielką sławą zdobytą przez fizyka na długo przed śmiercią. Nie dość, że Einstein ostatnie dwadzieścia lat swojego życia poświęcił na bezowocne poszukiwania Świętego Graala fizyki — Teorii Wszystkiego — to na dodatek spędził te dwie dekady na uchodźstwie, na duchowym i kulturowym wygnaniu.

Biografia pęcznieje od fragmentów korespondencji, z których wyłowić da się mnóstwo apetycznych cytatów. O wyrafinowanym Bogu nie grającym w kości nie ma co powtarzać, ale bardzo spodobał mi się na przykład poniższy, piekielnie dwuznaczny aforyzm (chociaż nie jestem wcale przekonany, że dwuznaczność była tutaj zamiarem autora) pochodzące z listu do syna Eduarda datowanego na 1933 r.:

Ludzie są jak morze, czasem łagodni i przyjaźni, czasem burzliwi i zdradliwi. Przede wszystkim to jednak tylko woda.

A ostatnie słowa Einsteina? Niestety, nigdy ich nie poznamy. Gdy w nocy z 17 na 18 kwietnia 1955 r., w wieku 76 lat umierał w szpitalu w Princeton, powiedział coś w ojczystym języku. Jedyna będąca wtedy przy nim osoba — pracownik szpitala — nie znała niestety niemieckiego i nie zrozumiała ani nie zapamiętała wypowiedzianych słów. Szkoda, szkoda. Tylko Goethe się cieszy. Na razie będzie nam musiało wystarczać Mehr Licht!

Znamy natomiast treść krótkiego listu napisanego w połowie lat trzydziestych przez Einsteina i skierowanego do nas samych. Jeśli wyda się komuś banalna, może warto przeczytać tych parę linijek raz jeszcze?

Droga potomności!

Niech Was diabli wezmą, jeśli nie będziecie sprawiedliwsi, bardziej pokojowi i w ogóle rozsądniejsi niż my jesteśmy, czy raczej byliśmy.

Wyrażając to skromne życzenie, z całym możliwym szacunkiem pozostaję Wasz

Reklamy

5 uwag do wpisu “Ostatnie słowa Einsteina

  1. Dzięki za czujne spostrzeżenie. Źle spojrzałem. Powinno być "Niech was diabli wezmą". Już poprawione.

  2. Pingback: 500 |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s