Firma



Debiutancką powieść Johna Grishama pt. Czas zabijania wspominam nadzwyczaj dobrze. Trudno nazwać ją czymś więcej niż czytadłem, lecz było to czytadło wyjątkowo sprawnie skomponowane – na tyle wciągające, by czytelnik chłonął je jednym tchem, ale nie na tyle płytkie, byśmy w trakcie lektury odczuwali ziejącą z kart książki miałkość (casus Kodu Leonarda da Vinci). Po Firmie, drugim z kolei dziele pisarza, od którego rozpoczęła się jego międzynarodowa kariera, obiecywałem sobie bardzo wiele. Na pierwszych pięćdziesięciu stronach nic nie zapowiadało klęski. Zawód nastąpił jednak jeszcze przed półmetkiem, a był tym większy, że zmarnowano nad wyraz atrakcyjny pomysł.


Mitch McDeere, absolwent ze znakomitym świadectwem, załapuje się na intratną posadę w niewielkiej firmie prawniczej w Tennessee. Praca do lekkich nie należy, wyrabianie kilkudziesięciu nadgodzin tygodniowo to chleb powszedni, lecz wysoka pensja oraz możliwości szybkiego awansu i wczesnej emerytury stanowią doskonałą motywację. Jakiś czas po przeprowadzce małżeństwa McDeerów do Memphis z bohaterem nawiązuje dyskretny kontakt agent FBI. Mitch dowiaduje się, że jego pracodawcy zamieszani są w brudne interesy i że federalni śledczy chcą, by właśnie on stał się informatorem. Jeśli odmówi, prędzej czy później trafi do więzienia razem z innymi pracownikami firmy. Z drugiej strony, jeśli szefowie McDeere'a rzeczywiście mają nieczyste sumienia, nie ulega wątpliwości, że zlikwidują go z zimną krwią, gdy tylko odkryją, że w szeregach firmy znajduje się donosiciel. Tak oto Mitch trafia między młot a kowadło. Jaką decyzję podejmie? A może jest jeszcze trzecie wyjście?

Z takiego fabularnego zarzewia dałoby się wykrzesać trzymający w napięciu, inteligentny thriller. Niestety, Firma, choć do miana thrillera niewątpliwie pretenduje, ani w napięciu nie trzyma, ani nie wyróźnia się inteligentnym i przewrotnym sposobem prowadzenia akcji. Co gorsza, Mitch McDeere, wbrew zamierzeniom autora, budzi w czytelniku niewiele sympatii. O ile Jake Brigance, protagonista Czasu zabijania, był zręcznie naszkicowaną postacią z krwi i kości, równym chłopem po prostu, o tyle przy McDeerze powinęło się Grishamowi pióro. Bohater Firmy irytuje swą postawą oraz zachowaniem. Podczas lektury miałem cichą i płonną nadzieję, że lada rozdział gangsterzy złapią go i zrobią mu kuku.

Nieciekawy bohater to wpadka podstawowa, lecz nie jedyna. Spory żal budzi kompozycja książki, niepozostawiająca miejsca na jakąkolwiek dwuznaczność. Czytelnik od początku wie, że agent FBI kontaktujący się z Mitchem mówi prawdę o nielegalnych interesach firmy. Autor nie zwleka bowiem z serwowaniem scen pokazujących, jak wygląda druga strona działalności prawniczego przedsiębiorstwa. Byłoby o niebo ciekawiej, gdyby Grisham postawił na atmosferę paranoi, gdybyśmy nie wiedzieli, czy bohater nie jest manipulowany, gdyby prawdziwe oblicze firmy przez większą część książki pozostawało zagadką. Niestety, snuta przezeń historia jest dość przewidywalna, a zwroty akcji ograniczone do minimum.

Pójście po linii niewielkiego oporu musiało odbić się niekorzystnie na samej fabule, która wywołuje uśmiech politowania swą naiwnością. Mafia daje się wykiwać zbyt łatwo, a harde negocjacje prowadzone przez Mitcha z FBI są przedstawione niewiarygodnie – nie sposób uwierzyć, by ktoś mógł wyplątać się z podobnej matni działając tak niefinezyjnie, jak robi to McDeere. Powieści szkodzi dodatkowo wielka strzelba, która po zawieszeniu przez autora nigdy nie wypala, a z której dałoby się ustrzelić poczytny wątek, oraz kompletnie niezrozumiała motywacja pewnej postaci drugoplanowej pomagającej Mitchowi wykaraskać się z tarapatów.

Czytając z narastającym znużeniem drugą połowę książki, miałem niemiłe wrażenie, że podczas gdy Czas zabijania powstawał z wewnętrznej pisarskiej potrzeby, to Firma miała na celu przyniesienie jej autorowi możliwie największego zysku. Stąd właśnie gwałtowny skręt w kierunku taniej sensacji, stąd nieprzemyślana, prostacka fabuła, stąd brak ciekawostek związanych z funkcjonowaniem amerykańskiego prawa (z Czasu… można się było kilku rzeczy na ten temat dowiedzieć), stąd wreszcie banalne zakończenie. John Grisham postanowił połechtać gust masowego czytelnika. Ponieważ wstrzelił się na szczyty list bestsellerów, należy sądzić, że osiągnął swój cel. A ja machnę ręką na jego dalsze powieści, przynajmniej dopóki ktoś nie powie mi, że Klientowi i Raportowi Pelikana bliżej do Czasu zabijania niż do Firmy.

OCENA: 3-/6

[Recenzja ukazała się również w Biblionetce]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s