Podróż sentymentalna, cz. 1


Dlaczego brodaci przedstawiciele elektronicznej rozrywki budzą w nas tak wielki sentyment? Czy dlatego, że silnie kojarzą się z beztroskim dzieciństwem i wczesną młodością? Czy dlatego, że kiedyś w grach dbano o "miodność", gdyż na grafikę nikt nie zwracał większej uwagi? Czy dlatego, że przypominamy sobie niekończące się rozmowy na ich temat z kumplami "z podwórka", kumplami, których ostatni raz widzieliśmy wieki temu? Czy może po prostu dlatego, że gry elektroniczne, czy to komputerowe, czy konsolowe, zawsze pozwalały na oderwanie się od świata i przesympatyczne spędzenie kilku(nastu) godzin? Nie wiem. Wiem jednak, że stare gry budzą tony pozytywnych emocji i właśnie im chciałbym poświęcić jubileuszową, setną notkę Blogrysa. Z góry zaznaczam, że nie będzie to żaden bezduszny przegląd klasyków od A do Z, lecz moja subiektywna podróż sentymentalna. Nie wątpię jednak, że wirtualne wspomnienia w przeważającej części okażą się wspólne. Wyrosły w końcu na tym samym gruncie Atari, Komodorców, Amig, DOS-u, Pegasusów, Seg Saturn i PSX-ów…


Komputerowym graczem stałem się bardzo wcześnie. Pierwsza maszyna pojawiła się w domu, gdy miałem zaledwie trzy lata, i choć żadne z moich rodziców nie trudniło się pracą na roli, maszyną tą było Atari. Modelu nie pomnę, chociaż po przejrzeniu zdjęć na Wikipedii, ze sporą dozą prawdopodobieństwa mogę wskazać serię XE — 65XE, 130XE albo 800XE. Mieszkaliśmy wtedy w ciasnej kawalerce, więc komputer nie mógł stać "rozłożony" przez cały dzień. Wieczorem wyjmowało się go z kartonów, styropianu i folii, a na noc ponownie składało.

Większość tytułów z tego najwcześniejszego okresu utonęło w odmęcie zapomnienia. Mam jednak to wyjątkowe szczęście, że pamiętam swoją najpierwszą grę. Może nie była to faktycznie pierwsza gra ever, w którą zagrałem, ale na pewno pierwsza, w którą się zagrywałem.Jej tytuł, wyryty drukowanymi, ośmiobitowymi literami pod moją czaszką, brzmi Preliminary Monty. Szczerze mówiąc, nie wiem za bardzo, jak radziłem sobie z Montym "dziecięciem będąc", bo była to przecież wcale nie najprostsza platformowa labiryntówka. Prawdopodobnie raz za razem zaliczałem gejmower gdzieś blisko startu, nie zdając sobie w ogóle sprawy, ile leveli czeka na ukończenie. Tak czy owak, pierwszy krok został uczyniony.

W tamtych czasach, u schyłku lat osiemdziesiątych, mało kto w Polsce wiedział, jak wygląda kartridż bądź dyskietka. Podstawowy nośnik danych stanowiła kaseta magnetofonowa o pojemności kilkuset kilobajtów. Kilkaset kilobajtów to jak na tamte czasy było bardzo dużo, więc na jednej kasecie potrafiło zmieścić się nawet kilkanaście gier, których tytuły giełdziarz starannie wypisał na papierowej wkładce do pudełka (pojęcie "oryginał" wtedy nie istniało).Niestety, gry z kasety wgrywały się koooszmarnie wolno, średnio po 10-15 minut, więc zaraz po uruchomieniu komputera i wciśnięciu klawisza PLAY należało zrobić sobie przerwę na herbatę. Nierzadko okazywało się, że podczas ładowania do pamięci bitów nastąpił błąd (analogowe kasety nie za bardzo nadawały się do przechowywania cyfrowych danych) i cały proces należało powtórzyć od nowa, wypijając w międzyczasie kolejną filiżankę. Jedna z zasad poprawnego wgrywania programu mówiła, że "w trakcie" pod żadnym pozorem nie należy dotykać dżojstika — bo będzie kaplica. Pamiętam też, że potem na rynku pojawiła się przystawka "turbo" skracająca czas loadingu do kilkunastu sekund. O co dokładnie chodziło i jak to działało — no idea, bo my tej przystawki nigdy nie mieliśmy. Widziałem ją jednak na własne oczy w akcji u sąsiadów, więc żaden mit to bynajmniej nie jest.

Gdy wytężam i wspomagam Guglem pamięć, przypomina mi się szereg gier, których tytuły i screenshoty wywołują we mnie niesamowicie pozytywne wibracje.Nie zrozumiesz mnie niestety, jeśli nigdy nie miałeś do czynienia z legendarną strzelanką River Raid (której nikt nie potrafił ukończyć, bo tytułowa rzeka ciągnęła się, ciągnęła, ciągnęła…) i jeśli nigdy nie wyprowadzałeś z przygryzioną wargą stateczku z orbitalnego hangaru w Raid Over Moscow. Do grona klasycznych strzelanek — chociaż Raid Over Moscow posiadało zbyt zróżnicowane levele, by móc uchodzić wyłącznie za strzelankę — należy jeszcze bezwzględnie dołączyć Blue Maksa, spokrewnionego tematycznie z River Raidem, ale zachwycającego "skośną" grafiką — dzisiaj wiemy, że należy użyć przydawki "izometryczna".

Wówczas w przechodzeniu gier przodował mój tata. Mnie dawały one co prawda mnóstwo frajdy, ale brakowało mi determinacji, by zajść gdzieś dalej w hierarchii etapów.To właśnie tata skończył Raid Over Moscow, a także Infiltratora i Agenta U.S.A.. O ile Agent U.S.A. był prostolinijną zręcznościówką polegającą na podróżowaniu po Stanach Zjednoczonych i zbieraniu kryształków, o tyle Infiltrator oszołamiał rozmachem: najpierw należało dolecieć helikopterem do bazy wroga (a więc symulator!), a potem spenetrować ją posiłkując się fałszywymi dokumentami, gazem usypiającym i granatami (a więc przygodówka zręcznościowa!). Był jeszcze Road Race, kolejna legenda, tym razem w dziedzinie wyścigówek. Mój ojciec, jak na wytrawnego kierowcę w realu przystało, wielce w nim gustował, ja natomiast nie potrafiłem tam w ogóle zmieniać biegów i raz za razem paliłem silnik w samochodzie. Zdecydowanie lepiej szło mi w Pitstopie — ech, pamięta ktoś, jak zmieniało się opony podczas postojów w tytułowym miejscu?

W pamięci zapadły mi jeszcze dwie inne gry, którymi byłem zafascynowany, ale w które za dużo sobie nie pograłem, bo nie miałem pojęcia, co trzeba tam robić.A więc po pierwsze Zorro (róża, róża, gdzieś na początku była róża…), a po drugie Mercenary, olśniewający wektorową grafiką i możliwością, uwaga, swobodnego poruszania się po całej planecie! Czujecie bluesa? Ta bezprecedensowa rzadko spotykana swoboda czyniła zapewne Mercenary dziadkiem krewniakiem Elite.

Na koniec dwie gry, których nazw niestety nie pamiętam, ale które wymienić tutaj należy. Pierwszą, z bodajże androidami w długim tytule, bo jej kaseta zapakowana była w porządne pudełko z pseudooryginalnym nadrukiem. A może to i był oryginał, który jakimś niewiadomym sposobem trafił do naszego domu? Cholera wie. Drugą, bo spowodowała premierowy pokaz możliwości giętkiej, pięcioićwierćcalowej dyskietki. Ojciec przyniósł oto któregoś dnia do domu stację dysków, podłączył ją do Atari, a zza pazuchy wyciągnął właśnie tę grę. Czy ktoś zdoła przypomnieć mi jej tytuł? Pamiętam bowiem bardzo dobrze, na czym polegała: Patrząc "z oczu" bohatera (tak! jeden z pierwszych FPP!) poruszaliśmy się po trójwymiarowym, wektorowym labiryncie, starając się dotrzeć do wyjścia. Jednocześnie należało unikać tropiącego nas po korytarzach potwora, a pomagała nam umieszczona w rogu mapka, gdzie ohyda została zaznaczona.

Stacja dysków nie przedłużyła żywota Atari, które rychło zniknęło z naszego domostwa. Rozpoczynały się przecież lata dziewięćdziesiąte, rozpoczynała się epoka Amigi, złota era komputerowej rozrywki.

..:: Ciąg dalszy nastąpi ::..

(Polecam odwiedzenie strony http://www.idn.org.pl/users/lesz/legend/1.html, z której pochodzi część wykorzystanych screenów i do której prowadzi większość powyższych linków. Znajdziecie tam rzetelne i sentymentalne (jakżeby inaczej) opisy kilkudziesięciu klasyków Atari).

Reklamy

12 uwag do wpisu “Podróż sentymentalna, cz. 1

  1. Musze powiedziec, ze najwiekszy sentyment budzi we mnie Zorro =] to byla na prawde fajna gierca.

  2. A ja ze smutkiem przyznam sie, ze moja pierwsza maszyna byla Amiga. Na Commodore 64 chodzilem do kolegi, ale nie bardzo pamietam w co grywalem.

  3. Seji: Czegokolwiek byś nie powiedział, i tak będę szanował Ciebie i Twoje C64. Tak nakazuje Kodeks Atarowca, na którym się wychowałem.

  4. Alez ja tez szanuje Atari, bo bylo 8-bit. Ale i tak C64 bylo LEPSZE :P.

  5. Originally posted by Seji:

    Atarowca wal z gumowca. ;)

    Taaak… Sami wszyscy widzicie, że Commodore wsączało do umysłów swoich użytkowników nienawiść i ksenofobię. Tymczasem Atari uczyło nas kosmopolityzmu, tolerancji, otwartego i życzliwego spojrzenia na inne platformy. I kosmopolitami pozostaliśmy po dziś dzień. Dziękuję, Atari!

    Zwlaszcza, jak nie wie, kiedy wyszlo Elite, a kiedy Mercenary. :P

    Heh, racja, dzięki, poprawione. Niesamowite, że Elite wyszło TAK wcześnie.Originally posted by Lord Thomas:

    A ja ze smutkiem przyznam sie, ze moja pierwsza maszyna byla Amiga. Na Commodore 64 chodzilem do kolegi, ale nie bardzo pamietam w co grywalem.

    W wolnej chwili odrób zaległości:http://forum.ubuntu.pl/viewtopic.php?p=229070&sid=36ed85d4b5c77bf0412b6674a0e806c3Przetestowałem — działa dobrze, tylko nie wiem, jak ustawić fulskrin.

  6. W CZYM było lepsze, skoro na obu platformach grało się w te same gry z taką samą grafiką? :)

  7. C64 mial LEPSZA grafike i LEPSZY dzwiek. I lepsze gry. :)Jasne, czesc tytulow byla ta sama. Ale Last Ninja to na Atari nie mieliscie. :>

  8. Aniusia writes:bardzo fajne sa te gry ale stare:D :o :wizard: :drunk: :hat: :clown: :doh: :doh: :doh: :doh: :doh: :doh: :doh: :doh: :doh: :doh: :doh: :rip: :hi: :bye:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s