Wszystkie drogi są teraz zakrzywione

Z masochistycznym upodobaniem lubię powtarzać, że Władcę Pierścieni przeczytałem bardzo późno, bo dopiero na krótko przed swoimi szesnastymi urodzinami. Do krainy fantastyki w ogóle trafiłem dość okrężną drogą. Gdy byłem mały, wybierałem lektury raczej nieświadomie, zdany przede wszystkim na polecanki starszych — pewnie tak jak większość z nas, poza Stewiem. Emocji dostarczały mi więc szkolne opowieści Niziurskiego, podróże doktora Dolittle’a, wyprawy Pana Samochodzika w poszukiwaniu skarbów i obyczajowo-humorystyczne powieści młodzieżowe Ożogowskiej. Chwil spędzonych przy tamtych książkach oczywiście nie żałuję i bardzo dobrze je wspominam. Żałuję natomiast, że nikt nie podsunął mi wtedy ani Tolkiena, ani Asimova, ani Bułyczowa. Musiałem ich odkryć sam. Co się odwlecze, to nie uciecze, ale mimo wszystko Opowieści z Narnii lepiej byłoby przeczytać w wieku 11 lat i bez trudu dać porwać baśniowości Lewisa, niż w wieku 21 lat i „dla porządku, bo to klasyka”.


Po Władcę Pierścieni sięgnąłem dopiero w 2001 r. Tytuł ten obił mi się wcześniej wielokrotnie o uszy, ale do jego przeczytania zmotywowały mnie dopiero zapowiedzi spektakularnej ekranizacji. Pożyczyłem więc od wujka wszystkie trzy tomy naraz (w przekładzie Skibniewskiej; dopiero dużo później dowiedziałem się, jakie miałem szczęście) i… utonąłem w Śródziemiu. Magia (w metaforycznym sensie słowa), którą tętnił i tętni tolkienowski świat, po prostu mnie oszołomiła. Chociaż po dziś dzień zdążyłem przeczytać sporo świetnych, godnych uwagi książek, to właśnie Władca Pierścieni znajduje się nadal na samym szczycie mojego prywatnego rankingu. Co ważniejsze, decyzja dotycząca umieszczenia go na pierwszym miejscu jest świadoma i w pełni przemyślana; nie wynika z żadnego „szczeniackiego zauroczenia”. Najprawdopodobniej to jedyna zaleta płynąca z faktu późnego sięgnięcia po Tolkiena.

Wiem, że nie wszystkim Władca Pierścieni się podoba; wiem, że tylko niektórym podoba się tak bardzo, jak mnie. De gustibus, ale zaprawdę powiadam Wam, bez cienia złośliwości: Dużo tracicie, jeśli nie potraficie „dostroić” się do tej książki. We Władcy… nie chodzi bowiem o fabułę (która nie jest wcale nudna — poczytajcie dla porównania Koło Czasu), nie chodzi tam również o bohaterów (którzy nie są wcale czarno-biali, jak to bezczelnie sugerują krytycy). Magia Władcy Pierścieni wynika z tak zwanego klimatu; z nasuwającego się podczas lektury nieodpartego wrażenia, że Śródziemie żyje własnym życiem, że ten świat istnieje gdzieś obok naszego, w jakimś równoległym wszechświecie, że Aragorn jest prawdziwszy od sąsiada z dołu. Nie wiem, czy Tolkien wytworzył tę magię specyficznym stylem swej prozy, czy raczej podparciem ją kompletną mitologią, historią i geografią. Wiem, że wiele czasu minie, zanim ktoś zdoła powtórzyć jego osiągniecie.

Rychło po przeczytaniu Władcy… zabrałem się za Hobbita i Silmarillion. Niestety, poniosłem podwójną porażkę. Obie książki trafiły z powrotem na półkę po przeczytaniu zaledwie parudziesięciu pierwszych stron. Moje rozczarowanie było niemałe. Mając świeżo w pamięci przygody Froda i spółki, oczekiwałem czegoś bardzo zbliżonego pod względem rozmachu i sposobu kompozycji, a dostałem, odpowiednio, książkę pisaną niewątpliwie z myślą o dzieciach oraz jakąś encyklopedię.

Dopiero teraz dostrzegam pewną ironię związaną z twórczością Tolkiena. Otóż zrewolucjonizował on przecież fantasy i znacząco wpłynął na mainstream trzema książkami… z których żadna tak na dobrą sprawę nie jest powieścią. Silmarillion — wiadomo, dlaczego. Hobbit — cóż, przede wszystkim dlatego, że to powieść „dziecięca”. Nie spełnia warunku „wielowątkowości” wymaganego przez słownikową definicję, posiada zbyt prostą konstrukcję. Z kolei nazwanie Władcy Pierścieni powieścią to trochę tak jak nazwać naszego Pana Tadeusza długim wierszem. Z prawdą się niby nie rozminiemy, ale honor obu dzieł uszczerbimy. Władca Pierścienia zasługuje raczej na miano romansu rycerskiego.

Jeśli czytałeś wyłącznie polskie tłumaczenie tej książki, powinieneś się w tym momencie ze mną zdecydowanie nie zgodzić i stwierdzić, że grubo przesadzam, że Władca… to powieść i nic ponadto. W takim wypadku serdecznie radzę: Przeczytaj LOTR-a (lub chociaż spróbuj przeczytać) w oryginale. Tolkien napisał swój majstersztyk nietypowym jak na dzisiejsze czasy stylem, jednak owa specyficzność (dostrzegalna przede wszystkim w dialogach) ulotniła się prawie zupełnie w przekładzie. Skibniewska jest chwalona na wyrost, ponieważ w polskiej wersji ostało się bardzo niewiele z eposu. Sami zobaczcie na pierwszym z brzegu przykładzie. W oryginale mamy:

‚Alas! alas!’ cried Legolas, and in his fair elvish face there was great distress. ‚The tidings that I was sent to bring must now be told. They are not good, but only here have I learned how evil they may seem to this company. Smeagol, who is now called Gollum, has escaped.’
‚Escaped?’ cried Aragorn. ‚That is ill news indeed. We shall all rue it bitterly, I fear. How came the folk of Thranduil to fail in their trust?’

A u Skibniewskiej:

– Biada! Biada! — krzyknął Legolas, a na pięknej twarzy elfa odmalowała się głęboka troska. — Pora, widzę, na nowiny, z którymi mnie tu przysłano. Nie są pomyślne, lecz dopiero teraz zrozumiałem, jak groźne wydadzą się wszystkim tu zebranym. Smeagol zwany Gollumem uciekł!

  • Uciekł! — zawołał Aragorn. — To zaiste zła nowina. Obawiam się, że gorzko tego pożałujemy. Jak się to stało, że plemię Thranduila nie dopełniło powierzonego zadania?