30 dni nocy



Najpierw na 30 dni nocy miałem pójść — bo zapowiadał się survival horror jak malowanie, a koncepcji "wampiry atakują miasteczko na odludziu" nie tak daleko do "zombiaki atakują miasteczko na odludziu". Potem znowu miałem nie iść, gdyż dowiedziałem się, że po pierwsze film jest kręcony na podstawie komiksu, a po drugie wampirów z pierwowzoru żadnym sposobem porównać do żywych trupów się nie da. Wreszcie, niedługo przed premierą, przeczytałem Lśnienie Kinga. I już wiedziałem, że na 30 dni nocy po prostu będę musiał się wybrać.


Zamysł fabularny jest prosty, ale całkiem oryginalny: W alaskim miasteczku Barrow noc polarna trwa trzydzieści dni. Przez ten czas miejscowość odcięta jest od świata — dróg nie ma, a lotnisko zamyka swe podwoje z powodu śnieżyc. Pierwszego dnia nocy pechowe Barrow zostaje zaatakowane przez wampiry. Oczywiście krwiożercze, oczywiście bezwzględne, oczywiście o nadludzkich siłach. Czym zatem 30 dni nocy różni się od innych drakulowatych horrorów? Ano tym, że tutaj krwiopijców jest kilkunastu. A także tym, że ci barrowczycy, którzy nie zginą od razu, będą próbowali przetrwać nie głupie pół doby, a tytułowych trzydzieści dni nocy.

Film jest, powiedzmy to sobie od razu, dobry. Od początku do końca utrzymuje nienaganne tempo, całkiem zręcznie buduje napięcie. Przede wszystkim natomiast ujął mnie od strony realizacyjnej. Mariaż krwi i śniegu daje niemałe możliwości graficzne i sięgnięto tu po nie bez oporów, choć nie uciekano się wcale do eksperymentów a'la Sin City lub 300 (przypominam: 30 dni nocy to adaptacja komiksu). Na największe wyróżnienie zasługuje długie, pojedyncze, powoli przesuwające się ujęcie z lotu ptaka, które ukazuje nierówną walkę mieszkańców Barrow z wampirami na zasypanych śniegiem ulicach miasteczka. Jednocześnie cieszę się, że reżyser nie epatuje flakami gdzie popadnie. Jasne, krew leje się tu wcale obficie, ale nie na okrągło. Zdziwiła mnie też bardzo duża — jak na horror — ilość zbliżeń na twarze bohaterów, także w scenach walki. Tym nieco ryzykownym, ale w ostatecznym rozrachunku najzupełniej słusznym sposobem, stworzono wrażenie pewnej intymności i bohaterowie stali się prawdziwsi.

Wady? Są. Ograniczają się wyłącznie do scenariusza. Przedstawianą historię chłonie się przyjemnie (w przeciwnym razie nie chwaliłbym wcześniej tempa i napięcia), ale trudno nie zauważyć zgrzytów logicznych i paru niepotrzebnie udziwnionych rozwiązań fabularnych. O zgrzytach i udziwnieniach piszę na samym dole (uwaga na pękate spojlery); na razie powiem tylko tyle, że dość mieszane uczucia wzbudziło we mnie zakończenie. Z jednej strony zostałem pozytywnie zaskoczony finałowym fortelem, a brak happy-endu (w każdym razie pełnego happy-endu) liczy się oczywiście na plus. Z drugiej strony styl ostatecznego starcia z wampirami nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie przypadł, ale ledwo-ledwo.

Ostatnia zaletą stanowi 30 dni nocy stanowi wizerunek wampirów. Oprawcy Barrow to człekokształtni, monstrualni, przebiegli drapieżcy. Zapadają w pamięci zdecydowanie dłużej niż klasyczny transylwański hrabia, choćby i grany przez Gary'ego Oldmana. Ich uzębienie i uszponienie zasługuje na szóstkę, podobnie jak Danny Huston, który pierwszorzędnie wcielił się w rolę Marlowa, przewodniego potwora. Tak, wiem, że swoje zrobiła charakteryzacja, ale i tak powinni dać mu jakąś nagrodę za tę wypraną z emocji twarz, przez którą czasami przewija się politowanie dla niższej rasy.

SPOJLERY:

1) Źle rozegrano wątek wampirzego pomocnika. Ben Foster spisał się na medal (zwróćcie uwagę na jego niesamowity akcent — jak się potem wyguglało, nowoorleański), ale z postaci Nieznajomego wycisnięto zdecydowanie za mało. Był niewątpliwie potrzebny fabule, bo ktoś musiał zniszczyć telefony satelitarne, ale potem scenarzysta chciał się go najwyraźniej czym prędzej pozbyć.

2) W finale Eben poświęca się i wstrzykuje sobie wampirzą krew, by móc stawić czoło prześladowcom w otwartej walce. Dobrowolna przemiana w krwiopijcę — okej, super. Ale dlaczego ów showdown musiał być stylizowany na Mortal Kombat — bo jak inaczej nazwać pojedynek wręcz z głównym wampirem, jeden na jednego, podczas gdy pozostałe stwory robiły za publiczność? Poza tym Marlow był starym wampirzym wygą, więc powinien wciągnąć Ebena nosem i wypluć uchem. A przegrał.

Moja propozycja: Marlow ściga Ebena i pozostałych w rafinerii (?), do której bohaterowie schronili się w końcówce. Szeryf, w akcie desperacji, wstrzykuje sobie zakażoną krew. Wypada niespodziewanie na Marlowa, a tamten, wzięty z zaskoczenia, przegrywa. Wtedy bym to łyknął.

3) I jeszcze garść błędów logicznych (w achronologicznej kolejności):

a) Beau wysadza się stojąc metr od skrzynki z dynamitem… a potem wyczołguje się z płonącego sklepu, niespecjalnie pocharatany. Dobrze, że od razu ginie, ale dlaczego nie zginął od razu? Znam odpowiedź: żeby Marlow mógł go dobić. Tylko że to w ogóle nie było cool.

b) Eben i Stella idą po Johna, są nieobecni najwyżej kilkadziesiąt minut, a gdy wracają, okazuje się… że pozostałych nie ma, bo wyruszyli ni stąd, ni zowąd, do innej kryjówki. I nawet żadnej kartki nie zostawili — tamci musieli się domyślać, co się z nimi stało.

c) Eben z zimną krwią odrąbuje Carterowi (?) głowę, gdy tamten oznajmia, że wskutek ugryzienia zaczął powoli zamieniać się w wampira. Okej, rozumiem, że nie mogli tego zbagatelizować i czekać, "co się stanie się". Jednak rozwiązanie dylematu było niewiarygodne psychologiczne. Eben i Carter idą sobie spokojnie na zaplecze, słychać dwa ciosy siekierą, po chwili wychodzi stamtąd Eben, już sam. I po sprawie. Na sesji RPG coś takiego przeszłoby bez dwóch zdań, ale, do diaska, od filmu wymagamy czegoś więcej.


Marlow filmowy i komiksowy. Który lepszy, hm? (Podziękowania dla Dabroza, dzięki któremu ten akapit jest pod zdjęciami :)

Reklamy

4 uwagi do wpisu “30 dni nocy

  1. Ha! Genialne! Dzięki.Dopisek: Podziękowania podtrzymuję, ale nie do końca takie genialne, bo rozwaliło formatowanie notki. Musiałem ręcznie dorzucić "br /", ponieważ wszystko się zlało. :)

  2. Widziałem. Nawet miałem zamiar u siebie skrobnąć…i może skrobne

  3. LawDog writes:

    My nadal czekamy. Cieszę się i już zacieram ręce, bo widać, że Templesmith – rysownik "30 dni…" – miał w tym filmie jakiś udział (vide wizerunki wampirów).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s