Najlepsze z obejrzanych w 2007


Anormalny zwyczaj spisywania tytułów obejrzanych filmów (lub przeczytanych książek; analogiczny wpis poświęcony "przeczytankom 2007" ukaże się do końca stycznia) ma tę zaletę, że raz na rok mogę sporządzić rzetelną listę debeściaków z minionych dwunastu miesięcy. Od razu uwypuklijmy istotne rozróżnienie: "Z minionych dwunastu miesięcy" nie w sensie "nowości kinowych", a "filmów, z którymi się zetknąłem, czy to w kinie, czy w telewizji, czy na DVD". Do kina chodzę co prawda sporo, więc hipotetycznie mógłbym ograniczyć się do samych premier. Z drugiej strony wszystkich nowości nie widziałem, więc tak sprofilowany ranking siłą rzeczy dawałby fałszywy obraz sytuacji. Z trzeciej wreszcie strony, gdy ułożyłem poniższą "listę przebojów", okazało się, że tylko jeden z umieszczonych tu filmów nie pochodzi z 2007 roku (lub z końcówki roku 2006). Tak jakoś wyszło.

Lecimy.


Wyróżnienie specjalnie otrzymuje 28 tygodni później. Na nowy film o zombiakach "na poważnie" czekałem jak sikorka zimą na słoninę. Spotkało mnie spore rozczarowanie, choć, co nie zdarza się często, rozmiar zawodu uświadomiłem sobie dopiero parę dni po seansie. Pozornie wszystko tutaj trybi, jednak 28… wykłada się na dwóch elementach — przesadnie szybkim montażu scen walk (nic nie widać!) i naciąganym scenariuszu. Skąd więc wyróżnienie specjalne? Bynajmniej nie ze względu na tematykę. Otóż 28 tygodni później posiada najlepszą pojedynczą scenę, jaką obejrzałem w minionym roku. Mowa o fragmencie z samego początku, gdy Don ucieka samotnie przed hordą krwiożerczych żywych trupów. Ucieka nie nocą i lasem, lecz w środku słonecznego dnia, przez zielone, starannie przystrzyżone trawniki, między eleganckimi, angielskimi domkami. Reżyser wycisnął kontrast do ostatniej kropli, a znakomita muzyka Johna Murphy'ego stawia dobitną kropkę nad "i".

Zresztą, sami oceńcie, lecz weźcie poprawkę na "wyrwanie z kontekstu" i "efekt małego ekranu w nie najlepszej rozdzielczości".


10. Wszyscy zachwycają się wspaniale zmontowanymi scenami akcji, którymi przepełnione jest Ultimatum Bourne'a. Ja również. Nikt jakoś nie chce jednak wytknąć największej bolączki filmu: Trzeciemu "burnowi" brakuje… fabuły. Ultimatum to po prostu trwający 115 minut wielki ucieczkopościg Matta Damona. Co nie zmienia faktu, że ogląda się go w sporym napięciu.


9. Nie przeczę: Supersamiec to młodzieżowa, wulgarna komedia, której żaden Poważny (Polski) Krytyk kijem nie ruszy. Cóż poradzę, że prosty ze mnie człowiek i ten film dostarczył mi solidnej porcji śmiechu (z wyjątkiem ostatnich trzydziestu minut, gdzie daje się zauważyć obniżkę formy u scenarzystów). Podkreślić trza, że wulgarność sprowadza się tu głównie do warstwy dialogowej, a przede wszystkim do idących w setki kwestii wygłaszanych namiętnie przez świetnego Jonaha Hilla. Bez niego, i bez pary zwariowanych policjantów, Supersamiec dużo by stracił.


8. Gwiezdny pył, czyli nieskomplikowane fantasy z duszą. Ni mniej, ni więcej, ale wystarczająco dużo. Gwiezdny pył to doskonały przykład na to, że magia kina nie wynika z sumy poszczególnych elementów filmu, lecz tkwi nieuchwytna gdzieś pomiędzy nimi. Po rozłożeniu ekranizacji Gaimana na składniki pierwsze nie zobaczymy nic nadzwyczajnego. Po ponownym ich złożeniu dostaniemy solidny kawał sympatycznej rozrywki. Z wpadającą w ucho piosenką Take That na napisach końcowych.


7. O 30 dniach nocy wspominałem na blogu dopiero co. W tamtej notce żadne superlatywy się nie znalazły. A jednak, jeżeli będę miał kiedyś wolną chwilę (o którą zwykle trudno), z chęcią obejrzę 30 dni nocy po raz wtóry. Powód zupełnie trywialny: Ostatnimi czasy trudno o przyzwoity horror, a 30… zręcznie eksploatuje nieograny motyw.


6. Wschodnie obietnice nie spełniły do końca oczekiwań, jakie pokładałem w Cronenbergu po Historii przemocy. Najnowszy film twórcy Videodrome posiada jednak dwa cholernie mocne akcenty. Primo, drapieżni Viggo Mortensen i Vincent Cassell w rolach bezwzględnych rosyjskich gangsterów. Secundo, fe-no-me-nal-na scena walki w łaźni. Jeśli koniecznie chcecie ją zobaczyć już teraz, osobno, zapraszam na YouTube, ale zdecydowanie doradzam obejrzenie całego filmu — bo łaźnia stanowi po prostu kulminacyjną sekwencję całych Wschodnich obietnic i stanowi dlatego pokaźny spojler.


5. Naśladując Łysiaka, zacytuję sam siebie: Nieskomplikowany i dobry film zasługuje na nieskomplikowane i pozytywne podsumowanie: Szklana pułapka 4.0 to dwie godziny bezpretensjonalnej, wybuchowo-strzelankowej rozrywki z doskonałym Brucem Willisem w roli ironizującego herosa. Po seansie nikt nie będzie o niej pamiętał latami, ba, miesiącami nawet, ale w czasie projekcji nawet przez sekundę nie pożałujemy pieniędzy wydanych na bilet. Po prostu świetny sposób na weekendową regenerację po męczącym tygodniu. Jippi-ka-ej? Jippi-ka-ej.


4. Tytuł Eternal Sunshine of The Spotless Mind rodzimy dystrybutor przetłumaczył jako Zakochany bez pamięci. Prawdziwy ewenement — polski przekład jest zupełnie przekręcony, lecz przekręcony z głową. Zawarta tu dwuznaczność bardzo celnie oddaje treść filmu Jaka szkoda więc, że oryginalne Wieczne lśnienie nieskalanego umysłu brzmi jeszcze lepiej… Największym atutem ESoTSM jest jego inność. Dla jednych spora dawka surrealizmu okaże się orzechem nie do zgryzienia; innych, tak jak mnie, urzeknie swoją koncepcyjną prostotą — bo film jest, owszem, dziwny, ale cały czas rozumiemy doskonale, "co autor miał na myśli". A wpędzające w zadumę, ostrożnie optymistyczne przesłanie, również liczy się na wielki plus.


3. Rzadko widywana na ekranie Gillian Anderson to chyba jedyna znana mi aktorka, która z upływem lat ładnieje. W The X-Files, w wieku dwudziestu kilku lat, była raczej brzydka. Obecnie, w wieku prawie czterdziestu lat, prezentuje się o wiele atrakcyjniej. W Ostatnim królu Szkocji odgrywa rolę drugoplanową. Film natomiast dźwiga na swych barkach wspaniały Forest Whitaker wcielający się w tytułową rolę ugandyjskiego dyktatora Idiego Amina. Świetnie zrealizowane, mocne kino, oparte na brutalnym kawałku ludzkich dziejów.


2. Trzech moich znajomych wynudziło się na Planet Terror. Znamienne, że imiona lub nicki wszystkich trzech zaczynają się literą "M", tak jak zdanie "Moja nie rozumieć zabawy konwencją". Planet Terror to istny koncentrat kina rozrywkowego spreparowany przez specjalistę Roberta Rodrigueza. Zombie na wesoło, bez jakiegokolwiek przesłania, za to bardzo krwawo. Szerzej zachwycam się w swojej recenzji. Ostrzegam: Niefajnym ludziom film ten nie przypadnie do gustu. :P


1. Na najlepszy film roku 2007 nie musiałem długo czekać. Prestiż obejrzałem już w pierwszej połowie poprzedniego stycznia. Pomiędzy nowymi Batmanami Christopher Nolan uraczył widzów szalenie inteligentnym, przewrotnym i zaskakującym kinem rozrywkowym. Na Prestiżu nie poznała się niestety w pełni krytyka, nie nagradzając go ani jednym Oskarem — dobrze chociaż, że w niedawnej redakcyjnej dyskusji "Esensji" został uznany najlepszym filmem mijającego roku. Tam też ukazała się jakiś czas temu moja recenzja. Popełniłem w niej jeden pożałowania godny błąd: oceniłem film na 9/10.

Małe addendum: Na powyższej liście tylko cztery ostatnie pozycje należy traktować jako ścisły top. Pozostałych sześć (siedem) filmów jest, owszem, godnych polecenia, ale do wybitności im już dużo dalej.

I jeszcze epilog. W 2008 czekam(y) na: I Am Legend (już jest i do kina powędruję lada dzień), Shoot'em Up, Gone Baby Gone, Cloverfield, nowego Rambo, 10.000 BC, nowego Indianę Jonesa, nowego Batmana, Righteous Kill, The Happening, Valkyrie, nowego Bonda, The Curious Case of Benjamin Button i pełnometrażowego Star Treka (a co!). Ze starszych pozycji będę polował między innymi na Equilibrium (ciągle się "mijamy") i Obywatela Kane'a. Ekranowa nuda musi poczekać przynajmniej do '09.

Reklamy

12 uwag do wpisu “Najlepsze z obejrzanych w 2007

  1. Widzialem "I Am Legend" i z przykroscia musze stwierdzic, ze taki sobie.

  2. Pamietaj, ze mi "Planet Terror" sie podobal wiec moje zdanie liczy sie bardziej :)

  3. Staszek writes:

    I co i co i co i co i co?Sam się zastanawiam nad "I am legend", bo pismaki odradzają. Co rzeczesz, Borysie?

  4. Raczej odradzam, film ma u mnie tróję. Świetny koncept zostaje z czasem (mniej więcej od połowy) zniszczony durnowatymi rozwiązaniami scenariuszowymi. Dzieląc film na klasyczne trzy akty, pierwszy jest bardzo dobry, drugi dostrzegalnie gorszy, choć nadal niezły, a trzeci to już porażka na całej linii. Zakończenie bardzo kiepskie, dziwaczny mariaż happy-endu z bad-endem, gdzie oba endy są schrzanione.

  5. LawDog writes:

    No, u mnie trója z plusem. Za pierwszą część i za kreację Smitha. Mniej więcej od połowy właśnie, poziom filmu leeeci… na łeb, na szyję. Cały czas łudzę się, że końcówka to jakaś pomyłka scenarzysty. I to, co się wyprawia trochę wcześniej… też. Niedługo gdzieś pojawi się recka Dżeremai, czekałtujcie. Na zachętę dodam, co niektórzy z Was już wiedzą, że za dwa lata na ekrany wjedzie druga (sic!) część "Jestem legendą". A w temacie "Najlepszych z obejrzanych w 2007" – Borys, mówiłem już, że nie reaguję na takie kiepskie i niskie zaczepki, nie? "Planet Terror" nie ma się co podniecać. Zabawa z konwencją? Pewnie, pierwszy do kina pobiegnę. I pobiegłem. I się zawiodłem. Kiepściutko, oj, kiepściutko.Ale co się dziwić człowiekowi, dla którego PT było najkrwawszym filmem, jaki dotychczas oglądał… :P

  6. Widziałem piętnastominutowy fragment. W "Martwicy mózgu" krew była wodnista, w "Planet Terror" — "mięsista". Więc wygrywa "PT". :)

  7. LawDog writes:To jaki Ty fragment oglądałeś? Chyba inne filmy widzieliśmy. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s