Filmorys (1)


Kiedyś w Inkluzie publikowałem minirecenzje obejrzanych przeze mnie filmów. Minirecenzja to dobra rzecz — autor nie napracuje się tyle, co przy pełnowymiarowej, a odbiorcy i tak dowiedzą się z niej, czy dany film warto obejrzeć, czy też raczej należy go unikać. Niniejszym wracam więc do tamtej tradycji. Kolejne wpisy z cyklu Filmorys będą ukazywać się mniej więcej co miesiąc.


* * *


Jeżeli… (If….); 1968. Malcolm McDowell to obok Gary’ego Oldmana i Dennisa Hoppera jeden z czołowych badugyów amerykańkiego kina. Znamy go przede wszystkim jako Aleksa z Mechanicznej pomarańczy, lecz McDowell zadebiutował cztery lata wcześniej, właśnie w Jeżeli…. Akcja tego filmu, pierwszej części alegorycznej trylogii Lindsaya Andersona, rozgrywa się w angielskiej szkole z internatem, w której, krótko i po polsku mowiąc, panuje „fala”. McDowell wciela się w rolę niepokornego ucznia będącego zarzewiem nieuknionego buntu przeciw shierarchizowanemu systemowi…

Jeżeli… nakręcono 40 lat temu, w przełomowym momencie obyczajowo-młodzieżowej rewolucji, jaka poruszyła Zachodem na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Warstwa metaforyczna filmu zdążyła się niestety zestarzeć. A jeśli zinterpretujemy go dosłownie, wyda się przede wszystkim lekko dziwaczny. Niemniej warto obejrzeć, oczywiście dla McDowella. 3+/6

* * *


3:10 do Yumy (3:10 to Yuma); 2007. Na remake klasycznego westernu, w dodatku z Balem i Crowem, ostrzyłem sobie zęby. W końcu z zapałem ugryzłem i… musiałem szybko biec do dentysty. Co to, do diaska, ma być? Owszem, akcja zaczyna się i rozwija wcale obiecująco, ale to, co dzieje się w trzecim akcie, zakrawa na parodię. Gorzej: Na idiotyzm. Niby wiadomo, w jaki sposób należy wytłumaczyć zachowanie czarnego charakteru, ale całość wypada tak nieprzekonująco, że ręce opadają. Po stokroć lepiej odświeżyć oryginał. 2+/6

* * *


To nie jest kraj dla starych ludzi (No Country for Old Men); 2007. Na szczęście po poprzednim filmie błyskawicznie odzyskałem wiarę w kino, ponieważ obejrzałem najnowszą — i bez wątpienia jak dotąd najlepszą — produkcję braci Coen. To nie jest kraj dla starych ludzi można zapewne odbierać na wielu poziomach. Dla mnie to prosta historia kryminalna opowiedziana w niemalże minimalistyczny sposób (żadnej muzyki, żadnych efektownych najazdów kamery). Brzmi skromnie? A daje radę jak mało który film sensacyjny. Pomijając samą Coenowską reżyserię, wielka w tym zasługa wciągającego scenariusza (na podstawie powieści Cormaca McCarthy’ego) i znakomitych aktorów: Josha Brolina (trzeba obserwować faceta, bo w minionym roku błyszczał na ekranie aż trzy razy), Javiera Bardeema, który wykreował tu iście Koontzowskiego psychopatycznego zabójcę i Tommy’ego Lee Jonesa, mającego już na szczęście dawno za sobą czasy Ściganego, Wydziału pościgowego i Facetów w czerni. Trzeba obejrzeć! 5/6

* * *


Okno na podwórze (Rear Window); 1998. Jestem zadeklarowanym fanem Okna na podwórze z ’54. To według mnie najlepszy z filmów Hitchcocka i jeden z najlepszych filmów w ogóle (bez wahania umieszczam go w swoim top-five). Remake sprzed dziesięciu lat powstał zupełnie niepotrzebnie, ale gdy nadarzyła się okazja, obejrzałem go z ciekawości. Okazał się (oczywiście) wtórny, ale jedna różnica liczy się poniekąd na plus. Otóż w remake’u inaczej rozłożono akcenty: tutaj pierwsze skrzypce odgrywa nie „sąsiedzka zbrodnia”, a tragedia głównego bohatera, który wskutek nieszczęśliwego wypadku został całkowicie sparaliżowany. Ponurego autentyzmu nadaje filmowi fakt, że w rolę tę wcielił się Christopher Reeve. Już po upadku z konia. 3/6

* * *


Chwała (Glory); 1989. Jeden z pierwszych filmów Zwicka (Ostatni samuraj, Krwawy diament)… który wpadł mi jednym okiem, a wyleciał drugim, więc za dobrze to o nim nie świadczy. Co prawda swojego czasu Chwała zdobyła wielkie uznanie krytyków, ale skłonny jestem twierdzić, że stało się tak głównie z powodu kultu politycznej poprawności. Film ukazuje bowiem udział Murzynów jako żołnierzy w Wojnie Secesyjnej, a dokładniej: losy ochotniczego pułku złożonego w całości z czarnoskórych. Denzel Washington i Morgan Freeman nieźli, fabuła średnia, a Matthew Broderick w roli pułkownika to kompletna pomyłka castingowa. 3-/6

* * *


Jestem legendą (I Am Legend); 2007. Rozczarowanie, zawód, zmarnowany pomysł itd. Oto paradoks: Akiva Goldsman pisze scenariusze do najbardziej prestiżowych hollywoodzkich produkcji… chociaż scenarzysta z niego taki jak ze mnie poeta. Główną winę za spapranie Jestem legendą ponosi bez wątpienia właśnie ten pan. Pierwszą połowę filmu pochłania się całkiem przyjemnie, ale druga, ważniejsza, jest już straszliwie nieudolna fabularnie. Gwóźdź do trumny wbijają efekty komputerowe. Kto to widział, żeby w dobie nowego Świtu żywych trupów i 28 tygodni później rezygnować z odpowiednio ucharakteryzowanych aktorów i w całości generować zombiakopodobne potwory cyfrowo?

Trailer zapowiadał znakomity mariaż kina katastroficznego z horrorem. A wyszło jak wyszło. Szkoda słów. 3+/6.

 

 

* * *


Kod Leonarda da Vinci (The Da Vinci Code); 2006. Rzemieślnicza perfekcja bez grama filmowej duszy. Ron Howard wlał za to w swój wyrób kilkadziesiąt litrów płynnego patosu. Kodu Leonarda da Vinci nie ogląda się źle, tak samo jak nie czytało się źle książki, ale ekranizacja ma dokładnie ten sam problem co pierwowzór — nie porywa i nie odciska się w pamięci. A czy lepiej przeczytać, czy lepiej obejrzeć? Ciężko powiedzieć, bo film jest bardziej nadęty niż książka, a książka bardziej niż film urąga inteligencji odbiorcy. Wybór jest Wasz. 3/6.

* * *


Straszny film (Scary Movie); 2000. Chciałem obejrzeć głupią parodię z kilkoma udanymi skeczami. Obejrzałem głupią, autentycznie śmieszną parodię z mnóstwem udanych skeczy. Żarty były oczywiście nierzadko wulgarne, nigdy wyrafinowane, ale całość trzymała poziom wyraźnie wyższy niż inne produkcje tego typu. Lepiej nie będę się wystawiał na ostrzał i nie przyznam publicznie, przy których motywach rżałem najgłośniej… Jeśli tylko macie dość luzu — warto obejrzeć. 4/6.

— What are you doing driving? I know you ain’t got no papers.

— I got papers, blunts, blongs, blokes, anything to make a high nigga pie!

* * *


Equilibrium; 2002. Matrix dla ubogich… Ej, żartowałem, odłóżcie te łomy!

Teraz na serio: Equilibrium posiada mnóstwo polotu i skoncentrowaną dawkę dystopijnego klimatu. Szkoda tylko, że twórcy starali się za wszelką cenę zarżnąć swe dzieło, w co trzeciej scenie umieszczając wyraźnie stylizowane na Matriksie walki naszego hirosa z plutonami badguyów. Dzięki wyśmienitej muzyce Klausa Badelta, zimnej, bardzo pasującej do koncepcji filmu stylistyce oraz Christianowi Bale’owi, Equilibrium się cudem wybroniło i jest dobre ukośnik bardzo dobre. Gdyby jednak zredukować współczynnik akcji, zszyć fabułę rozerwaną błędem logicznym i przebudować zakończenie (to obecne bardziej pasuje do Wejścia smoka) — byłoby genialne. Mimo wszystko, warto obejrzeć. 5-/6.

* * *


Ja, robot (I, Robot); 2004. Swojego czasu było głośno o tym filmie. Niezasłużenie. Ja, robot nie może się zdecydować, czy chce być wyskobudżetową rozrywką w futurystycznej scenerii, czy raczej fantastycznonaukową metaforą uprzedzeń, etnocentryzmu i rasizmu. Od czasu do czasu z podobnego rozkroku powstaje niezłe kino, ale Ja, robot nie miało tyle szczęścia. A wiecie dlaczego? Scenariusz spłodził wspomniany już Akiva Goldsman. Gdyby fabułę filmu oparł o konkretne dzieło Isaaca Asimova, np. Pozytronowego detektywa, powstałby przynajmniej solidny „przyszłościowy” kryminał. Niestety, Goldsmanowi dano wolną rękę (napisy końcowe głoszą jedynie „suggested by Isaac Asimov”) i wyszło jak wyszło. Jeśli oglądać, to tylko dla ładnych obrazków i fajnej kreacji Willa Smitha. 3+/6

* * *


Prawdziwy romans (True Romance); 1993. On i ona. Poznają się przypadkowo. Rychło się w sobie zakochują. Zaraz potem, w niemiłych okolicznościach, wchodzą w posiadanie walizki pełnej narkotyków. Ruszają więc w podróż stylowym cadillakiem, próbując spieniężyć towar. Ich tropem podążają (oczywiście) właściciele walizki i policja.

Brzmi banalnie? Jasne. Ale. Reżyseria: Tony Scott. Scenariusz: Quentin Tarantino. Muzyka: Hans Zimmer (śliczny motyw przewodni). W rolach pierwszoplanowych: Christian Slater i Patricia Arquette. W rolach drugoplanowych: Val Kilmer, Dennis Hopper, Gary Oldman, Brad Pitt, Christopher Walken, Samuel L. Jackson, James Gandolfini. I co powiecie? Jeżeli dziwicie się, dlaczego nigdy dotąd nie słyszeliście o filmie obwarowanym taką ilością znanych nazwisk, odpowiedź jest prosta: W dziewięćdziesiątym trzecim większość tych nazwisk sławna jeszcze nie była.

Konfrontacja Hoppera z Walkenem przy dźwiękach opery — wyborna. A całość — warto obejrzeć. 4+/6.

* * *


John Rambo; 2008. Dziwna sprawa. W kinie bawiłem się nie najgorzej, ale z upływem dni spoglądam na czwartą część przygód niepokonanego Rambo coraz bardziej sceptycznie. I wcale nie dlatego, że John Rambo to bezmózgie kino akcji, bo przecież wiedziałem, na co idę. Rzecz w tym, że w tym filmie… za mało jest samego Rambo! Powaga. John, gdy przychodzi co do czego, działa, i to bardzo skutecznie („sztuczka” z bombą rządzi), ale w scenach nie-akcji — a wbrew pozorom jest ich tu stosunkowo dużo — trzyma się wyraźnie na uboczu. Poza tym w finałowej potyczce mógłby robić coś więcej niż tylko (spojler) zmieniać kąt ostrzału przy dziesiątkowaniu pułku wrogów z wielkiego CKM-u. 3+/6.

Reklamy

11 uwag do wpisu “Filmorys (1)

  1. @Seji: Zgadzam się całkowicie, ale toteż wychodzi właśnie na to, o czym napisałem: Druga połowa jest nieudolna fabularnie. A jak podobały Ci się cyfrowe potworki?

  2. LawDog writes:

    Seji, jak chcesz, to możemy się poprzerzucać błędami w scenarze "Jestem legendą". :)Dzisiaj zaliczyłem "Taxi Drivera" – doskonałe kino. Na dniach zobaczę "Rezerwat" i "Cloverfield", ostrzę sobie zęby na "Persepolis", ale nie chcę też zbankrutować przez bilety (duży popcorn swoje kosztuje). BTW, z tą "matriksową stylizacją" w "Equilibrium" trochę przesadzasz. :)

  3. Jestem Legenda rozczarowuje, ale pod wzgledem zmian poczynionych w stosunku do powiesci – calkowicie inne zakonczenie, inna wymowa tytulu. To polozylo ten film, bo poza tym jest niezly.

  4. Mateusz, jadasz popcorn w kinie? Zawsze mnie tacy ludzie denerwowali swoim ciamkaniem…

  5. Tomek, przypomnij nam, na jaki to film zabrałeś do kina trzech kolegów-chamów i skrzynkę żubra. :)

  6. Staszek writes:Bardzo miły wpis, świetnie się czytało, wracam do sesji… :)

  7. LawDog writes:Tomek – mnie też! Ale ostatnio postanowiłem spróbować, nie jadłem popcornu w kinie od dobrych kilku lat. I… przepadłem. :P

  8. Borys: Dwoch kolegow, ja bylem tym trzecim :P I to byly Transformersy, a my ogladalismy je po raz drugi wiec bylismy bardziej zainteresowani zubrem :)Mateusz: Zeby mi to bylo ostatni raz! Dobrze przynajmniej ze zdajesz sobie sprawe ze swojej winy. Jest dla Ciebie nadzieja :)

  9. Anonymous writes:Cloverfield takie sobie, ale lepsze niż I am Legend.

  10. LawDog writes:

    Takie sobie? Dla mnie najlepszy film ostatnich miesięcy i z pewnością jeden z lepszych, jakie widziałem – naprawdę kopie tyłek.Idźcie w ciemno.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s