Filmorys (2)


Pojawienie się drugiego odcinku Filmorysu opóźniło szukanie suriektywnego homomorfizmu GL(2, Z3) z S4 przez autora bloga. Co prawda nadal go nie znalazłem, ale jestem już na dobrej drodze.

* * *


Czerwony smok (Red Dragon); 2002. Rzadki przypadek filmu będącego ekranizacją, prequelem i remakiem jednocześnie. Pierwszy tom tetralogii o Hannibalu Lecterze przeniesiono na celuloid w 1986 r. pod zmienionym tytułem Łowca (producenci byli przejściowo uczuleni na słowo „smok”, ponieważ dopiero co klapę zaliczył Rok smoka). Tamtą wersję uważam za lepszą, bo i mroczniejszą, i z zapadającą w pamięć, niezwykłą jak na thriller muzyką.

Remake, pomimo świetnej obsady (Norton, Keitel, Fiennes, Hoffman i oczywiście Hopkins), jakoś nie zdołał mnie do siebie w pełni przekonać. Nie pomaga mu aż trzykrotne otarcie się o autoparodię: zaraz na początku, w otwierającej film scenie „pojmania” Lectera; nieco później, gdy główny bohater doznaje olśnienia oglądając zdjęcia z miejsca zbrodni; i blisko końca, w sekwencji pożarowej. Spójrzmy zresztą prawdzie w oczy — Milczenie owiec zjada na podwieczorek i Hannibala, i Czerwonego smoka, i Łowcę, i nowego Hannibala. Po drugiej stronie maski. Tego ostatniego jeszcze nie widziałem, ale żadne pozytywne zaskoczenie mnie raczej nie czeka. 3+/6.

* * *


Ziemia obiecana; 1974/2000. Mawia się, że to jeden z najlepszych polskich filmów ever. Bez wątpienia jest sporo prawdy w tym stwierdzeniu, bo Ziemię obiecaną ogląda się nad wyraz dobrze. Wajdowska ekranizacja drugiej najsłynniejszej powieści Reymonta przebija pierwowzór o cały rząd wielkości. W książce główny bohater był prowadzony niezdecydowanie, tak jakby pisarz bał się uczynić go szwarccharakterem pełną gębą. W filmie natomiast Karol Borowiecki, o ekspresyjnej twarzy Daniela Olbrychskiego, to już postać bez skrupułów pnąca się po kapitalistycznej drabinie sukcesu. Olbrychskiemu zręcznie sekundują Wojciech Pszoniak i Andrzej Seweryn; bardzo przekonujący jest też Franciszek Pieczka w drugoplanowej roli nowobogackiego Mullera.

Dodam jeszcze, że oglądałem nową, przemontowaną wersję filmu z 2000 r. Ma być rzekomo dynamiczniejsza od oryginalnej, ale że tamtej nie widziałem, porównać ich nie mogę. Warto zobaczyć. 5-/6.

* * *


Projekt: Monster (Cloverfield); 2008. Monster-movie skrojony na miarę dwudziestego pierwszego wieku. No dobra, na miarę pierwszego ćwierćwiecza tegoż, bo ok. 2030 r. na bank wymyślą jakąś nową formułę. Tymczasem Cloverfield (zdecydowanie odmawiam posługiwania się „polskim” „tytułem”) to stary pomysł — wielki potwór niszczy wielkie miasto — w zupełnie nowej oprawie: od początku do końca produkcja udaje amatorski film wideo kręcony cyfrową kamerą przez bezpośredniego świadka dramatycznych wydarzeń. Koncepcja sprawdza się genialnie. Efekty specjalne wyglądają prawdziwiej, widz czuje się wrzucony w sam środek akcji, a atmosfera zagrożenia ulega pogłębieniu.

Podskakuję z radości na myśl o tym, że nowy zombie-flick Romero będzie realizowany tą samą techniką. I nie pogniewam się, jeśli jeszcze parę filmów katastroficznych nakręcą w analogiczny sposób. Warto zobaczyć. 5-/6.

* * *


Aż poleje się krew (There Will Be Blood); 2007. W Esensji napisali, że tegoroczny wielki przegrany wyścigu do Oskarów to dzieło K-U-B-R-I-C-K-O-W-S-K-I-E. Powtórzę, ale nieco ciszej: Aż poleje się krew jest filmem utrzymanym w bardzo kubrickowskej stylistyce. Przypomina mi poniekąd Barry’ego Lyndona tamtego reżysera, jako że oba utwory cofają widza do przeszłości, by opowiedzieć historię moralnego upadku człowieka, który nie zdołał okiełznać swych ambicji. Lecz siła Aż poleje się krew polega na tym, że film można interpretować przynajmniej na jeszcze dwa sposoby: jako epicką opowieść o początkach krwiożerczego kapitalizmu (co stawia go w jednym rzędzie z rodzimą Ziemią Obiecaną) i jako alegorię walki ateizmu z wiarą. Dodatkowy atut to potężna rola Daniela Day-Lewisa. Scena z „piciem milkshake’u” w epilogu przejdzie pewnie do klasyki kina.

Wady? Jedna. Film jest trochę nudny. Brzmi okrutnie, ale Aż poleje się krew to jeden z tych filmów, które należy oglądać dla wszystkiego, tylko nie dla fabuły sensu stricte. Warto zobaczyć. 4+/6.

* * *


Alternatywy 4; 1983. Dawniej w polskich serialach występowali Hańcza, Wilhelmi, Dykiel, Celińska, Tyszkiewicz, Pokora, Gołas… Dzisiaj z kolei możemy oglądać Deląga, Cichopek, Wieczorkowskiego, Muchę, Gonerę i Cyrwusa (czyli Rysia z Klanu). Czaicie ironię?

Alternatywy 4 to Barejowska odpowiedź na Dom, która w dziewięciu godzinnych odcinkach opowiada o zabawnych perypetiach mieszkańców nowo wybudowanego bloku na warszawskim Ursynowie. Jak na produkcję „z tamtych lat” przystało, Alternatywy 4 ma doborową obsadę, w której brylują przede wszystkich Roman Wilhelmi w roli tyranizującego lokatorów gospodarza domu, oraz Witold Pyrkosz wcielający się w podstarzałego pijaka będącego zarazem mieszczuchem z dziada pradziada („do chamowa mieszkać nie pójdę!”). Warto zobaczyć. 4/6.

* * *


Wścieklizna (Rabid); 1977. Wczesny Cronenberg — te dwa słowa powinny wiele wyjaśnić. Oryginalna, lecz nie porywająca metafora zagrożenia płynącego z rozwiązłości seksualnej. Przynajmniej ja tak interpretuję film, w którym młoda, atrakcyjna kobieta przy pomocy pasożytniczego waginopenisa pod pachą zamienia ludzi (płci obojga) w krwiożercze monstra. Od biedy da się nazwać Wściekliznę daaalekim krewnym zombie-movies. W latach 70. robiła pewnie niemałe wrażenia na widzach. Dzisiaj wypada słabo. 2+/6

* * *


Ostatni samuraj (The Last Samurai); 2003. Po obejrzeniu na usta cisnęło mi się deprecjonujące określenie stosowane przez kuzyna: Lekka żenia. Potem jednak ukułem własny epitet: Kiepścior.

Nie dość, że Ostatni samuraj mógłby nosić podtytuł Fajność dawnej kultury japońskiej z hamerykańskiego punktu widzenia, to na dodatek śmiertelny cios zadaje filmowi Boski Tom Cruise w głównej roli. Zaiste, trzeba mieć wiele tupetu, by nakręcić historyczno-przygodowy obraz, w którym na straży tradycyjnych wartości japońskich staje weteran Wojny Secesyjnej. Dwaj apologeci filmu i jednocześnie moi znajomi, z którymi o Ostatnim samuraju krótko podyskutowałem, stwierdzili, że owszem, jest on patetyczny, ale i tak bardzo dobrze się go ogląda. Moja opinia: Owszem, jest on patetyczny i ogląda się go średnio. Ot, wysokobudżetowy przeciętniak z przegiętą końcówką. 3-/6.

* * *


Żona dla Australijczyka; 1964. Głupiutka, prosta i naiwna komedia romantyczna rodzimej produkcji sprzed 45 lat. Ale wiecie, w czym rzecz? Ano w tym, że ogląda się ją o niebo przyjemniej niż zbliżone gatunkowo, współczesne wytwory polskiej kinematografii. Właśnie dzięki tej prostocie i bezpretensjonalności. Swoje robi też oczywiście sentyment… ale i przymiotnik „głupiutki” to zupełnie nie to samo co „głupi”. 4-/6.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Filmorys (2)

  1. A ja nie lubię filmów. Nie rozumiem ich, nie widzę, co wszyscy tak w tym widzą i się podniecają wspaniałą grą aktorów. No, Leon the Profesional mi sie podobał. A ziemia obiecana tylko w formie the promised land of Cetra. FFForever. Tak.Jeśli lekko otrzepię się psychicznie to pewnie zredaguje komentarz na bardziej zrozumiały. Teraz nie mam głowy.

  2. LawDog writes:

    Z tego co widziałem, nowy film Romero może być kręcony NIE TYLKO z ręki. Nie ma pewności, choć trailer swoje pokazuje. "Cloverfield" – majstersztyk, wiadomo. "Aż poleje się krew" – faktycznie, jest długi, ale mnie nie znużył w ogóle. Choć nie wbił mnie w fotel, jak "To nie jest kraj dla starych ludzi". :)

  3. Staszek writes:Niektóre rzeczy zmieniają się z wiekiem. To NIE znaczy, że "starszy jest lepszy"; po prostu tak już jest. Być może i u Ciebie, Przemku, się to zmieni (z filmami). A być może nie. Okaże się pewnie za parę lat. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s