Filmorys (4)

Nie lubię zaczynać opinii o filmach od słów „mógł to być…”, bo zaprzepaszczona szansa na dobre kino boli bardziej niż oczywista od pierwszych minut chała. Czwarty odcinek Filmorysa rozpocznie się od dwóch takich rozczarowań, ale później będzie nieco lepiej. Niestety, pięciu gwiazdek dzisiaj nie uświadczycie.

Tak, gwiazdek. Postanowiłem uprościć filmorysowy system oceniania. Od dzisiaj skalę szkolną z plusami, minusami i słownymi uzupełnieniami („warto zobaczyć”, „trzeba zobaczyć”) zastąpiłem uśmiechniętymi gwiazdkami. Pięć znaczy must-see, cztery — should-see. Trzy to film „wporzo”, ale nic ponadto. Dwie gwiazdki oznaczają coś mniej lub bardziej kiepskiego, a jedna gwiazdka… sami się domyślcie.

Przy okazji chciałem poprosić o mały feedback. Czy dotychczasowa formuła Filmorysu sprawdza się z punktu widzenia wygody blogowego czytelnika? Czy może raczej kolejne odcinki powinny ukazywać się częściej, ale za to do każdego z nich powinno trafiać mniej filmów (2-4)? Z jednej strony nie chcę się rozdrabniać, ale z drugiej wiem doskonale, że długie wpisy na blogu, obojętnie na jaki temat, niekoniecznie są jazzy. …


Krew za krew (Seraphim Falls); 2006. Mógł to być dobry, osnuty mgiełką tajemnicy thriller psychologiczny w westernowej scenerii. Liam Neeson z kilkoma najemnikami zajadle ściga przez zasypane śniegiem góry samotnego uciekiniera, Pierce’a Brosnana. Nie wiemy, o co chodzi, ale od samego początku możemy podejrzewać, że na miano pozytywnego bohatera nie zasługuje tutaj nikt. Liczymy więc na dwuznaczną opowieść o winie, zemście, karze, odkupieniu… i figa. Fabuła szybko wpada w zadyszkę, wkrótce otrzymujemy toporny i rozwiewający wszelkie smakowite wątpliwości fleszbek, a na ekranie pojawiają się postacie rodem z filmów Lyncha. Na domiar złego Krew za krew kończy się w nieprzekonujący i kiepsko rozegrany sposób. Tchórzliwym scenariuszom, które świetnie się zaczynają, a potem brak im konsekwencji, mówimy stanowcze NIE. *****


[.REC]; 2007. Mógł to być intensywny, przerażający, nakręcony z ręki horror rozgrywający się w niewielkiej przestrzeni kilkupiętrowej kamienicy. Filmowi z zombiakami jestem w stanie wiele wybaczyć i w zasadzie [.REC] za całkowitą porażkę nie uważam. Film niby ma klimat i… szkoda tylko, że na klimacie zalety się kończą. Początkowo budzi niepokój, ale w kulminacyjnych chwilach nie straszy tak jak powinien, a Chudzina z końcówki wywołuje uśmiech politowania. Warto jednak zaznaczyć, że film nakręcili Hiszpanie — niech się starają dalej, a prędko powinno im wyjść coś naprawdę dobrego w dziedzinie zombie-movies. *****

Ciekawostka: Amerykanie kręcą już remake [REC] pt. Quarantine. USA to jedyny kraj na świecie, w którym miast dystrybuować zagraniczny film z napisami (czy nawet dubbingiem) zabierają się za kręcenie własnej wersji.


Człowiek-słoń (The Elephant Man); 1980. Ujmująca — ale nie łzawa! — współczesna baśń o fizycznej odmienności i poszukiwaniu akceptacji. David Lynch na czarno-białej taśmie opowiada o losach Johna Merricka, potwornie zdeformowanego młodego mężczyzny, który po wielu latach spędzonych w cyrku jako obwoźny dziwoląg trafia pod troskliwą opiekę dobrotliwego doktora Trevesa. Szybko okazuje się, że pod odrażającym obliczem kryje się wrażliwy, miły i inteligentny człowiek.

W Człowieku-słoniu Lynch swoje surrealistyczne ciągoty trzyma na wodzy, w czym z pewnością pomaga mu fakt, że tytułowy bohater to postać autentyczna. Fabuła filmu jest więc spójna, a świetne kreacje Anthony’ego Hopkinsa w roli Trevesa i niesamowicie ucharakteryzowanego Johna Hurta w roli Merricka sprawiają, że rozwój wydarzeń śledzi się z niekłamaną przyjemnością. *****

* * *


Nie ma róży bez ognia; 1974. Drugi najlepszy film Bareji (o pierwszy najlepszy nie będziecie chyba pytać…). W …róży… mistrz peerelowskiej groteski bierze pod lupę perypetie mieszkaniowe. Dzięki szczęśliwemu trafowi Janek i Wanda przeprowadzają się z ciasnoty do wygodnego M-3. Niestety, zaraz potem ich sublokatorem staje się były mąż Wandy, Jerzy. Janek próbuje się go pozbyć, lecz doprowadza tylko do… zwiększenia liczby niepożądanych współmieszkańców.

Przezabawna komedia pełna zwariowanych pomyłek, obfitująca w humor zarówno sytuacyjny jak i słowny. Fedorowicz w roli Janka miał tu niby więcej do zagrania, ale przebił go bez wątpienia Jerzy Dobrowolski — film warto obejrzeć choćby dla „jogibabu”, „biednego misia”, „brawo, Jasiu!” i „no oczywiście”. *****


Be Kind Rewind; 2008. Michel Gondry jest doskonałym przykładem reżysera posiadającego swój charakterystyczny styl. Kilka lat temu spod jego kamery wyszedł Zakochany bez pamięci, surrealistyczny komediodramat i wielce niebanalny film o miłości w jednym. Wtedy jednak Gondry połączył siły z oskarowym scenarzystą Charliem Kaufmanem, natomiast w Be Kind Rewind przenosi na ekran własną historię. Wynik: Sympatyczna, lekko nostalgiczna komedia, której na pewno nie brak oryginalności, ale która też nie ma niestety „tego czegoś”. Miłośnikom VHS, jazzu i Pogromców duchów powinna spodobać się bardziej niż pozostałym. *


Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej (Borat: Cultural Learnings of America for Make Benefit Glorious Nation of Kazakhstan); 2006.. O Boracie napisano dużo. I nic dziwnego, bo tę paradokumentalną komedię vel parodię dokumentu odbierać można na wiele różnych sposobów: Jako podglądanie poglądów zwyczajnych ludzi, jako robienie sobie wulgarnych jaj ze zwyczajnych ludzi, jako komentarz do ksenofobii i skrywanego rasizmu, jako robienie sobie wulgarnych jaj z ksenofobii i skrywanego rasizmu, jako specyficzny rzut okiem na problemy dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, jako robienie sobie wulgarnych jaj ze Stanów Zjednoczonych i ich problemów…

Na Boracie bawiłem się przednio, chociaż — i mówię to bez najmniejszego przekąsu — jest to humor, który wielu widzów zgorszy zamiast rozśmieszyć. W warstwie merytorycznej odbieram film Sashy Baron Cohena przede wszystkim jako studium amerykańskiego luzu. Udający nieokrzesanego Kazacha komik pokazuje nam, które warstwy społeczne nie mają go za centa, które mają go tylko pozornie, a które luzem rzeczywiście się odznaczają. Z Borata wynika co prawda, że do tej ostatniej grupy należy zaliczyć tylko gejów, gangsterów, dziwki i Żydów… ale to też coś mówi o współczesnym świecie. *****[/COLOR]

— Czy chcesz powiedzieć, że mężczyzna, który włożył mi gumową pięść do odbytu, jest homoseksualistą?!


Wysyp żywych trupów (Shaun of the Dead); 2004. Wiem, że Wysyp… ciepło przyjęła krytyka i zdaję sobie sprawę, że nie jest to zły film… ale mi-się-jakoś-nie-bardzo. Lubię horrory z żywymi trupami, lubię też komedie obyczajowe z przymrużeniem oka opowiadające o tym, co w życiu jest naprawdę ważne, jednak najwyraźniej połączenie obu tych gatunków do mnie nie trafia. Pewnie dlatego, że w przeciwieństwie do większości krytyków uważam, że zombie-movies są fajne same w sobie. A jako komedia, od Wysypu… o niebo lepiej sprawdza się Planet Terror. *


Gdzie jesteś, Amando? (Gone Baby Gone); 2007. Reżyserski debiut Bena Afflecka opowiadający o poszukiwaniach uprowadzonej dziewczynki. Skrzywiliście się, nie brzmi za dobrze? Chwileczkę. Otóż film wcale nie jest taki zły jak mogłoby sugerować nazwisko twórcy i wyświechtana tematyka. Ben za obiektywem wypadł zdecydowanie lepiej niż przed obiektywem, chociaż nie udało mu się uniknąć paru sporych błędów, np. karygodnie poprowadził postać Angie, partnerkę głównego bohatera. Mimo to nie mam wątpliwości, że jeśli Affleck porzuci karierę aktorską i wstąpi na dobre na ścieżkę reżyserską, widzowie wiele zyskają.

A co z wyświechtaną tematyką? Gdzie jesteś, Amando? zaczyna się obiecująco, lecz niestety w środkowych partiach głośno zgrzyta scenariusz. Intryga nie wydaje się do końca udana, a wiarygodności nie przydaje jej rozpaczliwa wolta blisko końcówki, która miała uchodzić za zaskakujący zwrot akcji. Film od upadku ratuje samo zakończenie. Krótko mówiąc: Cholernie dobre. Bardzo niehollywoodzkie, bo nieoczekiwane, pozornie smutne, ale w gruncie rzeczy każące nam raz jeszcze zastanowić się nad całą historią i nad motywacjami jej uczestników. *

Reklamy

8 uwag do wpisu “Filmorys (4)

  1. Mnie podoba się dotychczasowa formuła, nie ma co się rozdrabniać. Gwiazdki są w porządku, ale… czemu takie małe? Nie da się ich powiększyć? Chcę zobaczyć te uśmiechy na ich ramionach. "Planet Terror" sprawdza się jako komedia? To to się w ogóle sprawdza? Borys, przecież Ty połowę "Wysypu…" przespałeś! Obejrzyj go raz jeszcze i zdaj sobie sprawę, w jak wielkim tkwisz błędzie, biedny misiu. I dobrze, że "[.REC]" oceniłeś tak nisko. Wydawało mi się, że jakiś czas temu podchodziłeś do tego filmu bardziej entuzjastycznie.

  2. Dzięki za feedback. Gwiazdki powiększyłem. Lepiej?Ze smutkiem konstatuję, że "Planet Terror" stanowi największy chyba rozdźwięk między Gustem LawDoga i Gustem Borysa w roku pańskim 2007.Połowę "Wysypu…" przespałem, owszem, zgadnij dlaczego. :)Co do "[.REC]", to wcale nie oceniam filmu wysoko, ale w tamtej naszej dyskusji próbowałem go po prostu bronić. W końcu to hiszpański horror z zombiakami, pierwsze śliwki robaczywki, nie? :)

  3. Malkav writes:

    Pozwolę sobie zacząć komentować Borysowe wypociny ;)Gwiazdki uważam za pomysł wporzo, zwłaszcza że nie znam wersji poprzednich. W każdym razie dają świetny asumpt do dyskusji: np. uważam, że Człowiek Słoń istotnie zasługuje na 4, może nawet 4.5 – za to Borat najwyżej na 3 – bo i tyle cieniutkich denek tam widać: wulgarny humor -> krzywe zwierciadło nietolerancji i ksenofobii -> w gruncie rzeczy nachalny prosemityzm (zwróćcie uwagę, że tylko oni są tam przedstawieni jako osoby kryształowe, a wyszydzane, czy wręcz topione po studniach). Nic specjalnego, choć dla przeciętnego Amerykanina już odkrycie drugiego dna zapewne jest objawieniem.

  4. JJThompson writes:

    Notki powinny ukazywać się w podobnym kształcie jak teraz jeśli chodzi o objętość i przyjętą konwencję. Mało mnie szczerze powiedziawszy obchodzi czy pod reckami będą oceny, czy gwiazdki. Dla mnie liczy się uzasadnienie oceny, a nie to który film jest wyżej na Twojej subiektywnej liście.Poza tym zgadzam się z Malkavem w sprawie "Borata". Koncepcja była ciekawa, ale wykonanie już takie sobie. Kazachski Ali G mógł bardziej się postarać, chociaż "Jag shie mash" rządzi.

  5. JJThompson writes:Jedna sprawa – mógłbyś dodawać nazwy filmów w słowach kluczowych. Łatwiej później byłoby szukać.

  6. @JJThompson: Również dzięki za feedback. Dodawanie nazw filmów w słowach kluczowych? Znaczy, w tagach? Hmmm… Tym sposobem szybko doprowadzę do przeładowania tagów tytułami filmów, a co gorsza każdy tag-tytuł będzie użyty tylko raz — a chyba nie o to tutaj chodzi. Próbowałeś korzystać z BLOG SEARCH (po prawej stronie na górze, tuż pod zdjęciem)? Radzi sobie z wyszukiwaniem filmorysowych tytułów zupełnie dobrze. Chyba że chodzi Ci o jakiś spis wszystkich "prezentowanych" filmów.@JJThompson & Malkav: "Borata" będę bronił. To baaardzo specyficzna produkcja, ale mnie się podobała. Wiecie, gdyby Borat był w filmie "grzeczniejszy", to już nie byłoby to samo. Co do prosemityzmu, masz, Malkav, rację, ale zwróć uwagę, że przeciętny widz tego drugiego dna raczej nie odkryje. Dla większości będzie to właśnie wulgarna komedia, niektórzy (tu nieskromnie pokażę paluchem na siebie) dostrzegą tam coś jeszcze.

  7. JJThompson writes:

    W sumie racja z tym "przeładowaniem". Tak, chodzi mi o spis wszystkich filmów w danej notce co można rozwiązać np. przez podawanie nazw filmów w zawsze widocznej części posta : )"Wiecie, gdyby Borat był w filmie "grzeczniejszy", to już nie byłoby to samo."Ale ja nie chcę żeby był "grzeczniejszy". Wolałbym raczej żeby sytuacje, które tam pokazywał były mniej wyreżyserowane. Może by i dostał po gębie, ale przynajmniej reakcje ludzi byłyby bardziej naturalne : )

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s