Kopenhaga

Kopehaga to miasto zdominowane przez rowery. Przez śródmieście we wszystkich kierunkach przemykają istne peletony składające się z mieszkańców, którzy zamienili cztery kółka na ekologiczny jednoślad. Najwięcej rowerzystów pojawia się w godzinach porannych i popołudniowych, gdy ludzie jadą do lub z pracy, ale i w porze południowej oraz wieczornej trzeba mieć się na baczności, żeby nie zostać przejechanym. Ścieżki rowerowe biegną bowiem wzdłuż chodników na dosłownie każdej ulicy w centrum i niezorientowanemu turyście łatwo pomylić przestrzeń przeznaczoną dla pieszego z przestrzenią zarezerwowaną dla cyklistów. Kilka nierozważnych kroków do przodu po złej stronie krawężnika i za chwilę okaże się, że znaleźliśmy się pośrodku strumienia rowerzystów, tuż obok samochodów pędzących środkową częścią jezdni, a szybki powrót na bezpieczny chodnik uniemożliwia betonowy murek.

Kopenhaga jest też miastem przestronnym, więc mnogość ścieżek rowerowych nie powinna w zasadzie dziwić. Na brak ciasnoty w śródmieściu wpływa położenie stolicy Danii. Centrum przecina kilka kanałów i szeroka fosa, pozostałość dawnego systemu obronnego. Owe nitki wodne skutecznie „rozbijają” miejską zabudowę i uniemożliwiają jej zbytnie zagęszczenie. Oczywiście, jak na stare europejskie miasto przystało, wąskie i kręte uliczki znajdziemy tu również. Czołową przedstawicielkę takowych stanowi Strøget, najdłuższy deptak handlowy na Starym Kontynencie, który zaczyna się przy Ratuszu, a kończy na Nowym Placu Królewskim. Strøget posiada kilka pomniejszych rozwidleń, na których znaleźć można kafejki, puby i restauracje.

Życie nocne Kopenhagi przedstawia się raczej… ubogo. Co prawda przyleciałem tam w poniedziałek, a wyleciałem we wtorek, więc niby trudno oczekiwać, by już na początku roboczego tygodnia całe miasto imprezowało. Jednak około jedenastej wieczorem uliczki w ścisłym centrum tchnęły pustką, znikąd nie było słychać żadnej muzyki, a większość barów zamykała swe podwoje. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Po stolicy Danii oczekiwałem czegoś więcej, bo przecież w poniedziałkowy wieczór w takim Oslo dzieje się nieco więcej. Wygląda zatem na to, że albo kopenhażanie oszczędzają się przez cały tydzień na gorączkę sobotniej nocy… albo i w weekendy także jest tu stosunkowo nudno.

Żelazny punkt w repertuarze każdego zwiedzającego stanowi Mała Syrenka wyrzeżbiona przez Edvarda Eriksena. Posąg w 2013 roku obchodzić będzie stulecie swego odsłonięcia. Zgodnie z nazwą Mała Syrenka jest… mała i mierzy niewiele ponad metr. Gdyby nie reklama robiona rzeźbie w przewodnikach turystycznych, natrafialiby na nią nieliczni, bo posąg, nie dość, że skromnych rozmiarów, to i położony jest na uboczu. Znajdziemy go za Kasztelem, świetnie zachowaną fortyfikacją z siedemnastego wieku. Miłośnicy zieleni powinni być zresztą usatysfakcjonowani równie mocno co militaryści, bowiem zabudowa fortowa sąsiaduje z sympatycznym parkiem. Sataniści z kolei niech wiedzą, że twierdzę wzniesiono na planie pentagramu.

Pół kilometra na południe od Kasztelu znajduje się Amalienborg, pałac duńskiej rodziny królewskiej. Idąc dalej ku Strøget wzdłuż kanału miniemy kopię „Dawida” Michała Anioła, a po drugiej stronie wody dostrzeżemy gmach Opery o szerokim dachu. Jeszcze dalej, za mostem Knippelsbro, usytuowany jest Folketinget, a więc parlament, budynek o architekturze dostojnej acz nieco kafkowskiej. Folketinget sąsiaduje z Biblioteką Królewską, którą w 1999 r. powiększono o Czarny Diament, romboidalną budowlę z czarnego marmuru i szkła. Z biblioteki w latach siedemdziesiątych skradziono ponad trzy tysiące starych książek o wartości przeszło 50 milionów dolarów. Sprawa znalazła swój finał dopiero kilka lat temu, a złodziejem okazał się jeden z bibliotekarzy. On sam uciekł sprawiedliwości za Styks, ale jego krewni trafili do pudła jako współwinni.

Mniej więcej pomiędzy Kasztelem a Strøget natrafimy jeszcze na Nyhavn, wąską przystań, przy której rozlokowało się wiele barów i restauracji. W jednym z tamtejszych lokali wypiłem niezłe, jasne piwo o miodowym posmaku. Dość długiej nazwy niestety już nie pamiętam, ale cenę jeszcze tak — 50 duńskich koron za półlitrowy kufel (Dania nie zdecydowała się na wprowadzenie euro). 50 DKK to przeszło 20 PLN, a więc, w porównaniu z polskim cennikiem, niemało — ale nie od dziś wiadomo, że Skandynawia to najdroższy region Europy. Z drugiej strony ceny duńskie wydawały się nieco niższe od norweskich, tak o 10-20%. Dokładnego porównania jednak nie robiłem.

Zasadniczym celem wycieczki do Kopenhagi była wizyta w laboratorium optyki kwantowej w Instytucie Nielsa Bohra, który w latach dwudziestych był najważniejszym na świecie ośrodkiem badań nad mechaniką kwantową. Instytut należy do Uniwersytetu Kopenhaskiego i pełni rolę wydziału fizyki teoretycznej. Z zewnątrz prezentuje się staroświecko, niemalże surowo — szare fasady, prostokątne, wysokie okna, wąskie przejścia między budynkami. Te ostatnie utrzymane są co prawda w bardzo dobrym stanie, lecz widać, że podczas wszystkich remontów administracja stara się zachować oryginalny wygląd Instytutu… i dobrze jej to wychodzi. Sam Quantop, czyli rzeczone laboratorium, prezentował się nadzwyczaj imponująco: cztery stoły optyczne zapełnione po brzegi sprzętem, mnóstwo aparatury pomocniczej, kondensat Bosego-Einsteina, spin-squeezing, splątane atomy…

Noc z poniedziałku na wtorek spędziłem w Danhostel Copenhagen City, największym schronisku młodzieżowym w Europie. Śniadanie zamierzałem początkowo zjeść w hostelowym barze, ale zobaczywszy gigantyczną kolejkę, czym prędzej poszedłem szukać jedzenia gdzieś indziej. Z wiktuałami zakupionymi w pobliskim sklepie spożywczym udałem się do parku Ørstedsparken i posiliłem się nad stawem wśród zieleni, w towarzystwie łasego na okruchy ptactwa wodnego. Na wszelki wypadek — gniewu Fiordu nie należy ryzykować nigdy! — nakarmiłem je ostatnią bułką.

Ostatnie godziny pobytu w Kopenhadze upłynęły mi na swobodnym wędrowaniu ulicami śródmieścia. Zajrzałem do Gliptoteki Carlsberga, wielkiego muzeum sztuki powiązanego z osobą Carla Jacobsena, syna założyciela Browarów Carlsberg (ich siedziba znajduje się również w Kopenhadze, lecz poza śródmieściem i tam nie dotarłem). Poszedłem jednak dalej, bo na oglądanie eksponatów nie było czasu; tym bardziej na pojeżdżenie kolejką górską w Tivoli, sporym lunaparku znajdującym się tuż obok dworca głównego.

Wkrótce dotarłem pod Kościół Naszego Zbawiciela o charakterystycznej, bizantyjskiej wieży widocznej z odległych kwartałów miasta. Niestety, trwał właśnie remont, więc nie mogłem wejść do środka i wspiąć się na górę. Lekko rozczarowany ruszyłem w dalszą drogę i gdy po chwili zacząłem myśleć, że Kopenhaga nie będzie miała już nic wyjątkowego do zaoferowania… trafiłem do PIEKŁA. Ale o nim w następnej notce.

____________________
Zdjęcie w nagłówku przedstawia kopenhaskie Nyhavn. Jego autorem jest barnyz.

Reklamy

10 uwag do wpisu “Kopenhaga

  1. A co Ty chciales w kosciele robic?! To faktycznie musialoby byc dla Ciebie Pieklo :P

  2. Nie, nie, Piekło było za kościołem. :) Stay tuned, postaram się opisać jutro (dzisiaj).

  3. Staszek writes:

    No bardzo ładnie! :-) Największe schronisko młodzieżowe w Europie: ciekawe, nie wiedziałem. Co do ubóstwa nocnego życia w (duńskiej) stolycy: ja miałem bardzo podobne wrażenie w Katowicach. Niedziela (pamiętam, był to 30 marca), godzina 21.30, właściwie środek miasta, a tu prawie żywej duszy! Osoby, które widziałem, mógłbym niemal policzyć (niech będzie po freudowsku) na jednym palcu ręki.A czemu dokładnie wybrałeś się do tego instytutu? Zwykła turystyczna ciekawość? Bo że miałeś tam jakiś egzamin, tego nie podejrzewam. :)

  4. @Borejko: Ha ha, ale czerstwe, mój Łozin był lepszy. :)@Staszek: Mój promotor spędził tam rok jako profesor-gość (jak to się "fachowo" po polsku nazywa?) i wysłał mnie do INB razem z kolegą, żebyśmy zobaczyli, jak wygląda laboratorium optyki kwantowej z prawdziwego znaczenia. Bo u nas, w Oslo, analogiczna placówka dopiero wystartowała.

  5. "w towarzystwie łasego na okruchy ptactwa wodnego łasego na okruchy"Fiord musial byc zaiste glodny :P

  6. JCF writes:

    Fajnie, z humorem, dobra notka ;)I standardowe pytanie – a Dunki jak?

  7. @JCF: Dzięki. A Dunki… Cóż, ujmijmy to w ten sposób: Widać niekorzystny wpływ sąsiadujących z Danią Niemiec. :P

  8. Pingback: 500 | BLOGRYS

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s