56 dni w Szkocji

Zacznę od egocentrycznego wstępu, bo bez niego i tak musiałbym pewnie wyjaśnić w komentarzach, jak się tu znalazłem. Otóż w ramach IAESTE, międzynarodowego programu wymiany studentów kierunków ścisłych, trafił mi się ośmiotygodniowy staż w Glasgow. Pracuję na Uniwersytecie Strathclyde w wydziale zajmującym się badaniami oddziaływań między wysokoenergetycznymi laserami i plazmą. Przydzielono mnie do eksperymentów z rozpraszaniem Ramana (nie mylić z Romanem) i… na tym poprzestańmy. Oszczędzę Wam szczegółów technicznych mojego stażu i będę ograniczał się do aspektu kulturalno-turystycznego. Ostrzegam jednak z góry, że nie jestem hardkorowym „zwiedzaczem” (jak na przykład tow. Seji, który ze swoich wycieczek do Norwegii zawsze potrafi wycisnąć zdumiewająco wiele notek), a poza tym znakomita większość część tygodnia i tak upływa mi na pracy. Ergo, nie będzie często i wyczerpująco… ale postaram się, żeby było ciekawie.

Na pierwszy rzut oka widać, że Wielka Brytania* posiada swój styl. Byłem niedawno w Kopenhadze i stolica Danii nie wywarła na mnie zbyt dużego wrażenia (nie licząc Christianii. Ot, po prostu jedno z wielkich, europejskich miast. W Glasgow natomiast człowiek natychmiast uświadamia sobie, że właśnie opuścił Kontynent i znalazł się na Wyspach. Charakterystyczna architektura, lewostronny ruch, piętrowe autobusy i deszcz padający już w momencie lądowania samolotu dobitnie informują przybysza, dokąd trafił.

Po niecałym tygodniu spędzonym w Glasgow mogę powiedzieć, że podoba mi się tutaj:

  • Ruch uliczny, na którego specyfikę składają się samochody jadące po lewej stronie jezdni, kierownice po prawej stronie, liczne mini, wspomniane piętrowe autobusy oraz wymalowane na asfalcie ograniczenia prędkości i informacje parkingowe (resident permit holders only). Co prawda nie do końca zorientowałem się jeszcze w lewostronnym ruchu i przy przechodzeniu przez ulicę ciągle myli mi się kolejność kierunków, w jakie należy się rozglądać (prawo-lewo zamiast lewo-prawo), a zagadnienia nie ułatwiają skomplikowane skrzyżowania z jednokierunkowymi przejazdami. Niemniej, zatłoczone w godzinach szczytu miasto wreszcie wygląda jakoś inaczej i to się liczy na plus.
  • Szkocki akcent. Pokochałem go już dawno, chyba wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyłem (usłyszałem) woźnego Williego z Simpsonów, lecz dopiero teraz stykam się z aye’ami bezpośrednio. Okazuje się, że wielu Szkotów posługuje się zupełnie „normalną” angielszczyzną a’la Sean Connery, w której akcent występuje w śladowych ilościach. Jednakże w przypadku niektórych rozmowców trzeba porządnie wytężyć uszy… a rezultat i tak pozostawia sporo do życzenia.
  • Tanie mięso, przynajmniej w porównaniu z Norwegią. Siedem funtów za kilogram kurzych piersi to rewelacyjnie niska cena. Szkockie sklepy spożywcze mają też więcej smaków sosu Uncle Ben’s. Przecież fakt przyrządzania sobie przez studenta prostych obiadów nie oznacza wcale, że student nie chce jeść obiadów urozmaiconych.
  • Okrągłe ceny. Paczka wędliny kosztuje jednego, całego, okrągłego funta. Nie 95 pensów, nie 99 pensów, nie 1,02 funta, a jednego, całego, okrągłego funta. Wreszcie ktoś poszedł po rozum do głowy i podarował sobie ten tandetny chwyt marketingowy.
  • Duża ilość kawiarni, barów, pubów i restauracji przy jednoczesnej małej ilości fast-foodów pokroju McDonald’s i KFC.
  • Metro. Teraz już wiem, dlaczego nazywa się je tutaj tube. Wcale nie przypomina znanej mi z Oslo pociągopodobnej kolejki. Metro w Glasgow wygląda jak… tubka — półokrągłe, wąskie wagony z siedzeniami biegnącymi wzdłuż obu ścian. Urocze.
  • Sklep multimedialny Zavvi, czyli brytyjski odpowiednik EMPiK-u. O Zavvi napiszę więcej w osobnej, kolektywnej notce, gdy już będę miał za sobą łażenie po tutejszych sklepach i galeriach handlowych.

Żeby nie było za słodko, zaznaczam, że nie wszystko przypadło mi do gustu. Niewątpliwym problemem są krany. Ostrzegano mnie przed tym zjawiskiem już wcześniej, ale dopiero teraz przekonuję się na własnej skórze, że osobne krany z wodą zimną i ciepłą wydatnie komplikują proces golenia i zmywania (na całe szczęście w kabinie prysznicowej skorzystano z normalnego rozwiązania i zainstalowano tylko jeden prysznic). Maszynę parową może i wynaleźli, ale reformę wodociągową też wypadałoby przeprowadzić.

Po drugie, pogoda. Nawet nie chodzi o to, że często pada, ale że na przemian pada i świeci słońce. Przez pogodę w kratkę nie wiadomo, jak się ubrać, gdy człowiek idzie rano do pracy. Po trzecie, gniazdka. Mając tylko jedną przejściówkę, muszę ciągle wybierać — albo laptop, albo ładowarka do komórki.

W następnym odcinku będzie o Edynburgu. Tak wyszło, że chociaż mieszkam w centrum Glasgow, to zwiedzę je dopiero w dalszej kolejności.

* Poza Szkocję nie będę się ruszał — z jednym, londyńskim wyjątkiem — ale zakładam, że pod względem ogólnej charakterystyki poszczególne regiony UK są do siebie podobne. Dlatego terminów „Szkocja” i „Wielka Brytania” będę bez skrępowania używał zamiennie.

Reklamy

15 uwag do wpisu “56 dni w Szkocji

  1. Londyn – idz na Spamalot!Zavvi – to byly Virgin. Ja dostalem oczoplasu. I te niskie ceny!!! :)

  2. "albo laptop, albo ładowarka do komórki"Laptop. Komórkę ładujesz przez USB :D

  3. PGobi, a nie PGobbi writes:i "odblokowujaca", a nie "blokujaca"… (pozno juz, a ja sporo dzis zakuwalem – przepraszam)

  4. PGobbi writes:

    Ech, a przeciez mowilem jak korzystac z kontaktow… ;-) Noz w blokade i mozna podlaczyc bez problemow co sie chce (to tylko plastikowa dzwignia blokujaca dostep do dwoch pozostalych otworow).Pozdrawiam i miejmy nadzieje: do zobaczenia w Londynie

  5. @Seji: Spamalot? Rozwiń, bo Wikipedia zwraca tylko jakiś montypythonowski musical. :) A może o to Ci właśnie chodzi?@Misiołak: Nie doceniasz mojej sklerozy. Nie wziąłem ze sobą kabelka PC-komórka. :(@PGobi: Ale to trzeba mieć jakiś puginał chyba, przecież te otwory są wąskie, zwykły nóż nie wejdzie. :)

  6. Skleroza? Po prostu twój plan od początku był pełen luk i wypaczeń. Kabelek USB jest lżejszy i mniejszy niż ładowarka, zatem zyskujesz przestrzeń bagażową i odciążasz ładunek. Poza tym kto to widział, żeby nie zabrać śpiworka?

  7. Przyznaję, skompromitowałem się z tym kabelkiem na całego.A co do śpiworka, to żeby go nie zabierać, widziała ta pani na lotnisku, która puściła mnie z kilogramem nadwagi w bagażu — a śpiworka w nim bynajmniej nie było. :)

  8. Gniazdka Ci przeszkadzają? Rozumiem, że przejściówek na Wyspach nie sprzedają? :)Czekam na tę notkę o sklepach, kiedy będzie? Sprawdź dla mnie dostępność i ceny komiksów. Odbyłeś już pielgrzymkę do domu narodzin Alana Moore'a?

  9. @LawDog: Sprzedają, ale jednocześnie łupią turystów ze skóry. Bo przejściówka dla Brytyjczyka jadącego na kontynent (trzy otworki, dwa bolce) kosztuje funciaka, a przejściówka "w drugą stronę" (dwa otworki, trzy bolce) — pięć razy tyle.Kiedy będzie notka o sklepach, nie mam pojęcia — bo i tak jestem już trzy notki do tyłu (Glasgow, Stirling Highland Games, Londyn). Dostępności i ceny komiksów nie sprawdzę. Do domu narodzin Alana Moore'a wybiorę się niebawem, muszę tylko skombinować kanister.

  10. Przejsciowki – Borys, kup sobie kombain: Euro, UK, USA, Indie, Japonia, costam. Wszystko w jednym.

  11. Анонімний writes:Houses and cars are not very cheap and not everybody can buy it. But, loan are created to support people in such kind of hard situations.

  12. Pingback: 500 | BLOGRYS

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s