Edynburg


Przewodnik turystyczny nie skłamał. Edynburg naprawdę jest przeuroczym miastem. Jednocześnie muszę nieskromnie przyznać, że stolica Szkocji nie wywarła na mnie równie wielkiego wrażenia co na statystycznym turyście, jako że ja już wcześniej widziałem coś podobnego, kiedy kilka lat odwiedziłem Stavanger na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Pod względem topograficznym oba miasta mają wiele wspólnego: wąskie, kręte uliczki pnące się w górę i w dół, nadmorskie położenie, bezpośrednie sąsiedztwo gór. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Edynburg jest od Stavanger ładniejszy, a to za sprawą zdecydowanie ciekawszej architektury i wielkiej ilości zabytków. Jej prawdziwy klejnot stanowi wielki, stary zamek położony na wzgórzu w samym środku miasta. Zaiste niesamowity to kontrast, gdy wędrujemy ruchliwą ulicą pełną pieszych, samochodów i sklepów, a nad nami góruje dostojne, wiekowe zamczysko.

Dwa główne edynburskie równoleżniki wyznaczają sąsiadujące ze sobą Princes Street i Royal Mile. Princes Street (pisane właśnie tak, bez apostrofu) jest południową granicą Nowego Miasta i zarazem szeroką, ruchliwą ulicą handlową (niestety nie deptakiem). Jeśli będziemy wędrować nią w kierunku wschodnim, zobaczymy trzy charakterystyczne budowle Edynburga w jednym rządku: Monument Scotta, sześćdziesięciometrową budowlę o dość niezwykłym kształcie, upamiętniającą pisarza Sir Waltera Scotta; piękną wieżę zegarową pięciogwiazdkowego hotelu Balmoral; oraz położony nieco dalej, bo na Wzgórzu Calton, ale również doskonale widoczny, Monument Nelsona upamiętniający zwycięstwo nad francusko-hiszpańską flotą przy Trafalgarze. Tuż obok Książęcej znajdziemy też St Andrew Square (ponownie zwracam uwagę na pisownię bez „‚s”), miejski skwer wpisany na listę UNESCO. Swojego czasu mieszkali przy nim filozof David Hume i Henry Brougham, wynalazca dorożki. Na placu natrafimy na kolejny monument, tym razem Melville’a (ale nie tego od Moby Dicka), a obok znajdziemy jeszcze siedzibę Królewskiego Banku Szkocji oraz — to z bardziej praktycznych informacji — główny dworzec autokarowy. Centralna stacja kolejowa, Waverley, także ulokowana jest w okolicy.

Sąsiadka Princes Street, Royal Mile, należy już do Starego Miasta i jest turystycznym kręgosłupem Edynburga. Mila rozpoczyna się przy Zamku i biegnie w dół do Pałacu Holyrood oraz zrujnowanego, dwunastowiecznego opactwa. W sensie adresowym Royal Mile składa się z kilku osobnych ulic i deptaków (licząc od Zamku: Castle Esplanade, Castlehill, Lawnmarket, High Street, Canongate i Abbey Strand), ale zwiedzający Edynburg szybko musi przywyknąć do tego, że tutaj niejedna prosta droga zmienia niespodziewanie nazwę przy jakimś skrzyżowaniu. Spacer Milą spełnia wszystkie pokładane w niej oczekiwania. Jest to czarująca, niezbyt szeroka i pochyła uliczka, od której rozbiegają się charakterystyczne dla Edynburga strome, kręte zaułki zwane closes. O tym, że po obu stronach Royal Mile ciągną się niezliczone sklepy, sklepiki, restauracje, bary i zabytkowe atrakcje turystyczne, mówić nie muszę. Tych ostatnich wymieniać też nie zamierzam, wspomnę jedynie o dwóch: Sercu Midlothian i budynku szkockiego parlamentu. Serce, kolorowa mozaika w zgadnijcie-jakim-kształcie, wmurowana została w bruk przy zachodnim wejściu do Katedry St Gilles. Wielu przechodniów spluwa lub rzuca monetę na Serce — na szczęście.

Budynek szkockiego parlamentu znajdziemy natomiast trochę dalej, w dolnej partii Królewskiej Mili. Ponieważ Szkoci swój osobny parlament mają dopiero od końca lat dziewięćdziesiątych, konstrukcja jest bardzo nowa… i nowoczesna. Właśnie przez swój styl wzbudziła i wzbudza nadal wiele kontrowersji. Nie trzeba długo się jej przypatrywać, by zrozumieć dlaczego. Budynek zdecydowanie nie przypomina siedziby parlamentu, wygląda raczej jak kompleks mieszkalny z dość dalekiej przyszłości, a w najlepszym razie jak muzeum sztuki abstrakcyjnej. Jeżeli architekt, Katalończyk Enric Miralles, chciał tym projektem zaakcentować separatystyczne dążenia Szkocji, to niewątpliwie mu się to udało. Osobiście wygląd budynku uważam za bardzo fajny, sądzę jednak, że można było wybrać dla niego lepsze położenie; takie, żeby dookoła znalazło się nieco więcej wolnej przestrzeni.

Tuż obok siedziby parlamentu byłem świadkiem zabawnej sytuacji. Kilkanaście metrów przede mną szła dziewczyna z małym, czarnym, kudłatym psem na smyczy, bodajże szkockim terierem. Pies na chwilę przystanął przy cokole niewielkiej fontanny, zadarł nogę i nasikał na beton. W tym momencie po drugiej stronie ulicy kobiecy głos zawołał donośnie, acz piskliwie „Excuse me! Stop!” i w naszą stronę, zręcznie wymijając pędzące samochody, zaczęła biec jakaś baba, wołając co chwilę do właścicielki psa, żeby „wait!”. Dziewczyna przystanęła, wyraźnie spłoszona, bo może psu nie wolno było tu sikać, a nieznajoma biegnie, by wymierzyć sprawiedliwość? Terier także rozejrzał się z niepokojem. Po chwili baba dobiegła, wyciągnęła zza pazuchy aparat i wydyszała:
— May I take a picture of your dog? He is so CUTE!

Paręset metrów na południe od parlamentu, pałacu i opactwa rozciąga się wielki Park Holyrood, którego większą część zajmują wzgórza. Najwyższe z nich nosi nazwę Arthur’s Seat i liczy 251 metrów wysokości. Dokładnie nie wiadomo, czy szczyt faktycznie upamiętnia legendarnego Króla Artura,czy też ktoś kiedyś przekręcił zwrot Archer’s Seat i tak już zostało. Jak zwał tak zwał, ale właśnie Arthur’s Seat i okalające go wzniesienia są w dużej mierze odpowiedzialne za unikalność Edynburga. Mało które miasto może przecież poszczycić się (kalambur zamierzony) kawałkiem górskiego krajobrazu w samym centrum. Ze wzgórz roztacza się przepiękny widok na miasto i Morze Północne. Osoby, które wędrówkę pod górę lubią równie mocno co ja, ucieszy zapewne wiadomość, że wcale nie trzeba wspinać się aż na Arthur’s Seat, by współczynnik malowniczości podskoczył logarytmicznie do góry.

Z niekłamanym żalem stwierdzam, że wielu rzeczy w Edynburgu nie widziałem w ogóle (np. słynnej Kaplicy Rosslyn, rozsławionej przez Kod Leonarda da Vinci), a prawie niczego nie obejrzałem dokładnie. Na zwiedzanie stolicy Szkocji trzeba przeznaczyć zdecydowanie więcej niż dobę, a w moim przypadku „wydajność turystyczną” znacząco obniżył też fakt, że byliśmy tam dużą grupą, więc każdy musiał oglądać się na pozostałych. Nieco więcej czasu udało nam się spędzić w Królewskim Muzeum połączonym ze Szkockim Muzeum Narodowym — nieco więcej, ale stosunkowo i tak bardzo mało, bo muzea były nie dość, że z osobna duże, to na dodatek dwa. Zobaczyłem przynajmniej replikę maszyny parowej Watta (w tym pierwszym) i średniowieczny miecz ceremonialny przewyższający mnie o głowę (w tym drugim).

Wieczorem, jak wiadomo, zdjęć się już za bardzo robić nie da, więc wypada pójść do knajpy i pouczestniczyć w rozrywkowym życiu stolicy. Odwiedziliśmy łącznie trzy lokale. W Oddfellows na 14 Forrest Road siedzi się niewygodnie, bo ławy nie mają oparć, ale za to studentom przysługują dwa posiłki w cenie jednego oraz zniżka na piwo, a barmanka zwraca się do gości per „sweetheart”. Zjadłem tam smaczny stek z jajkiem sadzonym i frytkami. Potem udaliśmy się do Peartree na 38 West Nicolson Street, który to na zewnątrz posiada największy ogródek piwny w mieście, a wewnątrz wygodne kanapy. Na koniec trafiliśmy do Brass Monkey, lokalu położonego na 14 Drummond Street i wyróżniającego się tym, że boczne pomieszczenie pubu zamieniono na gigantyczną sofę. Jego ściany oklejono natomiast plakatami filmowymi; niektóre z nich „przerobiono”, tak żeby przemycić do tytułu określenie „brass monkey” (np. „2001: A Brass Monkey” albo „12 Brass Monkeys”).

Jeśli wszystko dobrze pójdzie, do Edynburga pojadę raz jeszcze na początku sierpnia, kiedy to odbywać się będzie The Fringe, doroczny festiwal sztuki, notabene największy na świecie. Jeżeli atrakcje festiwalowe nie pochłoną całego mojego czasu (a pewnie pochłoną…) spróbuję odwiedzić niektóre z tych miejsc szkockiej stolicy, jakich nie zdołałem zobaczyć w miniony weekend. I jeszcze uwaga końcowa: Przed moim wyjazdem do Glasgow kilka osób powiedziało mi, że Edynburg jest zdecydowanie ładniejszy. Twierdzenie bardzo prawdziwe, ale i niesprawiedliwe. Bo to nie tak, że Glasgow jest miastem brzydkim — wręcz przeciwnie. Po prostu ma tego pecha, że sąsiedni Edynburg to prawdopodobnie najładniejsza stolica na świecie.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Edynburg

  1. @Borys:W Brytanii ogólnie trudno znaleźć dobrze oznakowane ulice np. 400-numerowa ulica może mieć tabliczkę z nazwą tylko na jednym końcu. I bądź tu mądry jak trafisz na zły koniec. :)@Seji:W Londynie jedną z atrakcji kulinarnych jest nadgniły węgorz z galaretką truskawkową. Zainteresowany? Prawie jak lutefisk :p

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s