Glasgow, cz. 1

W poprzednią sobotę nie zaplanowano nam żadnych grupowych wyjazdów, więc miałem czas, żeby wreszcie pozwiedzać Glasgow. Do wszystkich interesujących mnie miejsc nie dotarłem, ale liczę, że przed zakończeniem stażu zdążę zaliczyć pozostałe turystyczne checkpointy. W bieżącym wpisie na pierwszy ogień idą zatem: Galeria Sztuki Nowoczesnej, katedra, Muzeum Św. Munga oraz Latarnia. Najpierw jednak kilka słów o głównym bohaterze.


Glasgow, zwane również Glasgie (zdrobnienie angielskie) lub Glesga (zdrobnienie szkockie), liczy niecałe sześćset tysięcy mieszkańców, co nie przeszkadza mu być najludniejszym miastem w Szkocji i trzecim najludniejszym w całej Wielkiej Brytanii. (Jeżeli liczba 600.000 wydaje się komuś podejrzanie mała, pospiesznie dodam, że w całej aglomeracji żyje milion siedemset pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców). Obiegowa opinia, z którą zetknąłem się kilkakrotnie przed wyjazdem na staż, głosi, że Glasgow jest przykładem zaniedbanego, brzydkiego miasta postindustrialnego. Opinię ową należy skwitować krótko: Bzdura.

Owszem, z końcem osiemnastego wieku zawitał do Glasgow przemysł hutniczy, włókienniczy i stoczniowy, który doprowadził do szybkiego rozwoju miasta, ale jednocześnie przekształcił je w fabryczny moloch (w drugiej połowie XIX w. produkowano tu jedną czwartą wszystkich lokomotyw na świecie). Owszem, w latach dwudziestych i trzydziestych minionego wieku Glasgow podupadło z powodu powojennej recesji i późniejszego wielkiego kryzysu. Owszem, w latach sześćdziesiątych doszło do kolejnej stagnacji, miasto wpadło w ekonomiczny dołek i nastąpiło gwałtowne odprzemysłowienie aglomeracji. Pojawiło się bezrobocie, liczba ludności zaczęła maleć, w kasie miejskiej ciągle brakowało pieniędzy — jednym słowem, Glesga podupadła, i to mocno. Na szczęście zła passa nie trwała długo i na początku lat dziewięćdziesiątych karta się odwróciła. W 1990 r. Glasgow wybrano Europejskim Miastem Kultury, pojawili się inwestorzy dzierżący w dłoniach finansowe strzykawki, postawiono na turystykę i sektor usługowy, zabrano się za odnawianie podniszczonego śródmieścia. I nawet jeśli wskaźnik bezrobocia jest tutaj nadal nieco wyższy niż w Birmingham, Liverpoolu i Manchesterze, wszystko wskazuje na to, że największe szkockie miasto nadal podąża we właściwym kierunku, niesione przez przysłowiową falę.

Konkluzję poprzedniego akapitu bez trudu da się przełożyć na odpowiedź na proste pytanie: Czy z punktu widzenia przyjezdnego Glasgow jawi się jako sympatyczne miejsce? Zdecydowanie tak. Niby wciąż nie znam Glesgi za dobrze (i poznać nie zdążę), ale nie sądzę, bym po bliższym zbrataniu się z miastem miał zmienić swą pozytywną o nim opinię. W końcu nie chodzi o to, co dokładnie Glasgow ma, a czego nie ma, ale o barwę miejskiej aury roztaczającej się wokół ulic, budynków i parków — a ona zawsze daje się rozpoznać bardzo szybko. Co prawda spędzam tu czas latem, a bezlitosne fakty meteorologiczne i gorzkie komentarze tubylców każą sądzić, że wszystkie pozostałe pory roku są w Szkocji zdecydowanie od lata brzydsze. Przez soczewkę pluchy i zimnego wietrzyska Glasgow niewątpliwie prezentowałoby się mniej atrakcyjnie, lecz z drugiej strony pogoda tak naprawdę nie ma wpływu na kolor wspomnianej aury. Mogłaby co najwyżej zdezorientować przy pierwszym spotkaniu z miastem, a to mam już przecież za sobą — i, jak by nie było, odbyło się ono właśnie w potokach deszczu.

* * *


Galerię Sztuki Nowoczesnej (w skrócie GoMA, oczywiście od Gallery of Modern Art) odnajdziemy w samym śródmieściu, pomiędzy deptakiem Buchanan a Placem Jerzego, w dużym, charakterystycznym, neoklasycznym budynku z konną statuą diuka Wellington przy głównym wejściu. Kiedyś znajdowały się tam kolejno: miejska rezydencja magnata tytoniowego, bank, giełda i biblioteka. Otwarcie galerii nastąpiło dopiero w 1996 r. Obecnie w środku natrafimy więc nie na burżuja z cygarem, nie na worek złota, nie na plik akcji i nie na półki z książkami, lecz na… no, wiecie… tak zwaną sztukę nowoczesną. Zgadza się, do modernistycznych wymysłów nie mam entuzjastycznego stosunku. Z braku laku mogę je obejrzeć, niektóre eksponaty mogą mnie nawet zaciekawić, ale do uczucia zachwytu artystycznego nie zbliżę się przy tym nawet na milę. W Gomie do żadnego przełomu nie doszło. Nie poruszyła mnie ani zakręcona wystawa Jima Lambiego pt. „Forever Changes”, ani fotograficzne autoportrety Jo Spence z jej obnażoną, okaleczoną przez nowotwór lewą piersią (przypominam: mówię o poruszeniu artystycznym), ani… No właśnie, nawet już nie pamiętam, co tam jeszcze widziałem; chyba tylko jakieś bliżej niezidentyfikowane bazgroły.


Gdyby do katedry zawitał Waldemar Łysiak, nie mam wątpliwości, że spod jego pióra wyszedłby porywający esej — bo miejsce to musi zauroczyć każdego znawcę i miłośnika architektury. Wielki, gotycki kościół z przestronnymi nawami na górze i z podziemną kondygnacją pełną zakamarków na dole potrafi wywrzeć pewne wrażenie nawet na takim bezbożnym fizyku jak ja (dobrze, że bezbożni fizycy mają swój CERN z gotyckim LHC-em). Warto podkreślić, że praktycznie cała katedra dostępna jest dla zwiedzających (z wyjątkiem wieży), dlatego spacerowanie po jej wnętrzu zajmuje więcej czasu niż można by początkowo przypuszczać.

Budowlę wzniesiono między XIII a XV wiekiem na miejscu domniemanego wiecznego odpoczynku św. Kentigerna vel św. Munga, patrona miasta i pierwszego biskupa dawnego brytyjskiego królestwa Strathclyde, zmarłego w 612 r. Katedra w Glasgow jest jedyną średniowieczną katedrą położoną na stałym szkockim lądzie, która nienaruszona przetrwała zawieruchę Reformacji. Ale Reformacja odcisnęła oczywiście i tu swoje piętno, bo w porównaniu z dowolnym kościołem katolickim, wnętrze budowli prezentuje się nadzwyczaj skromnie: bardzo mało figur świętych, żadnych bogato zdobionych ołtarzy, żadnych pozłacanych, blaskomiotnych krzyży. Ot, typowy dla protestantyzmu umiar w dekoracyjnej warstwie obrządku, który z estetycznego punktu widzenia przemawia do mnie o wiele bardziej aniżeli rekwizyty katolickie. Te ostatnie nieodmiennie kojarzą mi się bowiem z kiczem.


Z katedrą sąsiaduje Muzeum Religijnego Życia i Sztuki Św. Munga (St. Mungo’s Museum of Religious Life and Art) wyposażone w niewielką, ale dzięki temu treściwą wystawę poświęconą największym religiom świata. Główną część muzeum stanowi podłużne, czarne pomieszczenie wypełnione gablotami, w których zgromadzono eksponaty związane z buddyzmem, chrześcijaństwem, hinduizmem, islamem, judaizmem i sikhizmem. W tej samej sali znalazło się także miejsce dla kilku małych kolekcji tematycznych, np. „religia jako zawód” (nie zauważyłem jednak zdjęcia Ojca Dyrektora) i „życie po śmierci”. Wycieczka do Muzeum Św. Munga jest interesującym doświadczeniem bez względu na wyznanie (lub jego brak), ponieważ nieczęsto widuje się wszystkie ważne religie zebrane w jednym miejscu — w dowolnym znaczeniu słowa „zebrane”. Ateiście przyjdzie jednak utwierdzić się w niewierze, bo taka kompilacja jasno uświadamia, że wszystkie dogmaty jednocześnie nie mogą być prawdziwe. A na jakiej niby podstawie zakładać, że rację miał Gautama, a nie Chrystus, albo odwrotnie? Ilości wiernych? To nie Black & White.


Sobotnią wędrówkę po Glasgow zakończyłem w Latarni. Pod tą skrótową nazwą kryje się Centrum Architektury, Designu i Miasta, sześciopoziomowe muzeum opowiadające o… architekturze i designie. Ale nie tylko. Na jednym z pięter nieoczekiwanie natknąłem się na wystawę „Haptic”, której zdecydowanie bliżej było do sztuki współczesnej. Na moje szczęście okazało się wyjątkowo ciekawa, bo założenie było takie, by oddziałać nie na wzrok, a na zmysł dotyku „widza”:

Na kilkunastu postumentów umieszczono różnorakie, na pierwszy rzut oka nieokreślone materiały ułożone w zagadkowe kształty. Przy każdym postumencie widniała tabliczka opisująca dany materiał, a obok położono jego próbkę, której można było dotknąć, by samemu poczuć pod palcami fakturę. Najfajniejszym eksponatem w tejże sali był jednak pochylony niby-stół o wymiarach mniej więcej dwa metry na metr. Blat „stołu” pokrywały setki małych wypustek tworząc coś w rodzaju labiryntu. Z kranu zamontowanego na górnej krawędzi urządzenia co kilkadziesiąt sekund wypływała duża kropla przezroczystej cieczy o konsystencji rzadkiego żelu. Kropla docierała do pierwszych, dużych wypustek, rozbijała się na setki małych kropelek, a te spływały następnie różnymi ścieżkami labiryntu, za każdym razem tworząc inną konfigurację. Dawało to iście hipnotyzujący efekt.

Inne piętro Latarni poświęcono pracom Mackintosha. Charles Rennie Mackintosh (1868-1928) był wybitnym szkockim architektem, czołowym przedstawicielem brytyjskiego Art Nouveau. Mackintosh zaprojektował wiele budynków w Glasgow i okolicy, m.in. samą Latarnię, w której początkowo znajdowała się redakcja Glasgow Herald. Jego architektoniczne dzieła z pewnością rzucają się w oczy przechodniom, lecz trudno nazwać je ekstrawaganckimi (chociaż kto wie, ile kontrowersji wywoływały sto lat temu) — za ilustrację niech posłuży Hill House. Mackintosh jest także autorem krzeseł o charakterystycznych, wysokich oparciach. Krzesła te oraz modele jego budynków obejrzeć możemy właśnie w Latarni, do której przylega również Wieża Mackintosha, punkt obserwacyjny z doskonałym widokiem na śródmieście Glasgow.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Glasgow, cz. 1

  1. Staszek writes:

    Zdjęcia później. A na razie: ciekawa relacja, zwłaszcza że słyszałem, iż Glasgow jest znacznie brzydsze od Edynburga. Rozumiem, że Twoim zdaniem nie jest."Jak by nie było", ze spacją, bo "jak" i "by" to nie jeden wyraz, ale osobny zaimek przysłowny i osobna cząstka trybu przypuszczającego. Możesz to sprawdzić, wstawiając za "jak" inny wyraz: tak by nie było, siak by nie było, owak by nie było.Za to we frazach "zdjęcie jakby z filmu" albo "wyglądam, jakbym odpoczywał" nie możesz zamienić "jak" na "tak, siak, owak". :)A także: "niby-stół" (czepiam się, bo wiem, że wciąż zważasz na ortografię :-) ).*"A na jakiej niby podstawie zakładać, że rację miał Gautama, a nie Chrystus, albo odwrotnie? Ilości wiernych?".Ach, te podwyższone hormony flejmowe w krwiobiegu…IMHO nauka Chrystusa jest trzeźwiejsza niż nauka Buddy. :>

  2. @Scobin: Dzięki, poprawione. O rozróżnieniu "jakby / jak by" wiem (zresztą Ty mi pierwszy otworzyłeś na nie oczy), ale czasami zapominam zastosować tę wiedzę. :) Przy pisaniu "niby-stół" się zawahałem, strzeliłem i, jak widać, spudłowałem.@Scobin & LawDog: Flejmujcie więc. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s