Londyn


Zawsze myślałem, że lubię duże miasta. Wizyta w stolicy Wielkiej Brytanii udowodniła mi, że moje uwielbienie ma swoją granicę. Biegnie ona gdzieś za Łodzią, Oslo i Glasgow, ale przed Londynem. Niewykluczone, że powtarza się przypadek Sejiego, który kiedyś przyjechał zimą do Oslo na jeden dzień, stwierdził, że miasto mu się nie podoba, ale gdy rok później pojawił się w nim ponownie, tym razem wiosną i na trochę dłużej, zmienił zdanie. Niewykluczone… ale mało prawdopodobne. Bo Sejiemu, o ile się nie mylę, Oslo za pierwszym razem wydało się zbyt prowincjonalne i dopiero podczas następnej wizyty odkrył tam (wiadomo, z czyją pomocą) ciekawe miejsca. Ja natomiast z Londynem mam „problem” odwrotny… Ale po kolei.

Do angielskiej metropolii przyjechałem nad ranem w sobotę, dziewiętnastego lipca. Miałem zamiar spędzić tam tylko jeden cały dzień, więc bezzwłocznie zabrałem się za turystykę ekspresową. Big Ben nie wybił jeszcze jedenastej, a w pamięci mojej cyfrówki znajdowały się już zdjęcia Pałacu Buckingham, parku St. Jamesa, Kościoła Św. Małgorzaty (ledwo-ledwo zahaczony obiektywem, ale jest), Placu Trafalgar z Monumentem Nelsona, Piccadilly Circus, oraz oczywiście samej Wieży Zegarowej. Jeżeli ktoś stwierdzi, że zwiedzanie na przyspieszonych obrotach jest trochę głupie, bo niczego nie da się obejrzeć dokładnie, to oczywiście przyznam mu rację, lecz, cóż, tym razem tak wyszło. Zresztą wędrówka ulicami Londynu dość szybko mnie zmęczyła, a to przez intensywny ruch samochodowy panujący na ulicach (a był to dopiero weekendowy poranek). Z tego samego powodu Plac Trafalgar i Piccadilly Circus okazały się niemałym rozczarowaniem. Spodziewałem się bowiem spokojnych, przestronnych skwerów otoczonych deptakami, a dostałem dwa ruchliwe, ciasne ronda.

Około południa, zgodnie z wcześniejszą umową, spiknąłem się z Misiołakiem i wspólnie wkroczyliśmy na muzealny szlak.

Muzeum Nauki (Science Museum) zwiedziliśmy tylko w połowie, bo na wystawie opowiadającej o funkcjonowaniu ciała ludzkiego mój żołądek przypomniał sobie, że nie dostał jeszcze śniadania. Jednak i tak zdążyliśmy zobaczyć najważniejsze kolekcje eksponatów — poza wspomnianą w poprzednim zdaniu Who am I?, Making the Modern World poświęconą rozwojowi technologicznemu w okresie 1750-2000, Energy Hall z większymi i mniejszymi silnikami parowymi, oraz Exploring Space związaną z astronautyką.


Słynne Muzeum Historii Naturalnej (Natural History Museum) znajduje się w budynku gargantuicznych rozmiarów, co czyni je największym muzeum, do jakiego kiedykolwiek zawitałem. Obejście wszystkich pięter zajęło nam dwie godziny z hakiem, choć przemieszczaliśmy się dość szybko i nie zatrzymywaliśmy nigdzie na dłużej. Muzeum Historii Naturalnej podobało mi się dużo bardziej niż Muzeum Nauki, ale zadecydowały o tym przyczyny wybitnie subiektywne: Raz, że z „historią naturalną”, w przeciwieństwie do nauk ścisłych, stykam się rzadko, dwa, że przed pójściem tam zjedliśmy śniadanie, więc nie byłem już głodny.

Co można znaleźć w Muzeum Historii Naturalnej? Mnóstwo zwierząt (nieżywych, podkreślmy), od robali począwszy, a na wielorybie, słoniach i dinozaurach skończywszy. Poza kolekcjami entomologiczną, paleontologiczną i zoologiczną, natrafimy tu także na sale botaniczne, imponujący zbiór minerałów (można by nimi obdzielić pół tuzina mniejszych muzeów) oraz wystawę geologiczną, do której wjeżdża się po wysokich ruchomych schodach przez wydrążony model kuli ziemskiej.

Na Exhibition Road, obok Muzeum Nauki i Muzeum Historii, położone jest także Muzeum Victorii i Alberta (Victoria & Albert Museum), największa na świecie kolekcja sztuki dekoratywnej. Tam już się jednak nie udaliśmy, bo zabrakłoby czasu na Muzeum Sherlocka Holmesa, które na mojej liście „do zobaczenia w Londynie” zajmowało zaszczytne pierwsze miejsce. Muzeum okazało się raczej małe, a za wstęp należało zapłacić*, ale za to w środku wszystko było przesiąknięte atmosferą twórczości Conan Doyle’a, dokładnie tak, jak oczekiwałem.

Zrobiło się późne popołudnie. Muzea pozamykano, więc przyszła pora na mały window-shopping**. Pojechaliśmy na Oxford Street, główną londyńską ulicę handlową i… zaczęliśmy przeciskać się przez ludzką masę. Wyobraźcie sobie ścisk, który tworzy się, gdy duża grupa osób opuszcza jednocześnie i przez niezbyt szerokie wyjście jakiś obiekt, a będziecie mieli pojęcie o gęstości przechodniów na całej długości Oxford Street oraz wewnątrz sklepów i domów towarowych przy niej położonych. Wszelki window-shopping traci w tych warunkach sens.

I właśnie dlatego Londyn do gustu mi nie przypadł. Jest tam zbyt tłoczno. Trudno mi nawet wyobrazić sobie, jak wygląda sytuacja w godzinach szczytu w ciągu roboczego tygodnia — ale przypuszczam, że poranny dojazd do pracy i powrót z niej w godzinach popołudniowych nie należy do rzeczy szczególnie przyjemnych. Wycieczka do stolicy Wielkiej Brytanii miała więc tę niespodziewaną zaletę, że pozwoliła mi odkryć mój próg tolerancji zapchania miejskich ulic, chodników i środków transportu publicznego***. Jasne, nie pojechałem do Pcimia Dolnego, a do wielkiej brytyjskiej metropolii i wypadało być przygotowanym psychicznie na korki i tłok. Z drugiej strony, w londyńskim śródmieściu naprawdę przydałoby się więcej deptaków (ja nie dostrzegłem żadnego) i redukcja ruchu kołowego (albo przynajmniej osobowosamochodowego). Teraz więc będę jeszcze bardziej doceniał fakt wdrożenia powyższych rozwiązań w Oslo.

Podziękowania dla Misiołaka za bycie przewodnikiem i ofertę noclegu, pozdrowienia dla Kasi, oraz oczywiście dla Pgobiego, którego wreszcie miałem przyjemność poznać w realu — po czterech latach zadawania mu na GG pytań związanych z Linuksem i uzyskiwania cierpliwych i pomocnych odpowiedzi. ;)

* Niezbadane są wyroki ministerstw kultury i sztuki. Wstęp do gigantycznego Muzeum Historii Naturalnej jest darmowy. Wstęp do małego Muzeum Sherlocka Holmesa kosztuje bodajże pięć funtów. Z drugiej strony, Sherlock Holmes osiągnął zdecydowanie więcej niż jakiś tam wieloryb do spółki z dinozaurem…

** Window-shopping — chodzenie po sklepach i oglądanie towarów bez kupowania czegokolwiek (lub prawie).

*** Metaforyczną chwilę grozy przeżyłem w londyńskim metrze. Otóż metro do tej pory (tj. po doświadczeniach z Oslo i Glasgow) jawiło mi się jako bardzo wygodny i „luźny” środek transportu. To londyńskie natomiast okazało się niemalże symulatorem puszki sardynek (a Misiołak i tak powiedział, że „to jeszcze jest lajt”).

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Londyn

  1. Mógłbyś mi podesłać paczkę ze zdjęciami? Mogę się odwdzięczyć zdjęciem w "fedorze". :>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s