Filmorys (5)

Piąty Filmorys ukazuje się po trzymiesięcznej wakacyjnej przerwie. Pod lupę trafiło dziewięć filmów, a więc o jeden więcej niż w trzech poprzednich odcinkach. Forma cyklu, zgodnie z Waszymi życzeniami — które stanowiły z kolei odpowiedź na moje zapytanie — pozostaje niezmieniona; dalej też oceny wystawiam przy użyciu prostego systemu pięciu gwiazdek.

No to jedziemy. Miłośnicy komiksów i fanatyczni wielbiciele The X-Files, przygotujcie się, bo zaraz będziecie chcieli mnie rozszarpać.


Iron Man; 2008. Marvelowskich filmów komiksowych nie oglądam w ogóle, nie mówiąc nawet o chodzeniu na nie do kina. No, chyba że właśnie odwiedził mnie Seji, który chce coś obejrzeć w największym kinie THX na świecie, a tam nie grają akurat niczego innego. Tym sposobem przyszło mi oblukać na dużym ekranie Iron Mana. I to w Święto Pracy. Boleć nie bolało, ale podobać się też się nie podobało. Spuśćmy zasłonę milczenia na godny obrazkowej historyjki szkielet fabularny: facet buduje sobie pancerz i walczy (w) nim ze złem. Niestety, sama fabuła też przynudza i jak na film akcji bardzo mało się tutaj dzieje. Na domiar złego zmuszeni jesteśmy do oglądania Gwyneth Paltrow, podczas gdy w tle przewija się parokrotnie nader ponętna Leslie Bibb — czy panie nie mogły zamienić się rolami i czasem ekranowym? Apologeci marvelowskich filmów komiksowych zachwycają się tytułową kreacją Roberta Downeya Jr. Wyjaśnijmy więc, że Downey zagrał tylko poprawnie, a zachwyty biorą się stąd, że w tego typu produkcjach gra aktorska stoi zazwyczaj na zupełnie drewnianym poziomie. Przysłowiowym gwoździem do trumny dla Iron Mana jest mało klimaktyczne zakończenie. Ech, pooglądałbym sobie znowu Generała Daimosa*****


Grzeszna miłość (Original Sin); 2001. Wpada producent. „Ej, słuchajcie! Połączenie thrillera z dramatem kostiumowym. Kuba, początek XX wieku. On to zamożny, przystojny plantator. Ona to sprowadzona z USA femme fetale, która ma zostać jego żoną. Obsadzamy Antonio Banderasa i Angelinę Jolie, dodajemy szczyptę erotyki, wrzucamy niespodziewany zwrot akcji”. Czy z takiego pomysłu mógł zrodzić się ciekawy film? Pewa. A czy się zrodził? Nie. Zakulał scenariusz, a i chemia między panem i panią A. mogłaby być większa. Do obejrzenia dla ładnej scenografii i ładnego nagiego torsu głównej bohaterki bądź głównego bohatera (to już w zależności od preferencji oglądającego). *****


Nieustraszeni bracia Grimm (The Brothers Grimm); 2005. Niekiedy i wielkiemu wizjonerowi kina powinie się noga. Dwie dekady po Bandytach czasu i Przygodach barona Munchausena Terry Gilliam spróbował zmierzyć się ponownie z gatunkiem fantasy… i poniósł sromotną klęskę. Bracia Grimm (polski dystrybutor musiał oczywiście dorzucić jakąś przydawkę) są nudnawi i tyle. U Gilliama tytułowi bohaterowie, tak jak ich historyczni odpowiednicy, wędrują od wioski do wioski, ale już nie po to, by spisywać baśnie, lecz by walczyć z baśniowymi potworami… a w rzeczywistości naciągać wieśniaków. Do czasu — bo wkrótce naprawdę będą musieli stawić czoło magicznemu złu.

Brzmi zachęcająco. Ale tylko na Blogrysie, bowiem w filmie coś nie wypaliło. Wierzcie lub nie, ale zdecydowanie większą dawkę emocji dostarczył mi Van Helsing. Może dlatego, że od początku do końca był pomyślany jako komedia akcji w baśniowej oprawie, a przy Braciach Grimm Gilliam nie mógł się zdecydować, czy chce nakręcić fantasy z domieszką czarnego humoru, czy może raczej zabrać się za dekonstrukcję znanych europejskich bajek. *****[/ALIGN]


THX 1138; 1971. Stwierdziwszy, że Gwiezdne wojny byłyby mniej infantylne, gdyby nie reżyserował ich George Lucas, słyszy się zazwyczaj w odpowiedzi: „Spróbuj więc obejrzeć THX 1138, bo ten facet, wbrew pozorom, naprawdę umie kręcić mroczne filmy”. Więc spróbowałem i obejrzałem. Co fakt, to fakt. THX 1138 jest duszną, ciężką dystopią opowiadającą o społeczeństwie przyszłości, w którym obywatele poddani są totalnej kontroli ze strony wszystkowiedzących i niewidocznych zarazem władz. Od strony formalnej film graniczy z perfekcją za sprawą doskonałego montażu i udźwiękowienia. Efekty specjalne, jak na Lucasa przystało, są palce lizać — THX 1138 nakręcono prawie czterdzieści lat temu, ale równie dobrze mógłby powstać w tym roku (zwróćcie uwagę na nieodstającą od dzisiejszych standardów sekwencję finałowego pościgu).

Byłoby więc super, gdyby nie jedna, poważna wada: Film posiada słabą, nieangażującą widza fabułę. Gdy już oswoiłem się z futurystyczną, sterylną, przejmującą scenerią, zacząłem ziewać, bo na ekranie w zasadzie działo się niewiele. Ot, główny bohater (czyli ogolony na łyso Robert Duvall) miotał się wte i we wte w poszukiwaniu, jakżeby inaczej, wolności. Przyznaję jednak aż cztery gwiazdki, bo zgodnie z przyjętą przeze mnie skalą ocen, cztery gwiazdki oznaczają „should-see”, a THX 1138 jest niewątpliwie filmem, który powinno się obejrzeć. *****


Powrót (Vozvrashcheniye); 2003. Kawał solidnego, współczesnego, obyczajowo-psychologicznego kina zza wschodniej granicy. Gdzieś na zapadłej, rosyjskiej prowincji, wychowuje się bez ojca dwóch chłopców. Któregoś dnia, ni stąd ni zowąd, ojciec powraca po dwunastoletniej nieobecności i zabiera ledwo co pamiętających go synów na kilkudniową wycieczkę.

Kino drogi? Poniekąd tak, ale nie o gatunkowe szufladkowanie tutaj chodzi. Po pierwsze, w Powrocie doskonale zagrali Konstantin Ławronienko (ojciec) i młodzi Ivan Dobronravov i Vladimir Garin (ten ostatni zginął tragicznie krótko po ukończeniu zdjęć). Po drugie, film jest pięknie nakręcony i udźwiękowiony. Po trzecie dobrze się go ogląda. I po czwarte da się opowiedzianą w Powrocie historię interpretować na przynajmniej trzech różnych płaszczyznach. Wielke brawa dla reżysera Andrieja Zwiagincewa. Zobaczymy, jak będzie radził sobie dalej. *****


Brunet wieczorową porą; 1976. Kolejna komedia mistrza Bareji, lecz tym razem peerelowska satyra społeczna zostaje zastąpiona przez wątek kryminalny. Film oparto na nośnym pomyśle i choć ogląda się go z przymrużeniem oka, warto zauważyć, że przy poważnym podejściu reżysera dostalibyśmy niezły thriller. Ale podejście poważne bynajmniej nie było… i bardzo dobrze. Bo w końcu niepokojącą scenę ze złowieszczą Cygankę („Zakop. Zakop. Nie dowie się nikt…”) mamy tam i tak. A poza tym niemało śmiechu. *****


WALL·E; 2008. Na filmy animowane chodzę do kina raz na trzynaście lat. Tak przynajmniej wynika z prostych rachunków: na Toy Story byłem w 1995 r., na WALL·E-m półtora miesiąca temu. I zaprawdę powiadam Wam, przez te trzynaście lat techniki animacji poszły cholernie do przodu. Oczywiście, właśnie tego się spodziewałem, ale spodziewać się to jedna sprawa, a zobaczyć na własne oczy to coś zupełnie innego. Pierwsza połowa WALL·E-go wali po gałach fotorealistyczną, postapokaliptyczną scenerią opuszczonego ziemskiego miasta, po którym krząta się tytułowy robocik i które sprząta z odpadów pozostawionych przez ludzi. Potem, gdy akcja przenosi się na pokład statku kosmicznego, gały mogą już odetchnąć, ale aż do samego końca mają na co popatrzeć.

Fabuła? Wielu recenzentów zachwyca się jej bezpretensjonalnością i subtelnym przesłaniem; ja brutalnie powiem, że jest po prostu błaha, ale taka właśnie być powinna, bo WALL·E to film dla dzieci, a nie dla zdziecinniałych wapniaków. Na pochwałę zasługuje raczej to, że reżyser opowiada całą historię przede wszystkim obrazem, w pierwszej jej połowie nie sięgając po dialogi w ogóle, a w drugiej — w bardzo umiarkowanym stopniu. Taka „niemość” to w dzisiejszym kinie prawdziwy skarb, nawet jeśli film jest „tylko” animowaną produkcją. *****


Chcę uwierzyć (I Want To Believe); 2008. Jak wiecie, należę do grona zagorzałych miłośników The X-Files. Oglądanie nowego filmu o przygodach Muldera i Scully sprawiło mi wiele autentycznej radochy, ale jednocześnie nie mam wątpliwości, że Chcę uwierzyć to kompletny niewypał. Ot, paradoks, ale cóż poradzę, że pierwszy raz tak dobrze bawiłem się na tak złym filmie. Swoje zrobił oczywiście sentyment, możliwość obejrzenia ulubionych bohaterów po latach w jakiejś nowej fabule. Natomiast nie-fanom seans zdecydowanie odradzam, bo swoista toporność drugich pełnometrażowych „eksfalji” zdzieli ich po głowie niczym obuch. Szczerze mówiąc, jestem zadziwiony, że Chris Carter i Frank Spotnitz nie potrafili spłodzić lepszego scenariusza — bo właśnie nijaki scenariusz stanowi tu podstawową wadę. W pamięci zostają więc przede starsi o siedem lat Fox i Dana, muzyka Marka Snowa oraz kawałek z napisów końcowych. *****, ale fani niech dodadzą dwie gwiazdki.


Bandyta; 1997. Uuu. Ale szmira. Pomysł nawet niezgorszy; dobry reżyser i scenarzysta bez większych problemów wycisnęliby z niego przejmujący dramat. Niestety, Bandyta wystawia bardzo złe świadectwo umiejętnościom reżyserskim i scenariuszowym panowi Dejczerowi i panowi Harasimowiczowi. Losy młodocianego bandyty resocjalizowanego w rumuńskim przytułku dla sierot przedstawiono tak nieudolnie, że budzą śmiech zamiast wzruszenia. Dodatkową gwiazdkę przyznaję nie z litości (na przykład dla wzmiankowanych sierot), ale za fe-no-me-nal-ną muzykę Michała Lorenca (próbki tu, tu i tu) oraz za Johna Hurta w drugoplanowej roli — dla niego obejrzałbym nawet większą chałę. *****

Reklamy

7 uwag do wpisu “Filmorys (5)

  1. Oj Borysie, Borysie, a jak wyszlismy z kina to mowiles, ze Iron Man fajny. :P

  2. @Seji: Fajna to była Leslie Bibb. :)@Scobin: Przyznanie dwóch gwiazdek wynika z przyjętego przeze mnie systemu oceniania. Dwie gwiazdki oznaczają bowiem "film kiepski", a trzy — "film wporzo". Niestety. "Iron Man" jest summa summarum filmem bardziej kiepskim niż wporzo. Oczywiście w moim subiektywnym odczuciu, bo ja po prostu nie przepadam za "cukierkowatymi" comic movies. :)

  3. Staszek writes:

    Mnie się w "Iron Manie" podobały domieszki ironii. Chociaż z perspektywy czasu przyznaję, że fabuła w zasadzie prosta jak drut. Ale skoro oglądało się miło, to może nie taki zły? Na Twoim miejscu dałbym trzy gwiazdki, bo lex retro non agit. :-)Dzięki za notkę o "THX 1138": nie miałem o niej pojęcia, a rzeczywiście warto na pewno obejrzeć i porównać z "Gwiezdnymi Wojnami".

  4. Niestety, Seji, Borys powoli cofa wszystko to, co kiedyś powiedział i napisał o czymś, mającym związek z komiksami. Jeśli kiedyś było "fajne" (he, he, he, zdrajca), to dzisiaj już takie z pewnością nie jest. :)Borys, idź sobie "Misia" pooglądać. :P

  5. Lawdog – po porstu trzeba bedzie kiedys Borysa dopasc i zorbic mu kuracje metoda "Hulk smash" ;)

  6. Już ja Wam niezadługo zafunduję na Blogrysie kurację, dymsiarze cholerni. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s