Niedokończona trylogia

Gwiazda Tomasza Kołodziejczaka zabłysnęła na nieboskłonie polskiej fantastyki w połowie lat dziewięćdziesiątych. Wydana w 1996 r. powieść Kolory sztandarów dała autorowi Zajdla, a czytelnikom nadzieję na pierwszy rodzimy space-operowy cykl. Minęły trzy lata nim ukazał się ciąg dalszy. Zakończenie Schwytanego w światła, choć do pewnego stopnia niejednoznaczne, sugerowało jednak, że pisarz do postaci Daniela Bondaree już nie wróci. I faktycznie, nie wrócił, a cykl Dominium Solarne nie doczekał się po dziś dzień kontynuacji, podobnie zresztą jak twórczość literacka Kołodziejczaka (nie licząc kilku opowiadań opublikowanych w antologiach Fabryki Słów), który obecnie pełni funkcję redaktora naczelnego "Świata komiksu" prezesa Egmont Polska.

W skolonizowanym przez ludzi układzie Multona pojawia się niespodziewanie pojazd nieznanej dotąd rasy Obcych. Przybysze kierują się prosto ku Gladiusowi, głównej planecie systemu, całkowicie ignorując próby nawiązania łączności i niszcząc jednostki, które zanadto się do nich zbliżyły. Flota wojenna ludzi podejmuje próbę powstrzymania wrogiego statku i zostaje ze szczętem zniszczona. Obcy lądują na Gladiusie i w ośmiu różnych miejscach kontynentu wznoszą bazy-forty chronione polami siłowymi o wiele potężniejszymi od tych, którymi dysponują mieszkańcy. Zamiast jednak przystąpić do regularnych działań wojennych mających na celu zajmowanie coraz większych połaci planety, najeźdźcy — zwani korgardami — ograniczają się tylko do nieregularnych wypadów ze swoich placówek. Tylko i aż, bowiem każdy taki wypad kończy się nieodmiennie zagładą jakiegoś ludzkiego osiedla. Wojsko jest bezradne, korgardzi górują technologicznie nad Gladianami. Podczas jednej z potyczek dochodzi do wstrząsającego odkrycia: Wróg uprowadza część mieszkańców z atakowanych miasteczek, by przeprowadzać na nich potworne eksperymenty biologiczne. Armia, zrozumiawszy, że bezpośrednia walka z korgardami nie na wiele się zda, podejmuje brawurową próbę zinfiltrowania jednego z fortów.


Główny bohater książki to Daniel Bondaree, tanator z zawodu, czyli, uciekając się do popkulturowego skrótu, Kołodziejczakowy odpowiednik "sędziego Dredda". W chwili gdy go poznajemy, Daniel opuszcza właśnie policyjno-egzekutorskie szeregi i wstępuje do tajnej komórki wojskowej zajmującej się rozpracowywaniem korgardów. W tym momencie należy wyjaśnić, że tajemniczy najeźdźcy są pierwszoplanowymi antagonistami tylko przez pięćdziesiąt pierwszych stron Kolorów sztandarów. Potem ich miejsce zajmują na stałe agenci Dominium Solarnego — imperium ludzkiego, od którego Gladius na mocy praw kolonizacyjnych pozostaje względnie niezależny, a które chciałoby przejąć kontrolę nad układem Multona pod pretekstem niesienia pomocy w walce z Obcymi. Innymi słowy, korgardzi zostają szybko zredukowani do roli tła fabularnego, a motorem akcji staje się konflikt z Dominium (kojarzącym się notabene z ZSRR) i jego gladiańskimi poplecznikami.

Powieści Kołodziejczaka to space-opera pełną gębą nie stawiająca przed czytelnikiem wygórowanych wymagań intelektualnych. Autor stawia na akcję i obficie polewa swoje książki bojowo-pościgowym sosem. Tyczy się to przede wszystkim Kolorów…, które w całości opowiadają o przygodach Daniela. Osobny, spokojniejszy i bardziej "dialogowy" wątek pojawia się dopiero w Schwytanym w światła, gdzie śledzimy także losy niejakiej Diny. Poznana jeszcze na początku pierwszego tomu Dina początkowo jest zwolenniczką współpracy Gladian z Dominium, nawet za cenę niezawisłości planety. Nietrudno jednak zgadnąć, że z czasem przejdzie wewnętrzne przeobrażenie i właśnie temu przeobrażeniu oraz jego przyczynom poświęcona jest mniej więcej połowa drugiego tomu — rozdziały z Danielem przeplatają się z rozdziałami, gdzie pierwsze skrzypce gra Dina.

Kołodziejczak rysuje przyszłość pewną i wyraźną kreską. Nie każe czytelnikowi budować wizerunku świata samodzielnie z porozrzucanych w tekście śladów i sugestii, lecz raz na kilkanaście-kilkadziesiąt stron raczy go zwięzłym fragmentem opisującym jakiś wybrany aspekt swego uniwersum: a to historyczny, a to socjologiczny, a to polityczny, a to technologiczny. Dzięki temu dylogię czyta się szybko, bo kontekst fabularny pozostaje przez cały czas w pełni klarowny. Z drugiej strony wada takiego rozwiązania jest oczywista: Podczas ponownej lektury nie ma co liczyć na odkrywanie nowych "smaczków".


Czy jednak ktoś chciałby wracać do Dominium Solarnego? Nie sądzę, bo to typowe czytadło na jeden raz. Owszem, sporo pomysłów Kołodziejczaka jest interesujących. Tyczy się to zarówno elementów "świata przedstawionego" — za przykłady niech posłużą przyszłościowa koncepcja ustroju demokratycznego i oryginalna hipoteza pochodzenia oraz roli korgardów — jak i niektórych wydarzeń fabularnych — tutaj na myśl przychodzi mi przede wszystkim ucieczka futurystyczną "lotnią" w atmosferze gazowego olbrzyma. Niestety, warsztat autora absolutnie nie zachwyca. Zdania i akapity skonstruowane są poprawnie… i nic ponadto. Szwankuje natomiast strona psychologiczna. O ile od postaci Daniela nie sposób wymagać szczególnej głębi, bo reprezentuje ona po prostu archetyp wojaka-twardziela, o tyle Dina jest już dość papierowa i jej perypetie nie budzą u nas żadnego zaangażowania emocjonalnego. Największą wpadkę charakterologiczną Kołodziejczaka stanowi Tankred Salerno, drugoplanowa postać ze Schwytanego w światła. Gdy doczytacie do końca, zrozumiecie, o co mi chodzi.

Na koniec muszę wyjaśnić, skąd wziął się tytuł powyższej recenzji. Otóż akcja w Schwytanym w światła biegnie bez żadnych zwrotów, napięcie nie narasta, a zakończenia na horyzoncie nie widać. Chciałoby się rzecz: casus środkowego tomu. Jednak dosłownie na kilkanaście stron przed końcem dochodzi do ostrego skrętu i po chwili zdumiony czytelnik otrzymuje gwałtowną kulminację oraz szybkie zakończenie. Zwieńczenie drugiego tomu nie jest nawet nielogiczne, po prostu niespodziewane w negatywnym znaczeniu tego słowa. Nasuwa się nieodparte wrażenie, że Kołodziejczak planował napisanie trylogii, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i z trzeciej części zrezygnował, pozbawiając czytelników porządnego podsumowania całości i pełnego wyjaśnienia zagadki korgardów. Szkoda… ale i pewna oszczędność czasu. Kolory sztandarów i Schwytany w światła aż tak mnie bowiem nie wciągnęły.*****

Reklamy

17 uwag do wpisu “Niedokończona trylogia

  1. Ostatni numer "Świata komiksu" ukazał się trzy lata temu. Natomiast nadal Kołodziejczak jest prezesem Egmont Polska.

  2. Dzięki, Law. Wikipedii jednak nie należy tak do końca ufać. :)

  3. Zawsze możesz powtórzyć. Chyba chcesz, żebym dobrze zrozumiał? :)

  4. To już wiadomo, kto kontrolował oligarchię – sędzia Dredd!

  5. Staszek writes:

    "Kołodziejczak rysuje przyszłość pewną i wyraźną kreską. Nie każe czytelnikowi budować wizerunku świata samodzielnie z porozrzucanych w tekście śladów i sugestii […]".Ha. Czyli inaczej niż u Dukaja (przynajmniej w "Innych pieśniach", ale pewnie w reszcie powieści też). Kto wie, może właśnie to Dukajowe [Dukajowate? :-)] budowanie nastroju i opowiadanie świata przez niedopowiedzenia — przyczynia się do głębi uniwersów, które tworzy?

  6. @Mona: Nie znam zespołu. :)@Misiołak: Wydało się… Tylko patrzeć, aż przyleci Seji i będzie hałaśliwie szydził, że co to za demokracja, jak trzeba było zatrudniać ludzi do strzelania innym ludziom w łeb. :)@Staszek: Ha! Great minds think alike! :) Dokładnie o tym samym myślałem, pisząc przytoczony przez Ciebie akapit, ale koniec końców darowałem sobie porównywanie Kołodziejczaka do Dukaja. A na Twoje (retoryczne?) pytanie odpowiadam, że IMO przyczynia się jak cholera. :)

  7. Chcen czeci tom i skopania dupska kongardom .
    To ja jemigrant.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s