Ko*iksy, cz. 2


Po Czarnej dziurze i Mausie przyszła pora na zmierzenie się z legendą. Odczekałem swoje w bibliotecznej kolejce i sięgnąłem wreszcie po Strażników, bodajże najsłynniejszy komiks ostatniego ćwierćwiecza. W ten oto sposób nastał sądny dzień dla całokształtu gatunku: znalazłszy się o krok od krawędzi złowrogo gulgocących odmętów mojego gustu, całokształt ów został zagrożony ostatecznym i nieodwracalnym strąceniem w otchłań… ale mógł też otrzymać jeszcze jedną szansę, w jego kierunku mogła jeszcze zostać wyciągnięta surowa, lecz sprawiedliwa dłoń.

Strażnicy to trzytomowe dzieło stworzone w połowie lat osiemdziesiątych przez słynnego Alana Moore’a (scenariusz), Dave’a Gibbonsa (rysunki) i Johna Higginsa (kolory). Streszczanie fabuły w sposób uporządkowany jest zbędne, wystarczy bowiem zwrócić uwagę, na jak wielu poziomach i płaszczyznach daje się ją odczytać. Przede wszystkim więc jest to dekonstrukcja obrazkowych opowieści o superherosach, na których wychowało się kilka pokoleń Amerykanów. Również i tutaj pierwszoplanowymi postaciami są zamaskowani obrońcy prawa i porządku, lecz w przeciwieństwie do marvelowskich bohaterów tytułowi Strażnicy nie posiadają (z jednym istotnym wyjątkiem) żadnych nadludzkich mocy — muszą natomiast zmagać się z rozmaitymi ludzkimi przywarami i słabostkami. Motorem napędowym fabuły jest z kolei niezwykle wciągająca historia kryminalna. Oto na samym początku w niewyjaśnionych okolicznościach zamordowany zostaje Komediant, jeden z przebranych mścicieli. Zagadkę jego śmierci próbuje rozwiązać skrywający twarz pod maską z „atramentowymi” plamami Rorschach. A nie jest to łatwe zadanie, ponieważ Rorschach sam także musi ukrywać się przed policją, jako że działalność jego i jemu podobnych został dziesięć lat wcześniej zdelegalizowana.

Wreszcie okazują się Strażnicy subtelnie nakreśloną historią alternatywną. Historia dzieje się w połowie lat osiemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, lecz są to Stany inne od tych, które znamy z naszej rzeczywistości. Jednakże autorzy nie eksponują różnic, każą im raczej powoli przenikać do świadomości czytelnika. Najważniejsza polega na tym, że Woodwarda i Bernsteina zamordowano zanim zdołali ujawnić aferę Watergate, że Nixon nadal rządzi USA i że świat stoi o krok od wojny termojądrowej. Początkowo groźba zagłady jest jedynie widoczna w tle i nadaje ponury ton całej opowieści, ale z czasem wkracza na pierwszy plan i w ostatnich rozdziałach przekształca w nieoczekiwany sposób całą fabułę.

Gdyby Strażnicy byli tylko dekonstrukcyjnym kryminałem osadzonym w intrygującym settingu, na tym byśmy poprzestali. Rzecz jednak w tym, że dzieło Moore’a, Gibbsona i Higginsa posiada trzy dalsze, nokautujące zalety. Pierwszą z nich jest iście wirtuozerska kompozycja. Losy poszczególnych postaci splatają się i zazębiają bez najmniejszych zgrzytów, a właściwa akcja przeplatana jest flashbackami w tak zręczny sposób, że nie tylko reminescencje uzupełniają teraźniejszość, ale i vice versa. Nierzadko też dochodzi do sytuacji, w której dwa wątki prowadzone są przez chwilę równoległe, a tekst związany z jednym z nich komentuje zarazem w ironiczny sposób wydarzenia przypisane do tego drugiego.

Po drugie: Rorschach. Postać wykreowana bez pudła, która z miejsca dołączyła do skromnego panteonu moich ulubionych postaci literackich i zajęła należne jej miejsce obok Geralta i Petroniusza. Rorschach to z jednej strony budzący odrazę psychol i socjopata, ale z drugiej człowiek o niezachwianym poczuciu moralności i nie godzący się na jakiekolwiek kompromisy w zwalczaniu zła; Rorschach to prawdziwy charakternik, którego nikt nie chciałby mieć w kręgu znajomych, ale którego zarazem nie sposób nie podziwiać za wytrwałość i nieugiętą wolę. Co więcej, jest postacią doskonale poprowadzoną od strony psychologicznej — poznajemy ją w kilku oddzielnych, przemyślnie skonstruowanych i połączonych etapach.

I wreszcie, last but not least, zakończenie. Przewrotne, niejednoznaczne, każące nam zastanawiać się, czy mieliśmy właściwie do czynienia z happy-endem czy z bad-endem, bawiące się przez chwilę naszymi uczuciami i wreszcie dające odrobinę nadziei w ostatnim kadrze, który wciąż mam przed oczami. Pozostaje tylko żałować, że nie było potem żadnych napisów końcowych z muzyką a’la Equilibrium OST

Strażnikom można by jeszcze poświęcić wiele miejsca. O niektórych ważnych elementach w ogóle nie zdążyłem wspomnieć (np. o równie skomplikowanej co Rorschach, choć moim zdaniem mniej od niego ciekawej, postaci Doktora Manhattana), a o pewnych „smaczkach” w ogóle nie chcę mówić, by nie pozbawić nikogo przyjemności z ich samodzielnego odkrywania. Na zakończenie dodam więc tylko, że z niecierpliwością (ale i z pewną obawą) czekam na planowaną na marzec ekranizację.

Przypominam: Nigdy nie byłem uprzedzony. Byłem tylko sceptyczny. Teraz trzeba pójść za ciosem i sprawdzić, czy inne głośne dzieła Moore’a — V for Vendetta i From Hell — trzymają równie wysoki poziom co genialni Strażnicy.

(Zainteresowanych odsyłam do bardziej wyczerpujących recenzji Strażników w Esensji: tu i tu).

Reklamy

9 uwag do wpisu “Ko*iksy, cz. 2

  1. V for Vendetta bezdyskusyjnie tak. Nie polecam tylko polskiego tłumaczenia, jest toporne i odbiera sporo przyjemności z czytania.

  2. Bardzo ciekawa i inspirująca notka. Nie powiem, narobiłeś mi apetytu na marcowy film. A może i na sam komiks.Zastanawiam się tylko, jak do tego ostatniego dotrzeć. W moim katalogu bibliotecznym na hasło "Watchmen" proponuje się tylko "Wątek konstruktywistyczny w twórczości Romana Cieślewicza". Pewnie w marcu komiks na nowo pojawi się w sklepach, ale może lepiej byłoby najpierw przeczytać to, co wydrukowane — a potem film…Rozważam kupienie polskiego tłumaczenia (http://www.empik.com/straznicy-tom-1-ksiazka,271696,p;jsessionid=C28E77EA4666CEE93AD70468064A9EE2.portal31), ale czy warto?Tak czy inaczej, być może nie miałeś okazji poznać pierwowzoru Rorschacha. Jeśli istotnie nie, to zapraszam: http://pl.wikipedia.org/wiki/Hermann_Rorschach .Pytanie: jak sądzisz, w jakim stopniu o jakości "Strażników" mogły zadecydować cechy medium — a więc to, że mamy do czynienia nie z książką, nie z filmem, a właśnie z komiksem?I drugie: czy utwory takie jak "Mroczny Rycerz" (tak, pamiętam, Tobie bardziej przypadł do gustu "Batman: Początek") i "Strażnicy" to już najwyższe szczyty możliwości kultury popularnej? Czy da się w niej stworzyć coś jeszcze, coś więcej?

  3. Poprosiłem Mateusza, by wypowiedział się nt. jakości polskiego wydania. Ja sam miałem je przez krótką chwilę w ręku i odniosłem wrażenie, że kolory były tam bardziej przygaszone niż w wersji norweskiej (bo właśnie taką czytałem). Ale skoro jeden tom kosztuje w Empiku aż 23 zł, może rozważ kupno całości w brytyjskim Amazonie za 10 funtów?A co do Twoich pytań:1) Trudno powiedzieć. Nie ulega wątpliwości, że "Strażnicy" są bardzo ładnie i precyzyjnie narysowani (kreska po prostu cieszy oko — to kolejna zaleta komiksu). W każdym kadrze kryje się mnóstwo szczegółów, których wyłapywanie przynosi sporo satysfakcji. W tle nierzadko rozgrywają się krótkie, miniaturowe historyjki nie wnoszące nic do fabuły, ale wydatnie wzbogacające świat przedstawiony. O różnych, subtelnie podanych bez słów metaforach i powtarzających się symbolach nawet nie wspominam.Z drugiej strony mamy też bardzo zręcznie skonstruowaną fabułę i postacie. Nie mam wątpliwości, że te elementy broniłyby się równie dobrze tak w książce, jak i w filmie (oczywiście pod warunkiem, że nie spaprano by sprawy od strony stylistycznej tudzież realizacyjnej). Innymi słowy, nie widzę powodu, dla którego należałoby sądzić, że historię opowiedzianą w "Strażników" da się przedstawić tylko przy pomocy komiksowego medium.2) Nie mam pojęcia. :) Po pierwsze, jak zdefiniujesz kulturę popularną? Jako coś łatwo przyswajalnego przez tzw. masowego odbiorcę? Rzecz w tym, że według mnie "masowy odbiorca" jest zbyt cienki, by wyłapać w "Strażnikach" czy "Mrocznym Rycerzu" wszystkie obecne tam smaczki. Nie uważam się za konesera, ale sądzę, że w moim przypadku odbiór wspomnianych dzieł jest trochę inny niż w przypadku kogoś, kto np. z autentyczną frajdą łyka wszystkie produkcje z Chuckiem Norrisem — które też przecież należą niewątpliwie do kultury popularnej.

  4. Staszek – kupuj polskie wydanie "Strażników", zwłaszcza teraz, kiedy pakiet trzech tomów kosztuje 69 PLN. Niewiele mogę dzisiaj napisać o poziomie translatorskim, a skoro tak – prawdopodobnie nie miałem do tłumaczenia większych zarzutów.

  5. Odpisuję z opóźnieniem, ale szczerze. ;-)0. Dzięki za odpowiedzi/informacje!1. Jednak nie kupię komiksu. Doszedłem do wniosku, że jeśli będę miał zbędną kasę, to wolę się rozwijać naukowo i nabywać kolejne podręczniki do erpegów. Możliwe, że przejrzę (przeczytam?) pierwszy tom w empiku.2. Za to na film pójdę na pewno. Trailer obejrzałem już chyba z dziesięć razy.3. Zastanawiam się nad tym, czy komiks jako medium ma swoją specyfikę. Wiemy, że między filmem a literaturą są różnice. Weźmy problem przekładu z medium na medium. Trudno jest czasem sfilmować dobrą prozę, oddać wszystkie walory narracji (casus "Wiedźmina", choć on oczywiście został spaprany pod wszystkimi możliwymi względami). Nawet jeśli się uda, to ekranizacja będzie błyszczeć dzięki nieco innym cechom niż oryginał.Innymi słowy, moglibyśmy wyliczyć katalog cnót literatury, które trudno przełożyć na inne media; podobnie można by było uczynić z filmem (przykład: zdjęcia). A czy to samo da się zrobić w wypadku komiksu? Co sądzicie? Mateuszu? Ty z tu obecnych znasz się na comic stories pewnie najlepiej.4. Z definiowaniem kultury popularnej jest w ogóle wałek. Prywatnie skłaniam się do opinii, że odbiór tzw. kultury wysokiej charakteryzuje raczej wysiłek niż rozrywka. Trzeba się nieco wysilić (zarówno w czasie samej lektury, jak i wcześniej — mam tu na myśli całe ogólne oczytanie, w pewnym sensie wysiłek całego życia, który przygotowuje nas do odbioru pewnych dzieł), aby znaleźć wartość w lekturze "Lalki" czy "Braci Karamazow".Oczywiście, nie chcę tutaj twierdzić, że ci, którzy nie lubią "Lalki", nie są zdolni do wysiłku. Być może ich pasja życiowa zmierza w innym kierunku. Oni na przykład docenią subtelne światło i kompozycję fotografii, na które ja jestem w znacznym stopniu ślepy.W tym sensie "Strażnicy" byliby częścią kultury popularnej, bo w żadnym momencie nie zawieszają rozrywki. Owszem, można wchodzić głębiej, śledzić smaczki i psychologię bohaterów, ale nie jest to konieczne do czerpania przyjemności z lektury (a niebawem też oglądania).Ale jak mówiłem, z definiowaniem kultury popularnej jest wałek. Mam bardzo mglistą świadomość wielości definicji, wystarczającą jednak, aby uważać się za beznadziejnego amatora. :-) I zapewne znajdziecie przykłady, które mojej pseudodefinicji zaprzeczają.Zresztą mówi się dzisiaj często, że podział na kulturę "wysoką" i popularną w ogóle zanika. Każda potwora znajdzie swojego amatora. Inaczej mówiąc, możliwości komunikacyjne współczesnego świata są tak wielkie, że nawet wokół nisz kulturowych (weźmy sztukę postmodernistyczną) tworzą się "wspólnoty fanów" (złożone czasem z reprezentantów różnych nacji) oparte na podobnych zasadach co np. społeczności miłośników filmów z Chuckiem Norrisem.

  6. Naprędce wtrącę swoje trzy grosze."Zastanawiam się nad tym, czy komiks jako medium ma swoją specyfikę."Oczywiście. Jak sam napisałeś – jest to medium, a każde medium posiada swoją specyfikę. :)"Trudno jest czasem sfilmować dobrą prozę, oddać wszystkie walory narracji.(ciach!) Nawet jeśli się uda, to ekranizacja będzie błyszczeć dzięki nieco innym cechom niż oryginał."Każde medium charakteryzuje inny sposób narracji, komiks również ma walory, które nierzadko nie zostaną po prostu oddane na innej płaszczyźnie (tutaj: filmu)."Innymi słowy, moglibyśmy wyliczyć katalog cnót literatury, które trudno przełożyć na inne media; podobnie można by było uczynić z filmem (przykład: zdjęcia). A czy to samo da się zrobić w wypadku komiksu?"Naturalnie. Przykład: układ kadrów albo plansza i jej rozplanowanie, jeżeli pytasz o techniczne aspekty specyfiki komiksu. To chyba jasne, że kadr komiksowy od kadru filmowego znacząco się różni. Co do kultury "wysokiej" i "niskiej" – jest w tym temacie spory potencjał. Mam odmienne zdanie, również o wspomnianym przez Ciebie "wałku". Można by o tym podyskutować w realu. Na przykład na nadchodzącym Polconie. :)

  7. @Staszek:Po obejrzeniu filmu (jeśli go nie spartolą) na bank będziesz chciał kupić komiks… :) No ale zobaczymy, jak odbierzesz ekranizację bez znajomości pierwowzoru.@Staszek & Mateusz:Kwestię "komiks jako medium" rzeczowo wyłożył Mateusz. Jest to co prawda temat na dłuższą dyskusję, ale nie mam w tej chwili swoich trzech groszy do dołożenia. Natomiast co do rozróżnienia pomiędzy kulturą wysoką a niską, to zagadnienie wydaje mi się na tyle ciekawe, że poświęcę mu jedną z najbliższych notek (gdy uporam się z zaległym rankingiem najlepszych książek przeczytanych w 2008 i zaległym Filmorysem :)).

  8. Mateuszu, dziękuję za wyjaśnienia w kwestii komiksu. Jak pisałęm, jestem laikiem, więc trudno mi samemu dostrzec specyfikę tego medium — cóż może powiedzieć ślepy o kolorach? :-)Jeśli chodzi o kulturę elitarną/popularną, wysoką/niską czy jak jeszcze je nazywać — to zaznaczyłem, że się na tym nie znam i jestem tego świadomy. I to podtrzymuję. Podyskutować: bardzo chętnie, może nawet zdążę do tego czasu coś przeczytać (i całkiem możliwe, że moje poglądy się zmienią, choć akurat o procesie stapianiu się wszystkiego w kulturę popularną/masową jestem dość mocno przekonany).Na Polconie? A może już na Pyrconie? :-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s