Nie rób z tego wielbłądzicy, cz. 1

Ponieważ od pięciu lat nie uczyłem się żadnego języka obcego, i ponieważ nadarzyła się niedroga okazja, zapisałem się na dwumiesięczny wieczorowy kurs arabskiego (raz w tygodniu przez trzy godziny). Oczywiście zdaję sobie doskonale sprawę, że przez tak krótki okres czasu nie sposób nawet w podstawowym stopniu opanować języka, którego naukę rozpoczyna się od poznawania obcego alfabetu. No ale pierwszy krok w stosownym kierunku zostanie uczyniony, bo poznam przynajmniej rzeczony alfabet… a przy okazji potrenuję rzadko używane części mózgownicy.

Jeżeli sądzicie, że poniższa notka poświęcona zostanie temu, co na temat języka arabskiego zdążyłem się dowiedzieć… to się mylicie (chociaż niewykluczone, że taki merytoryczny wpis pojawi się po zakończeniu kursu). Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii, a ja na razie przygotowałem coś zabawniejszego. Otóż nasz nauczyciel, Naoufel — od wielu lat zamieszkały w Norwegii, ale z pochodzenia Tunezyjczyk — odznacza się bardzo specyficznym poczuciem humoru, a na dodatek dość często przekręca norweskie słowa i zwroty. Krótko mówiąc, na lekcjach można się obśmiać. Co nieco z tego humoru postanowiłem zachować dla potomności. Panie i panowie, oto kwiatków z arabskiego część pierwsza.

LEKCJA 1

Naufel zapisuje kilka pierwszych liter alfabetu arabskiego na tablicy.
— Nie róbcie takich oczu! To tylko arabski, nie chiński.

— A teraz obejdę salę i sprawdzę, czy wszyscy zapisują litery od prawej do lewej. Jak ktoś zapisuje od lewej do prawej, to go pobiję. Uczymy się arabskiego, więc i metody wychowawcze będę arabskie.

Uczymy się przedstawiać i pytać rozmówcę o imię.
Ismii Naoufel. Mesmuka?
— Eee… Ekhm… Eee… Ismii… Ismii Naoufel…?
— Nie! To ja nazywam się Naoufel! Nie ty! Wytłumacz mi, jak poganin mógłby się nazywać Naoufel?

Ktoś stwierdza dwa razy pod rząd, że jedną z liter trudno jest zapisać. Zniecierpliwiony Naoufel odpowiada:
— Oj, nie rób z tego wielbłądzicy — rozgląda się po skonsternowanych uczniach. — Co…? A tak, nie wiecie przecież… No więc mamy takie powiedzenie… Dawno temu, jeszcze zanim islam zjednoczył wszystkich Arabów, poszczególne plemiona toczyły ze sobą spory i walki o byle co. Któregoś razu z wizytą do pewnej rodziny przyjechała daleka krewna. Na wielbłądzicy. Sama poszła jeść wieczerzę, a wielbłądzicę puściła luzem, żeby się pasła. Wielbłądzica zawędrowała jednak na teren sąsiedniego plemienia i tamci ją zabili, żeby nie żarła im trawy. Dla pierwszego plemienia była to wielka zniewaga, bo zabito wierzchowca ich gościa. Szybko więc ktoś zabił tego, kto zabił wielbłądzicę. Ale to była z kolei zniewaga dla tamtych, więc zabito tego, co zabił zabójcę wielbłądzicy. I tak zabijali się przez czterdzieści lat. A teraz mamy przez to powiedzenie: Nie rób z tego wielbłądzicy.

LEKCJA 2

— Jeżeli macie jakieś uwagi, pytania, komentarze dotyczące sposobu prowadzenia lekcji, to mówcie śmiało. Jeżeli nie chcecie przy wszystkich, możecie wysłać maila. Nawet anonimowo. Ale jeżeli macie jakieś uwagi, to musicie mi je przekazać. Ja przecież nie wiem, co dzieje się w waszych mózgach. To wie tylko wiecie-kto, ale nie będę mówił wprost, bo nie wszyscy jesteście wierzący.

— Na przykład, „bu” z długą samogłoską występuje w słowie „Buuush”. Arabowie nie mówią krótko: „Bush”, tylko „Buuush”. Buuush. George Buuush. Buuush. Bo wiecie, Buuush… Ale nie, teraz przecież uczymy się języka.

Jedna dziewczyna spóźniła się na lekcję i pospiesznie spisywała z tablicy to, co Naoufel zdążył już na niej napisać. Nauczyciel poczekał więc chwilę ze starciem, wreszcie sięgnął po gąbkę i zapytał:
— Doszłaś już?

Uczymy się litery, która brzmi jak polskie „ś”. Tę samą głoskę zapisuje się w języku norweskim jako „kj”. Najpopularniejsze norweskie słowo, w którym występuje, to „kjedelig”, czyli „nudny” (wym. „siedli”).
— W Tunezji jest imię, które brzmi Siedli. Wyobrażacie sobie, co musi czuć taki Tunezyjczyk, gdy przeprowadzi się do Norwegii? Pytają go: „Jak się nazywasz?”. A on odpowiada: „Jestem Nudny”.

Uczymy się cyfr. Arabowie posługują się systemem dziesiątkowym, ale ich cyfry wyglądają trochę inaczej niż te europejskie.
— Spotkaliście się pewnie z określeniem „cyfry arabskie”? Że te cyfry, które znaliście do tej pory, nazywa się arabskimi, bo pochodzą z krajów arabskich? To bzdura. W krajach arabskich te same cyfry nazywa się cyframi angielskimi. Natomiast na cyfry, których używamy my, mówi się u nas „indyjskie”, ale w Indiach z kolei wszyscy sądzą, że to są właśnie cyfry arabskie.

Uczymy się litery, która brzmi jak ciężkie „s” (język należy docisnąć do zębów).
— Znacie jakichś słynnych Arabów, których imiona zaczynają się od tej litery?
Chwila ciszy.
— Saladyn…?
— Tak, Saladyn też, ale nie o Saladyna mi chodziło. To nie Saladyna kazał powiesić Buuush.

— W naszym alfabecie występuje w pewnym sensie podział na litery dla mężczyzn i dla kobiet. Na przykład wiele kobiet nie wymawia [ciężkie „s”] tak jak należy, bo według nich to nie jest kobiece. Wymawiają miękko. Jak Francuz.

Uczymy się mówić, skąd pochodzimy i pytać o pochodzenie rozmówcę.
Min ajna anta?
Ana min Sudan
W tym momencie ktoś parska śmiechem, choć nie ma to żadnego związku z treścią rozmowy. Naoufel o tym nie wie i odwraca się zagniewany:
— Dlaczego się śmiejesz? Tylko dlatego że Sudan to taki nędzny kraj?

Przychodzi moja kolej.
Min ajna anta?
Ana min…, eee, Bolonia?
Bolonia? Nie, nie Bolonia. Dlaczego Bolonia? Bolonia to po francusku. A Polska to Bolanda, nie wiedziałeś?

LEKCJA 3

Naoufel proponuje, żeby w ramach lepszego zintegrowania się każdy powiedział kilka słów o sobie. Pokazuje na jakąś dziewczynę.
— Ty zacznij. Tak, ty. Pewnie myślisz, że dlatego od ciebie zaczynamy, bo cię nienawidzę? Wcale nie. Po prostu siedzisz najbliżej.

— W krajach arabskich określenie „pies” to największa zniewaga. Coś takiego jak „świnia” tutaj. Ale „pies” jest większy od „świni”. Sami sprawdźcie. Jak będziecie kiedyś szli ulicą, zaczepcie jakiegoś Norwega i powiedzcie mu „Ty psie!”. Nie zrozumie. „Ale o co chodzi? Ja pies? No okej”. To potem nazwijcie go „świnią”. Wtedy się zdenerwuje. Ale jak pojedziecie to jakiegoś kraju arabskiego i nazwiecie Araba „psem”, to sami zobaczycie, że zdenerwuje się dużo bardziej.

Dalej o psach.
— A na przykład w niektórych arabskich regionach słowo „pies” brzmi tak samo jak „serce”. Więc jak ktoś z tamtego regionu powie, na przykład, że boli go serce, to przyjezdny pomyśli, że boli go pies. Albo jeszcze gorzej — że tamten właśnie nazwał go psem.

Okazuje się, że w arabskim zwracając się do kogoś po imieniu, należy użyć przedrostka je. Czy chodzi o utworzenie wołacza, czy też jest to obowiązkowy wykrzyknik — tego się na razie nie dowiedzieliśmy. Ale ktoś proponuje analogię:
— To pewnie coś takiego jak „oi” w hiszpańskim?
— Tak, pewnie tak — odpowiada Naoufel. — Pewnie „oi” też pojawiło się w hiszpańskim wskutek wpływu arabskiego.
— A może było akurat odwrotnie…?
— Absolutnie wykluczone.

— …Jest tam takie małe miasteczko, a nieopodal znajduje się klasztor. Mieszkający tam mnisi są bardzo sympatyczni, inteligentni, gościnni. Można z nimi porozmawiać na wiele różnych tematów. O kulturze, o sztuce, o nauce, o polityce… Ale pod żadnym pozorem nie wolno wymawiać imienia ich guru, Hamzy. To największe tabu. Jak się użyje przy nich tego słowa, dzieją się straszne rzeczy. Krzywdy nie zrobią, ale jeden omdleje, drugi dostanie ślinotoku, trzeci zacznie turlać się po ziemi, czwarty walić głową w ścianę… Ale poza tym są bardzo mili, bardzo otwarci.

— Co, czasem niewyraźnie mówię po norwesku, przekręcam słowa? He he. Nie przejmujcie się. To jest taki… nowoczesny norweski.

– – –

Następna porcja kwiatków ukaże się mniej więcej za trzy tygodnie. A na razie ogłaszam, że każdemu chętnemu (chęć należy wyrażać w komentarzach pod wpisem) przetranskrybuję imię, nazwisko i/albo nicka na arabski. Dla mnie będzie to małe ćwiczenie, dla zainteresowanego — chociażby alternatywna sygnaturka dla forumowego lansu. Tylko pamiętajcie o włączeniu unikodu w przeglądarce.
بُودِس

____________________
Autorem zdjęcia wielbłądów jest Shinya Ichinohe.

Reklamy