Filmorys (7)

Na nowy Filmorys musieliście czekać trzy miesiące z hakiem. W ramach rekompensaty następny ukaże się do końca marca, jako że w międzyczasie obejrzałem wystarczająco dużo filmów. Dzisiaj zdemaskujemy Angielskiego pacjenta i Pozwól mi wejść, porozmawiamy po męsku o alternatywnych komediach romantycznych (To właśnie miłość i Chłopaki też płaczą), odświeżymy sobie klasykę (Obywatel Kane i Egzorcysta), rozczarujemy się nowym Bondem i kinem niezależnym Tommy’ego Lee Jonesa, oraz dowiemy się, jaka właściwie jest ta Walkiria z Tomem Cruisem. Dziewięć filmów i dwadzieści cztery gwiazdki na czterdzieści pięć możliwych. Pytanie tylko, jak rozłożone.

Angielski pacjent
(The English Patient; 1996)

Obiegowa opinia głosi, że facet nie powinien źle się wypowiadać na temat Angielskiego pacjenta w towarzystwie dziewczyn, bo dostanie kolektywny opieprz. Sprawdziłem osobiście — święta prawda. Ale akurat w moim przypadku opieprz był niezasłużony, bo ja dobre filmy o miłości (podawane na poważnie, albo nawet i melodramatycznie, byle tylko nie w sosie komedii romantycznej) cenię w gruncie rzeczy bardzo wysoko. Niestety, Angielski pacjenta posiada dwie dyskwalifikujące wady. Po pierwsze, między głównymi bohaterami za słabo iskrzy. Po drugie, wątki są na tyle niezdarnie poprzycinane i poukładane, że aż ma się wrażenia obcowania z kiepską ekranizacją… i faktycznie, film nakręcono na podstawie bestsellerowej powieści Michaela Ondaatje (czego dowiedziałem się dopiero po seansie). Plusy: Ralph Fiennes i Sayid z LOST-a. Trochę obciachowo skupiać się na rolach męskich, ale za Juliette Binoche nigdy nie przepadałem, a Kristin Scott Thomas jest po prostu kiepska i nic nie pomaga fakt, że w jednej scenie rozbiera się do rosołu. Krótko mówiąc, Angielski pacjent dostał tych dziewięć Oskarów zupełnie niezasłużenie.
*****

007 Quantum of Solace
(Quantum of Solace; 2008)

Najnowszy Bond przeszedł bez echa, ale recenzenci i tak okazali mu sporą łaskawość. Przeciętność Quantum of Solace usprawiedliwiano zbyt wysokim zawieszeniem poprzeczki przez Casino Royale. Twierdzono, że po znakomitym resecie całej serii, kolejna część siłą rzeczy musiała być słabsza. Moja odpowiedź: „Do I look like I give a damn?”. Gorzka prawda jest taka, że Quantum of Solace rozczarowuje. Przyczyny daleko szukać nie trzeba. Nowy reżyser Marc Forster kosztem widzów udowodnił, że — w przeciwieństwie do swego poprzednika, Martina Campbella — Bonda w ogóle nie czuje. W najnowszym odcinku przygód 007 nie można nawet nacieszyć oka scenami akcji, bo przeszkadza zbyt szybki montaż. Element kobiecy także zawodzi. Eva Green z Casino Royale miała mnóstwo klasy i seksapilu, Olga Kurylenko z Quantum of Solace prezentuje się jak szeregowy lachon po zabiegu solarkowym. Nic dziwnego, że Bond się z nią nawet nie przespał. W ostatecznym rozrachunku poziom trzyma tylko Daniel Craig w roli superagenta, ale… Craig to za mało.
*****

Obywatel Kane
(Citizen Kane; 1941)

Monumentalne dzieło Orsona Wellesa, w przeciwieństwie do innego klasyka z tamtego okresu — o rok późniejszej Casablanki — trochę się postarzało. Podkreślam: trochę. Tym niemniej prawie 70 lat później ogląda się je już nie tyle jako opowieść o życiu i śmierci charyzmatycznego miliardera, lecz przede wszystkim jako film, który przesunął ówczesne formalne granice sztuki filmowej. Warstwa realizacyjna Obywatela Kane’a nie pozostawia bowiem wiele do życzenia nawet dzisiaj, a dla wielu trików zastosowanych po raz pierwszy przez Wellesa znalazłoby się bez trudu miejsce w obecnych produkcjach. Obywatela Kane’a warto też obejrzeć po to, by nie kompromitować się niewiedzą na quizach, gdy padnie pytanie o najkrótszy — bo składający się tylko z jednego słowa — ze słynnych cytatów filmowych.
*****

Egzorcysta
(The Exorcist; 1973)

Historia Regan MacNeil, opętanej przez diabła dwunastolatki, wpisała się na stałe do kanonu kina. Współcześni filmowcy chcący nakręcić kultowy horror winni pamiętać, że w Egzorcyście nie obserwujemy demona w ciele dziewczynki ganiającego domowników z ostrymi narzędziami mordu. O ogromnym sukcesie filmu zadecydowało to, że w gruncie rzeczy opowiada on o zmaganiach zamożnej, sympatycznej kobiety (świetna Ellen Burstyn), której ukochana córka padła ofiarą przerażającej, niewytłumaczalnej i pogłębiającej się „choroby”. Elementy grozy, duszna atmosfera i paranormalne sceny — ze słynną, kilkunastominutową sekwencją końcowego egzorcyzmu — określają oczywiście charakter całości, ale nie stanowią o jej sednie. A propos paranormalnych scen: w rozszerzonym wydaniu DVD zobaczymy Regan niespodziewanie zbiegającą „na pająka” po schodach. Pyszne.
*****

Love Actually
(To właśnie miłość; 2003)

Swoją niechęć do komedii romantycznych zasygnalizowałem przy omawianiu Angielskiego pacjenta, najwyższy czas pogłębić temat. Tak więc, komedie romantyczne są dla mnie kinematograficznym odpowiednikiem hip-hopu — lubię niemalże wszystkie gatunki filmowe z tym jednym wyjątkiem. Dla hip-hopu jest jednak nadzieja, bo jego alternatywne odmiany (The Streets, Flobots) nierzadko rezonują z moim gustem. Natomiast To właśnie miłość, które można z powodzeniem nazwać alternatywną komedią romantyczną, udowodnił mi niezbicie, że dla filmów umiłowanych z wzajemnością przez Hugha Granta nie ma żadnego ratunku. To właśnie miłość wykorzystuje znany schemat: opowiada równocześnie kilka niezależnych historyjek, a postacie z jednych wątków pojawiają się w innych. Na plus filmu należy policzyć to, że każda historyjka jest wystarczająco nośna, by udźwignąć pełnometrażowy film — film oczywiście o miłości, ale, o dziwo, niekoniecznie będący komedią romantyczną. Minus stanowi fakt polania całości słodziutkim syropem, który nieapetycznie oblepia wszystkie wątki i skutecznie uniemożliwia im eleganckie zazębianie. Poza tym Hugh Grant w roli zakochanego jak sztubak premiera Wielkiej Prytanii jest gorszy od 50 Centa.
*****

Chłopaki też płaczą
(Forgetting Sarah Marshall; 2008)

Po kilku latach całkiem udanego związku sympatyczny, choć trochę ciapowaty facet, zostaje rzucony przez dziewczynę. Załamany wyjeżdża „jak najdalej stąd”, czyli na Hawaje. Spotyka tam czarującą recepcjonistkę, idealną kandydatkę na nową miłość. Rychło okazuje się, że w tym samym hotelu wczasy spędza jego już-była… ze swoim nowym gachem. Tak, wiem, opis fabuły idealnie pasuje do komedii romantycznej, ale Chłopaki też płaczą wyszedł ze stajni Judda Apatowa, więc liczyłem na oryginalny scenariusz i trochę „młodzieżowego”, choć inteligentnego, humoru. Przeliczyłem się. Chłopaki też płaczą to alternatywna komedia romantyczna, a jak wytłumaczyliśmy sobie powyżej, alternatywność niewiele tym filmom pomaga. Dzieło Nicholasa Stollera jest mimo wszystko fajniejsze od To właśnie miłość; duża w tym zasługa prześlicznej Mily Kunis w roli recepcjonistki.
*

Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady
(The Three Burials of Melquiades Estrada; 2005)

Na dzieło Tommy’ego Lee Jonesa ostrzyłem sobie kiedyś ząbki. Nie trafił jednak do dystrybucji kinowej w Norwegii, o krajowym wydaniu DVD też nic nie słyszałem… aż parę lat po światowej premierze natknąłem się na płytkę w wypożyczalni. Bohaterem Trzech pogrzebów Melquiadesa Estrady jest stary ranczer Pete Perkins (w tej roli także Tommy Lee Jones), którego przyjaciel, tytułowy nielegalny imigrant z Meksyku, zostaje w przypadkowych okolicznościach zastrzelony przez wrednego strażnika granicznego. Perkins postanawia odwieźć ciało Melquiadesa do rodzinnej wioski, a przy okazji dać zabójcy lekcję pokory wobec życia. Brzmi obiecująco, sami przyznacie. Niestety, Trzy pogrzeby… to przykład kina niezależnego, które zupełnie nie wypaliło. Film jest po prostu nudnawy, bo wolnego tempa nijak nie rekompensuje ani warstwa realizacyjna, ani aktorska. I tyle.
*****

Pozwól mi wejść
(Låt den rätte komma in ; 2008)

Na temat szwedzkiego horroru psychologicznego o wampirze, nakręconego na podstawie powieści Johna Ajvide Lindqvista, nasłuchałem się mnóstwo pochwał. Film obejrzeliśmy komisyjnie we trójkę — Law, Lord oraz ja — i nasze opinie zbytnio się nie różniły, chociaż przyznać trzeba, że to Lordowi najmniej czasu zajęło zorientowanie się, że coś jest nie tak. Z dużą dozą pewności siebie mogę więc teraz napisać, że Pozwól mi wejść to kiepski film. O klimacie i aktorstwie, w szczególności tym dziecięcym, nie da się powiedzieć złego słowa, fakt, ale fabularnego polotu nie znajdziemy tu już za grosz. Rozwój wypadków jest przewidywalny (z wyjątkiem ostatniej sceny, ale tylko ze względu na bezsensowność tejże), więc jego śledzenie nie przysparza większych emocji. Bawi natomiast głupota wampirzego asystenta, który zamiast zaciągnąć ofiarę w ustronne miejsce, spuszcza z niej krew pośrodku uczęszczanego przez ludzi parku — tyle tylko, że nie był to zamierzony humor. Film nie sprawdza się też jako metafora inności. Przyjaźń wampira-dziewczynki i emo-chłopca poddawanego mobbingowi w praniu wychodzi zbyt… łopatologicznie.
*****

Walkiria
(Valkyrie; 2008)

Walkiria nie aspiruje do miana dramatu wojennego. Nie jest też rzetelną rekonstrukcją przyczyn, okoliczności, sposobu przeprowadzenia i następstw zamachu na Adolfa Hitlera w Wilczym Szańcu, chociaż można się spierać o to, czy próbuje za taką uchodzić. Najnowszy film Briana Singera najlepiej traktować jako szpiegowski thriller na motywach historycznych i wtedy na pewno się nie rozczarujemy. Tom Cruise jako von Stauffenberg, przywódca zamachowców, sprawdza się niezgorzej, a w rolach drugoplanowych sekunduje mu szereg świetnych aktorów o stosunkowo mało znanych nazwiskach (Kenneth Branagh, Bill Nighy, Tom Wilkinson). W kluczowych scenach napięcie jest, mimo że wiemy, jak cała historia się zakończy. Walkiria to wzorowy przykładem solidnego filmowego rzemiosła, przy którym dobrze spędza się czas, ale które nie zostaje na długo w pamięci. Warto jednak dodać, że czuję się teraz zachęcony do przeczytania jakiejś książki o spisku 20 lipca, więc historyczną misję thrillera można uznać za wypełnioną.
*

Autor

Borys

Nauczyciel z Oslo. Bloguję na https://blogrys.wordpress.com

21 myśli na temat “Filmorys (7)”

  1. Arek writes:

    Lachona nie przepuścił ;DFajnie, że coś się dzieje, teraz czekam na TĘ notkę ;)Kiedy można się jej spodziewać?

  2. Nie powiedziałbym, że Kenneth Branagh jest mniej znany. No, może jako aktor… Ale i tak troszkę dziwnie brzmi. :)Dzięki za notkę, jak zawsze trzyma poziom (a nawet pion).I dołączam się do pytania Arka. ;-)

  3. Postaram się, żeby była jutro. Skoro jest popyt, będzie i podaż.

  4. Aga writes:

    ‘porozmawiamy po męsku o alternatywnych komediach romantycznych’ Z kobiecego punktu widzenia nie rozumiem dlaczego piszesz: ‘alternatywnych’. :)‘między głównymi bohaterami za słabo iskrzy’Dawno oglądałam i czytałam ‘Angielskiego pacjenta’, więc i trochę mogę już nie pamiętać. Ale. Film mi się nie podobał. Książka już trochę bardziej, choć wcale mnie nie powaliła na kolana, pomimo że z nastawienie, że to zrobi, zaczynałam ją czytać. Jedno mi się jednak w niej bardzo podobało. Że nie zrobiono z niej kolejnego wojennego dramatu, gdzie pomimo pobrzmiewającego jeszcze echa wojny, przypadkowo poznani ludzie (nie)oczekiwanie zakochują się w sobie w typowy dla tych filmów sposób: zapominają o całym świecie i swoim dotychczasowym życiu, a zatraca się w miłości do tej drugiej osoby. Miło że mamy film osadzony w realiach powojennych, gdzie dwoje ludzi, którzy tylko dlatego, że są odmiennych płci, nie rzucają się na siebie, a podchodzą do tego… rozsądniej? Może po prostu inaczej. :)‘W ostatecznym rozrachunku poziom trzyma tylko Daniel Craig w roli superagenta’Craig, jak dla mnie, trzyma poziom tylko super_maszyny_do_zabijania. Bond jako superagent Jej Królewskiej Mości do tej pory odznaczał się czymś takim jak dżentelmeńskość. U Craiga zabrakło tej kluczowej każdego Bonda cechy i dlatego, dla mnie, to właśnie przede wszystkim on nie trzyma dotychczasowego poziomu w roli superagenta. ‘Warto jednak dodać, że czuję się teraz zachęcony do przeczytania jakiejś książki o spisku 20 lipca, więc historyczną misję thrillera można uznać za wypełnioną.’Nie widziałam. Ale rozumiem, że amerykańce dobrze zrobili film o niemieckich realiach? A ulubieniec Hollywoodu Tom Cruise wypadł bardzo dobrze w roli niemieckiego pułkownika?Muszę zobaczyć ten film. :)

  5. Love actually nie jest złe, porównaj z Uciekającą krową młodą, Silent… znaczy Nothing Hill czy innymi Bridget Jones 2: Bridget Day. Generalnie komedie romantyczne (dobre) są dwie: Lepiej być nie może i Kiedy Harry poznał Sally, o ile im daję 5+ bądź 6, to wszystkie pozostałe mają syndrom definicji punktu. Są bardzo małe ;)Btw, możesz przeczytać już reckę Postala.

  6. @StaszekNie powiedziałbym, że Kenneth Branagh jest mniej znany. No, może jako aktor… Ale i tak troszkę dziwnie brzmi. :smile:Cóż, napisałem "stosunkowo mało znani". Branagh zagrał niby główne role w dwóch znanych filmach, "Hamlecie" i "Frankensteinie"… ale to było piętnaście lat temu. :)@AgaZ kobiecego punktu widzenia nie rozumiem dlaczego piszesz: ‘alternatywnych’. :smile:Dlatego, że wyłamują się z typowego schematu komedii romantycznych — "To tylko miłość" mnogością wątków i "przesłodzeniem" niektórych z nich, "Chłopaki też płaczą" pewną dawką pikanterii i seksualnych żartów (z "40 dni i nocy" było tak samo).Dawno oglądałam i czytałam ‘Angielskiego pacjenta’, więc i trochę mogę już nie pamiętać. Ale. Film mi się nie podobał.Yeah. Dostaniesz medal. :)Miło że mamy film osadzony w realiach powojennych, gdzie dwoje ludzi, którzy tylko dlatego, że są odmiennych płci, nie rzucają się na siebie, a podchodzą do tego… rozsądniej? Może po prostu inaczej.Musisz być fanką "Przeminęło z wiatrem". :) Piszę bez ironii.Craig, jak dla mnie, trzyma poziom tylko super_maszyny_do_zabijania.Ależ on się wyrabia! Widziałaś "Quantum of Solace"? Przecież tam jest taka przepyszna scenka, w której czaruje kobietę sprzedającą bilety na lotnisku. Swoją drogą, nikt w żadnej znanej mi recenzji nie zwrócił uwagi na ten fragment, a przecież jasno daje on do zrozumienia, w jakim kierunku będzie ewoluował "nowy" Bond.Ale rozumiem, że amerykańce dobrze zrobili film o niemieckich realiach?Hm, ja się nie znam, ale w wolnej chwili możesz przeczytać ten artykuł.A ulubieniec Hollywoodu Tom Cruise wypadł bardzo dobrze w roli niemieckiego pułkownika?Niom, ciacho niesamowite. :P Złośliwi uważają jednak, że z oglądania "Walkirii" można zrobić następującą "drinking game": pijemy za każdym razem, gdy Tom wkłada lub wyjmuje swoje szklane oko. :)@DeckardLove actually nie jest złe, porównaj z Uciekającą krową młodą, Silent… znaczy Nothing Hill czy innymi Bridget Jones 2: Bridget Day.Nie porównam, bo nie obejrzę. :)Generalnie komedie romantyczne (dobre) są dwie: Lepiej być nie może i Kiedy Harry poznał Sally,Tych nie widziałem, będę miał to na uwadze.

  7. Aga writes:

    Co prawda wielką specjalistką od komedii romantycznych nie jestem, ale z tego co widzę, to do wora podpisanego 'komedie romantyczne' wrzuca się bardzo wiele. Jak na mój gust wielość wątków nie do końca może świadczyć o 'alternatywności', jako że nie jest to jakiś zabieg w nich niepopularny, patrz: 'Zakochany Paryż'. Przesłodzenie? To nie tyczy się większości z nich? :) Przykład? 'The Holiday'. Pikanteria i seksualne żarty? A jeżeli dodamy do tego 'trochę' obrzydliwe, bo świńskie żarty, to mamy 'Dziewczynę moich koszmarów'. Myślę, że trochę tych 'alternatywnych' komedii by się nazbierało. Nie wiem, co zatem które nazwalibyśmy niealternatywnymi. :)Wiem, że 'Przeminęło z wiatrem' to kultowy film i TRZEBA go zobaczyć. To zobaczyłam, raz. I ok. Myślę, że tyle razy mi wystarczy. Dosłownie – przeminęło z wiatrem. :)'Quantum of Solace' widziałam. Jeżeli nawet, to Craig, jak napisałeś, dopiero się wyrabia. Co, jak dla mnie, nie za bardzo mu wyszło jak na Bonda. A więc nadal podtrzymuję, że w 'Quantum' jest po prostu super_maszyny_do_zabijania. :)Dzięki za namiar na esej. :)

  8. 'Let the right one in' to wbrew opinii FC bardzo dobry film. Bo to horror psychologiczny, który ma i klimat, i dobrą grą aktorską. Reżyser i scenarzysta zręcznie okroili materiał wyjściowy (książkę), tu i ówdzie pozostawiając tropy do odczytania motywów bohaterów. Świetna psychologiczna rozkminka. Mogę się zgodzić, że w dwóch miejscach przycięli zbyt szczodrze przez co przejrzystość końcówki nieco się zaciera. Dodatkowy smaczek to antywampiryczne koty.

  9. A co z leśną pracą "Igora"? Dla mnie ten film ma świetny klimat, dlatego nie mogę go jakoś specjalnie pojechać.

  10. Ten film to świetne ma co najwyżej napisy początkowe. Fabuła jest po prostu żałosna. Jasne, że można stwierdzić, że nie chodzi o fabułę bo to film o psychologii itp. no i na tym poletku jest wypaśny. Tylko na tej zasadzie można nakręcić film o tygodniowych, herbacianych fusach i jak powiedzą że do kitu to bronić się stwierdzeniem żeby porównywać tylko do innych filmów o pleśniejących fusach. No i na tym polu jest przecież zajebisty…Film nie trzyma w napięciu, nie ciekawi, fabuła jest głupia. Nudy.

  11. Te, krytyk!Kurczę, zatrzymałem sobie miłe wspomnienie po tym tytule… choć świadomy jestem, że było dużo zgrzytów. Szczęśliwie mieliśmy potem pod ręką "Pineapple Express", nie? :P

  12. Jako przykład zarżnięcia fabuły i napięcia antypolecam "I've Loved You So Long". Niełatwy problem, który powinien zryć banię, zmieniono w nudną wyliczankę – czemu ta miła pani poszła na 25 lat do więzienia… itd. aż po finałowe "ojejku-jej pochylmy głowę w zadumie". Bleee… Na drugim biegunie mamy takie filmy jak "Wrestler" czy "Gran Torino". Gdyby nie Rourke czy Eastwood, byłyby to nudne popierdółki o emerytach. Podobnie zresztą można powiedzieć o "There Will Be Blood" czy absolutnym majstersztyku "12 Anrgy Men" – jaka fabuła, jakie napięcie? Dobra, "gniewni ludzie" akurat mają sporo napięcia, ale generowanego przez postaci, nie fabułę.Przyznaję, że "Let.." jest nieco gorszy, ale niekażdy ma charyzmę Clinta Eastwooda. Wielka szkoda, że zdecydowano się na OGROMNE cięcia odnośnie postaci "Igora" (za pewnę w imię zwiększenia grona potencjalnych odbiorców). Książka świetnie opisuje zrytą psyche Hakana. Aż żal bierze, że filmowcy nie byli bardziej odważni w tej kwestii. Cały film jest zresztą mocno ugrzecznioną adaptacją, co, broń Boże, nie znaczy złą. Jak widać można porównywać filmy psychologiczne bez bzdurnego gadania o fusach. Jeśli Lord rzucał podobnymi komentarzmi przez cały seans, to się nie dziwię ocenie reszty FC. Tak to można zarżnąć każdy film.

  13. Dziwnym trafem zarżnięte zostało tylko "Let the right one in".

  14. Znaczy każdy film oglądacie komisyjnie? Intrygujące, opowiadaj.

  15. Kiedy spotykamy się i oglądamy filmy razem to wszyscy siedzimy również razem. Zdaje sobie sprawę, że to nikczemne wynaturzenie i że tylko jedna osoba powinna oglądać, a reszta siedzieć w tym czasie zamknięta w szafie czekając na swoją turę no ale taki jest już Fandom Centrum – bezczelny i niepokorny.

  16. Dal Lorda:-1 :P Spodziewam się, że w obliczu tak mądrej i ciętej riposty nie pozostaje mi nic innego jak zanieść się płaczem i uciec w kąt.

  17. @Lord Thomas+1. Jesteśmy buntownikami z wyboru. Albo bez powodu. Jak kto woli. To właśnie o nas śpiewał Stachursky.@Misiołak

    'Let the right one in' to (…) film. Bo to horror psychologiczny, który ma i klimat, i dobrą grą aktorską.

    Do tego momentu się zgadzamy. Ale…

    Świetna psychologiczna rozkminka.

    Ale co tam było do rozkminiania? Czy w którymkolwiek momencie motywacje któregokolwiek z bohaterów były niejasne, dwuznaczne? Czy którykolwiek z bohaterów miał równie skomplikowaną osobowość jak np. Daniel Plainview z "There Will Be Blood", o którym to filmie sam wspominasz? Czy którykolwiek z bohaterów przeszedł jakąś przemianę? Okej, emo-chłopiec przeszedł, ale zostało to pokazane raczej łopatologicznie.

    Jako przykład zarżnięcia fabuły i napięcia antypolecam "I've Loved You So Long".

    Nie widziałem, ale skoro główną rolę grała tam Kristin Scott Thomas z "Angielskiego pacjenta", o którym swoją drogą piszę w tej samej notce, to… nic dziwnego, że się nie udało. :)

    Na drugim biegunie mamy takie filmy jak "Wrestler" czy "Gran Torino". Gdyby nie Rourke czy Eastwood, byłyby to nudne popierdółki o emerytach. Podobnie zresztą można powiedzieć o "There Will Be Blood" czy absolutnym majstersztyku "12 Anrgy Men" – jaka fabuła, jakie napięcie?

    Spoko, ale w tych filmach mamy do czynienia właśnie z wybitnymi kreacjami aktorskimi. Porównujesz dziewczynkę-wampirę i emo-chłopca do Rourke'a, Eastwooda, Day-Lewisa czy Fondy?Poza tym — czy zakończenie "Let The Right One In" nie wydaje Ci się sztampowe i głupawe? Najpierw "niespodziewany" powrót dziewczynki podczas wydarzeń na basenie, potem bezsensowna końcówka, w której emo-chłopiec jedzie w przysłowiową siną dal z dziewczynką w trumnie… Sorry, ale akurat w Szwecji opieka socjalna stoi na bardzo wysokim poziomie, więc chłopiec zostanie zgarnięty na najbliższej stacji. :)

  18. To zanim się zaniesiesz, opowiedz, jak w książce wygląda końcówka.

  19. Dla Borysa:Porównuję film o pleśniejących fusach z filmami o pleśniejących fusach. Lepszych i gorszych. Historię o wampirze i chłopcu zaliczam do tych lepszych. Gdzieniegdzie ma luki, gdzie indziej zasługuje na oklaski. Dobra gra aktorska jest dobra grą niezależnie od wieku czy doświadczenia.Czytając książkę potwierdzałem swoje domysły z seansu. Dlatego mówię o rozkmince. Fajnie, że śledząc drobne filmowe niuanse można tyle wywnioskować.Zakończenie w książce jest identyczne, ale wyraziściej umotywowane.BTW:Uniewinnienie w "gniewnych ludziach" nie było sztampowym zakończeniem? A samotność Daniela w wielkiej rezydencji? A koniec zapaśnika i Kowalskiego?

  20. Uniewinnienie może i było sztampowe, ale nie zapominajmy, że "12 gniewnych ludzi" to film sprzed 50 lat. Wtedy obowiązywały inne reguły w kinematografii, od współczesnych produkcji oczekuje się czegoś innego. Nie powiesz mi, że w połowie "To nie jest kraj dla starych ludzi" domyśliłeś się, jak cała historia się skończy. Samotność Daniela w wielkiej rezydencji to jedno — ale przecież on się jeszcze czegoś dopuścił w końcówce. "Zapaśnika" i "Gran Torino" jeszcze nie widziałem, więc proszę nie spojlerować. :)

  21. Historia "To nie jest kraj dla starych ludzi" skończyła się wjazdem meksykańskiej ekipy remontowej, później są zupełnie od czapy popierdółki starego, smutnego pana. :) Daniel zaś dopuścił się one-linera o milkshake'u oraz bardzo głupiej i nielogicznej akcji, bo przecież mógł TO zrobić w ciemnym lesie, a nie we własnej rezydencji, prawda? :)O takiego flejma chodziło, Borysie?"Gniewni" nie potrzebowali/potrzebują kosmicznej wolty, żeby być filmem wybitnym. "Let…" nie potrzebuje wygibasów, żeby być filmem dobrym.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s