Filmorys (8)

Filmorys powraca po długiej przerwie i już na nowej platformie. Poniżej znajdziecie krótkie omówienia dziesięciu filmów — od klasyki kina począwszy, a na nowościach z ostatnich lat skończywszy. Zapraszam do lektury, a przy czterech lub pięciu gwiazdkach także do obejrzenia.

Noce i dnie
(1975)

Wreszcie udało mi się obejrzeć jakiś polski miniserial sprzed 1990 r., który jest… kiepski. Otóż Noce i dnie — w przeciwieństwie do Kariery Nikodema Dyzmy, Chłopów, Alternatyw 4, Lalki i Polskich dróg — nie mogą się poszczycić ani zajmującą fabułą, ani charyzmatycznymi odtwórcami głównych i drugoplanowych ról. Ekranizacja powieści Marii Dąbrowskiej przynudza, a epicki oddech całości (akcja rozgrywa się na przestrzeni 51 lat; śledzimy dzieje rodu Niechciców od powstania styczniowego do wybuchu Pierwszej Wojny Światowej) podśmierduje fuszerką odwaloną przez charakteryzatorów. Dwudziestoletni Bogumił i Barbara wyglądają tak samo jak sześćdziesięcioletni. Trochę to przeszkadza we wczuwaniu się, sami rozumiecie.
*****

Boski chillout
(Pineapple Express; 2008)

Jeżeli lajtowa komedia o paleniu trawki nie okazuje się ani specjalnie zakręcona, ani specjalnie śmieszna, należy samemu sięgnąć po skręta. Znaczy, chciałem powiedzieć, że Boski chillout to drugi, po Chłopaki też płaczą, film ze stajni Judda Apatowa, który mnie rozczarował. Osoby odpowiedzialne za dialogi poszły w ilość, a nie w jakość, dobrego humoru sytuacyjnego też jest tu jak na marihuanę. Twórcy najwyraźniej unikali nieskomplikowanych, graniczących z prostactwem skeczy. W tym wypadku — szkoda, bo niczego lepszego nie udało im się zaproponować.
*****

Dziewiąte wrota
(The Ninth Gate; 1999)

Diabelsko zagadkowa sprawa: Polański, dysponując świetnym materiałem wyjściowym (powieść Klub Dumas Arturo Péreza-Reverte), zabrał się za kręcenie thrillera o poszukiwaniach szatańskiej księgi… i poniekąd poległ, bo Dziewiątym wrotom pod względem klimatu bardzo daleko do Dziecka Rosemary. Owszem, film jest dobry, może nawet bardzo dobry; owszem, przygody Deana Corso (Johnny Depp), antykwarycznego detektywa, śledzimy z zainteresowaniem, choć niekoniecznie z przejęciem. Niestety, po napisach końcowych pozostaje wyraźne uczucie niedosytu. Z drugiej strony, na plus liczą się: dwuetapowe i zarazem dwuznaczne zakończenie, oraz oryginalna tematyka.
*****

10 minut później: Trąbka
(10 Minuntes Older: The Trumpet; 2002)

Film-eksperyment: Trąbka jest zbiorem sześciu miniatur filmowych nakręconych przez sześciu wybitnych reżyserów "z górnej półki" (Erice, Herzog, Jarmusch, Kaurismäki, Lee, Wenders, Zhang). Każda trwa dziesięć minut i każda opowiada w czasie rzeczywistym o przełomowym momencie w życiu jakiejś postaci (z tego schematu wyłamuje się jedynie krótki metraż Herzoga). Myk polega na tym, że opisywane momenty pozornie wydają się bardzo zwyczajne (tutaj z kolei wyjątek stanowi dynamiczna miniatura Wendersa, którą zresztą oceniam najwyżej ze wszystkich) i to zadaniem czytelnika jest poszukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego pokazano nam właśnie te, a nie jakieś inne dziesięć minut. Nie będę udawał, że Trąbka wstrząsnęła moim światopoglądem i poczuciem wartości, ale minęło kilka miesięcy i wcale nie uważam, że czas poświęcony "oglądnięciu" był czasem stracony. A jak na filmowy eksperyment, to chyba całkiem niezły wynik.
*****

Jajka
(Eggs; 1995)

Film z gatunku "zwycięzca festiwalowy, ale tak poza tym to mało kto o nim słyszał". W norweskiej głuszy mieszka ze sobą dwóch staruszków. Geje? Nie, nie, nic z tych rzeczy, Moe i Pa to bracia i zarazem starzy kawalerowie. W ich maksymalnie uporządkowane i przeraźliwie nudne życie nieoczekiwanie wkracza Zmiana w postaci Konrada — dorosłego, choć upośledzonego, syna Pa, który musi teraz zamieszkać z ojcem i z wujkiem… a o którym Pa dowiaduje się dopiero teraz. Takie streszczenie musi brzmieć strasznie poważnie i egzystencjalnie, ale Eggs, zgodnie z tytułem, jest filmem "z jajem" i ingrediencjom typowym dla dramatu psychologicznego towarzyszą tu mocno zaakcentowane elementy komediowe. Przyznaję ze skruchą, że Jajka akurat do mnie niespecjalnie trafiły, ale podejrzewam, że wielu osobom będą się bardzo podobały — bo obiektywnie rzecz biorąc, to bardzo dobry i oryginalny film.
*****

Dogma
(Dogma; 1999)

Obrazoburcza komedia Kevina Smitha, którą swojego czasu oprotestowały polskie środowiska katolickie. Matt Damon i Ben Affleck wcielają się w dwa upadłe anioły, które szukają sposobu na powrót do Nieba i które postanawiają wcielić w życie skrajnie radykalny plan. Zwięzłość to cnota, więc w imię Ojca i Syna ogłaszam, że Dogma jest przereklamowana i nieszczególnie porywająca, choć jak najbardziej "do obejrzenia". Amen.
*****

Na granicy
(The Border; 1982)

W poprzednim Filmorysie narzekałem na Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady. O 23 lata wcześniejsze Na granicy również dotyka tematyki migracyjnej, ale czyni to w zdecydowanie ciekawszy sposób. Różnica między oboma filmami polega na tym, że tam gdzie Trzy pogrzeby… skręcają w stronę alternatywnego kina psychologicznego, tam Granica uderza w struny sensacyjne. W filmie Richardsona poznajemy Charliego Smitha (świetny Jack Nicholson, ale i drugoplanowy Harvey Keitel gra jak z nut), który po przeprowadzce z żoną na meksykańskie pogranicze musi zmienić pracę i przeistacza się z policyjnego detektywa w policjanta granicznego. Problemy prywatne staną się katalizatorem wątpliwości zawodowych… Na granicy to przykład bardzo solidnego kina, która dostarcza rozrywki, ale dalekie jest od ogłupiania widza.
*****

Ścieżki chwały
(Paths of Glory; 1957)

Jakże odpowiedni tytuł — to właśnie Ścieżki chwały zapoczątkowały nieprzerwane pasmo wielkich sukcesów reżyserskich Stanleya Kubricka. Trzeci pełnometrażowy film Kubricka opowiada o trzech francuskich żołnierzach, którzy w czasie Pierwszej Wojny Światowej zostają niesłusznie skazani na karę śmierci pod zarzutem tchórzostwa. Ich obrony podejmuje się "ostatni sprawiedliwy", pułkownik Dax (Kirk Douglas), który tym sposobem rzuca wyzwanie bezdusznej machinie wojskowej biurokracji. Nie trzeba mówić, że Ścieżki chwały posiadają silną wymowę antywojenną. Warto natomiast zauważyć, że są też majstersztykiem technicznym i że scena szturmu na wrogie pozycje musiała w 1957 r. robić na widzach równie wielkie wrażenie jak spielbergowskie lądowanie na plaży w Normandii w 1998 r.
*****

Siła strachu
(Hide and Seek; 2005)

W jaki sposób poszczególne elementy danego filmu składają się na końcowy efekt? Na ten temat dałoby się pewnie napisać niejedną pracę naukową, i przynajmniej w jednej z nich należałoby wspomnieć o Sile strachu. W horrorze John Polson nie sposób się do czegokolwiek przyczepić — Robert de Niro i Dakota Fanning grają przekonująco, klimacik jest, groza też, fabuła trzyma w napięciu, a zakończenie całkowicie zaskakuje i nie każe nam przy tym zawiesić niewiary na kołku. Niestety, przy wszystkich swoich "pojedynczych" zaletach Hide and Seek ma też jedną i zasadniczą wadę — wyraźnie brakuje mu tego nieokreślonego czegoś, co w ostatecznym rozrachunku zwykło dzielić filmy dobre od tych… mniej dobrych.
*****

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona
(The Curious Case of Benjamin Button; 2008)

Wróżyłem z fusów i wyszło mi, że Ciekawy przypadek Benjamina Buttona nie zapisze się złotymi zgłoskami w annałach kina. Fincher poszedł niestety na komercyjny kompromis i postanowił uczynić swój film przystępnym dla masowej widowni: zamiast skoncentrować się na tytułowym bohaterze, zrobił zbyt dużo miejsca dla wydarzeń, w których Benjamin uczestniczy. Brzmi to niejasno, ale treściwa formuła Filmorysu nie pozwala na dokładne wyjaśnienie mojej wyrafinowanej opinii — przypomnijcie sobie jednak, jak rozłożono akcenty między bohaterem a akcją w Aż poleje się krew. Tak czy owak, biografię mężczyzny starzejącego się do tyłu oglądało mi się bardzo dobrze, ale od seansu minęło pięć miesięcy, a ja nie czuję najmniejszej ochoty na powtórkę z rozrywki. Wnioskuję więc, że żadnej głębi tam nie było.
*****

Post przeniesiony z Blogspota (21.06.2009)

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Filmorys (8)

  1. Mateusz ::: 2009-06-22 22:20:00 Hm, na "Pineapple Express" śmiałeś się, mniej więcej, co kilkanaście sekund. Myślałem, że Ci się podobał."Buttonowi" w filmorysowej skali daję dwóję.Amen.

  2. Borys ::: 2009-06-22 23:20:00Śmiać się śmiałem, ale nie z filmu, tylko z tych, z którymi oglądałem. :)

  3. Tomasz Sroczyński ::: 2009-06-23 10:57:00Magistra obronił i już sra żarem…

  4. Jeremiah ::: 2009-07-02 16:49:00@Tomek – Chłopaki z pizzerii w Piastowie nauczyli Cię nowego określenia? :)@Borys – A długość "Ciekawego przypadku…" w żaden sposób Ci nie przeszkadzała?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s