Filmorys (9)

Dziewiąty Filmorys prezentuje się wyjątkowo przyzwoicie. Po pierwsze, ilość — na ruszt znów trafia dziesięć filmów. Po drugie, większość z nich to nowości (cztery produkcje nakręcono w tym roku — z czego jedna nie miała jeszcze premiery w Polsce — a dwie w roku ubiegłym). Po trzecie, jakość. Trzy filmy dostały pięć gwiazdek, i choć w przypadku dwóch z nich taki stan rzeczy nie powinien dziwić, to ten trzeci uważam za swoje osobiste "odkrycie". Nic, tylko oglądać. Ale najpierw — przeczytać.

Notabene, funkcjonalność Filmorysu zostaje rozszerzona. Pod każdym tytułem będzie teraz krył się link do zwiastunu. Powinienem był o tym pomyśleć już dawno temu.

Elegia
(Elegy; 2008)

Elegia to historia romansu starego, playboyowatego, ale niekoniecznie wyrachowanego profesora z młodą, ale niekoniecznie naiwną studentką. W profesora wciela się świetny Ben Kingsley, w studentkę Penélope Cruz. Kingsley w sensie wiekowym nadaje się do swojej roli idealnie, Cruz już zdecydowanie mniej. Na pociechę mamy więc genialnego jak zawsze Dennisa Hoppera, który przewija się w tle z zabójczą kozią bródką. Ale żarty na bok. Elegia (nakręcona na podstawie powieści Philipa Rotha) jest w założeniu filmem o ludziach, ich egzystencjalnych problemach, wzajemnych relacjach i zmieniających się z czasem wartościach. Przesłanie dramatu specjalnie jednak nie porusza, co nie znaczy, że ogląda się go źle.
*****

24 Hour Party People
(24 Hour Party People; 2002)

Czternastoletnie dzieje Factory Records to niezbyt znany (przynajmniej poza Wyspami), lecz niezwykle barwny kawałek historii muzyki rozrywkowej. Założona w 1978 r. przez prezentera telewizyjnego Tony'ego Wilsona i menadżera muzycznego Alana Erasmusa wytwórnia przyczyniła się do wypromowania muzyki post-punkowej, która z kolei stała się prekursorem alternatywnego rocka. Największym "odkryciem" Factory Records było oczywiście Joy Division, a największym "dokonaniem" — otwarcie legendarnego nightclubu The Haçienda w Manchesterze. O tym oraz o wielu innych epizodach i osobowościach związanych z wytwórnią opowiada film fabularny Michaela Winterbottoma 24 Hour Party People. Oglądając, miałem nieodparte i nieczęste wrażenie, że oto obcuję z czymś nowym, zarówno pod względem treści (tematyka) jak i formy (specyficzna, ale wielce udana, stylizacja na dokument). Gorąco polecam, chyba że nie zaliczacie się do fanów Love Will Tear Us Apart.
*****

Transsibierian
(Transsiberian; 2008)

Roy i Jessie wracają z Chin koleją transsyberyjską. Swój przedział dzielą z inną, nieco dziwną, ale pozornie sympatyczną parą — Carlosem i Abby. Niedługo potem Roy znika… Gdyby tylko reżyser poszedł dalej hitchcockowskim tropem, skoncentrował fabułę w tytułowym pociągu i śmiało uderzył w paranoiczne tony, otrzymalibyśmy genialny thriller. Niestety, akcja skręca rychło w niewłaściwym kierunku (czyżby scenarzysta przestraszył się początkowego pomysłu?), atmosfera neo-noir się rozwiewa, wkrada się za to sztampa i przewidywalność. I chociaż film ogląda się stosunkowo dobrze aż do ostatnich scen włącznie, to w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że zmarnowano i pomysł, i setting, i potencjał aktorski tkwiący w Woodym Harrelsonie, Eduardo Noriedze i Benu Kingsleyu. Do obejrzenia z braku laku (ale pamiętajcie, że w swej negatywnej recenzji jestem raczej osamotniony, bo film został bardzo ciepły przyjęty przez krytyków i publiczność).
*****

Motyl i skafander
(Le Scaphandre et le Papillon; 2007)

Jean-Dominique Bauby, ojciec rodziny, człowiek sukcesu, redaktor naczelny magazynu "ELLE", w wieku 43 lat doznał masywnego wylewu i został całkowicie i nieodwracalnie sparaliżowany. Choć funkcje umysłowe Bauby'ego nie ucierpiały w najmniejszym stopniu, przez niedługą resztę swojego życia mógł jedynie poruszać i mrugać lewym okiem. I właśnie w ten sposób podyktował książkę Motyl i skafander, na podstawie której Julian Schnabel nakręcił swój film. Przeniesiona na ekran historia kalectwa Jeana-Do zawiera w sobie ogromny ładunek emocjonalny, z jednej strony stanowiąc hołd złożony sile ludzkiego ducha, z drugiej, jak zauważono w "Esensji", pochwałę hedonizmu (ponieważ tylko nasze wspomnienia będą towarzyszyć nam aż po kres, warto brać z życia, co się da). Od strony technicznej dostajemy wirtuozerskie zdjęcia Janusza Kamińskiego (pod tym względem chyba najlepszy film, jaki kiedykolwiek widziałem) i bardzo wiarygodną kreację Mathieu Amalrica. Doskonałe, przejmujące, ale nie pozbawione optymizmu kino.

*****

Niebezpieczne związki
(Dangerous Liaisons; 1988)

Jeżeli jesteś facetem i kiedykolwiek zastanawiałeś się, dlaczego największe wzięcie u kobiet mają szorstcy dranie i niesympatyczni łajdacy, po obejrzeniu Niebezpiecznych związków dalej nie będziesz tego wiedział. Epistolarna powieść Pierre'a Choderlos de Laclos z 1782 r. doczekała się wielu ekranizacji i adaptacji, w tym jednej gejowsko-pornograficznej. My skoncentrujemy się jednak na nagrodzonej trzema Oskarami wersji Stephena Frearsa z 1988 r. Nie sposób przyczepić się do gwiazdorskiej obsady (Glenn Close, John Malkovich, Michelle Pfeiffer plus młodziutka i apetyczna Uma Thurman oraz młodziutki i apetyczny Keanu Reeves), rokokowej scenografii i wykwintnych strojów. Niestety, w warstwie najważniejszej, czyli fabularnej, Niebezpieczne związki nie porywają. Wręcz przeciwnie, miłość, seks, zdrada i zemsta wydają się tu raczej nudne, chociaż dzieje się niby sporo. Dla amatorów kina kostiumowego i Johna Malkovicha tudzież Glenn Close.

*****

Pewnego razu w Ameryce
(Once Upon a Time in America; 1984)

Sergio Leone o nakręceniu tego filmu marzył przez całe życie. Ugrzązł jednak na długie lata w westernach (z pożytkie dla westernów, dla Eastwooda, i dla kina w całej ogólności), tak że Pewnego razu w Ameryce powstało dopiero na pięć lat przed śmiercią reżysera stając się jego ostatnim dziełem i zwieńczeniem wspaniałej kariery. Once Upon a Time in America to pełna lirycznej melancholii gangsterska opowieść o życiu Davida "Noodlesa" Aaronsona, który rozpoczął swoją karierę jako młody chłopak na początku XX wieku i który prawie siedemdziesiąt lat później musi zmierzyć się z, wydawałoby się dawno temu pogrzebaną, przeszłością. Aaronsona wykreował będący wtedy u szczytu formy Robert de Niro, a całość zilustrował urzekającą muzyką Ennio Morricone. Porównanie do Ojca chrzestnego jest bardzo nie na miejscu, jako że oba filmy poruszają tę samą tematykę w zupełnie różnym stylu. Pragnący obejrzeć Pewnego razu w Ameryce muszą jednak mieć się na baczności i nie wpaść w pułapkę zastawioną przez cyngli Don Corleone. Istnieją bowiem dwie wersje filmu Leone: oryginalna, "europejska", trwająca 229 minut i posiadającą nieliniową strukturę, oraz przycięta, "amerykańska", trochę ponad dwugodzinna i ze scenami poukładanymi w chronologicznym porządku. Must-see dla każdego kinomana jest ta pierwsza i tylko ta pierwsza.
*****

Star Trek
(Star Trek; 2009)

Straszna skucha i chyba największe rozczarowanie tego lata (choć Terminator: Ocalenie depcze po piętach). Nowy Star Trek doczekał się co prawda mnóstwa dobrych recenzji, ale ja stoję twardo w opozycji. Z odrazą spoglądam na infantylną fabułę, bulwersuje mnie niskich lotów humor, a cukierkowate, kolorowe efekty specjalne powodują silny ból głowy. O niezłej grze aktorskiej nie ma co wspominać, skoro cała reszta zawodzi. Nigdy nie byłem fanem "oryginalnego" Star Treka, ale mam nieodparte wrażenie, że tym restartem (skądinąd opartym na pomysłowej i odważnej koncepcji) J. J. Abrams zrobił mu krzywdę.
*****

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
(Män som hatar kvinnor; 2009)

Dwa pierwsze tomy bestsellerowej trylogii kryminalnej Stiega Larssona (Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet i Dziewczyna, która igrała z ogniem) zdążyły trafić już do Polski i zostały ciepło przyjęte przez rodzimych czytelników. Część trzecia, Zamek z piasku, ukaże się dopiero w październiku, a więc na krótko przed polską premierą ekranizacji pierwszego tomu. Filmowa wersja Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet była co prawda wyświetlana w kinach skandynawskich w pierwszym kwartale tego roku, ale do "reszty świata" dociera (lub dopiero dotrze) z opóźnieniem. Czy warto czekać? Warto, ponieważ Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet są solidnym kinem kryminalnym, czerpiącym bez skrępowania z hollywoodzkich wzorców prowadzenia akcji, ale rezygnującym z typowej dla amerkańskich produkcji "ugrzecznioności". Historia, wydawałoby się beznadziejnego, śledztwa w sprawie zaginionej przed czterdziestu laty dziewczyny prowadzi nas daleko w mroczne zakamarki ludzkiej psychiki.. i szwedzkiej historii. W Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet dostajemy też, poniekąd zgodnie z tytułem, bardzo oryginalną postać kobiecą, brutalną scenę gwałtu i brutalną scenę zemsty za gwałt. Pamiętna jest również finałowa konfrontacja z mordercą, przypominająca, że zło najbardziej przeraża nie wtedy, gdy jest widowiskowe, lecz wtedy, gdy jest wyrachowane i wyzute z empatii. Ogólnie rzecz biorąc, Mężczyźni… to dwie i pół godziny dość ponurej rozrywki.
*****

Brüno
(Brüno; 2009)

Napisanie recenzji Brüna to ciężki kawałek chleba, napisanie minirecenzji — jeszcze cięższy. Tym osobom, które z twórczością Sachy Barona Cohena nie zetknęły się wcześniej, trudno bowiem uzmysłowić, co je czeka. Tym, którd widziały Borata, trochę łatwiej… ale i tak słynna boratowa "naga walka" to mały pikuś w porównaniu z zawartością Brüna. Podejdźmy więc do sprawy możliwie rzeczowo: Brüno to parodia filmu dokumentalnego (tzw. mockumentary), w której tytułowy bohater — austriacki, dziewiętnastoletni gej — utraciwszy pracę jako redaktor czasopisma o modzie, wyrusza do USA, by, podobnie jak dwaj inni wielcy Austriacy, Adolf Hitler i Arnold Schwarzenegger, zdobyć sławę i fortunę. Tak wygląda punkt wyjścia… a potem następuje cała seria ostrych, bezpardonowych, gejowskich skeczy. Cohen łamie wszelkie mainstreamowe konwenansowe, drwi w żywe oczy z politycznej poprawności i raz za razem przekracza granice tzw. dobrego smaku. Osoby pruderyjne i wrażliwe na wulgarność nie mają szans na dotrwanie do końca seansu. Pozostali powinni natomiast zauważyć, że pod grubą warstwą sprośnego (ale zarazem bardzo pomysłowego) humoru kryje się niesamowicie cięta, odważna i inteligentna satyra na homoseksualizm i homofobię, na świat kreowany przez media, na trendy w modzie, na wojnę na Bliskim Wschodzie, na Kościół, na wojsko… i jeszcze na parę innych rzeczy, o których pewnie zapomniałem, bo Brüno wyładowany jest akcją aż po same brzegi. A ostatnie piętnaście minut niszczy.
*****

Wrogowie publiczni
(Public Enemies; 2009)

Michael Mann jest bez wątpienia doskonałym rzemieślnikiem, ale czy również artystą — to już każdy musi ocenić sam. Wrogowie publiczni są jego trzecim filmem z rzędu (po Zakładniku i Miami Vice), który nie może się nie podobać, ale nie musi też wcale zachwycać. Po raz pierwszy w swojej karierze Mann bierze na tapet prawdziwą historię. Wrogowie publiczni to opowieść o Johnie Dillingerze, słynnym gangsterze okresu Prohibicji, i o ścigającej go ekipie Melvina Purvisa, działającego z ramienia rodzącego się wówczas FBI. Obsada bez zarzutu — charyzmatyczny Johnny Depp w roli Dillingera, stonowany Christian Bale w roli Purvisa i niezbyt znana, ale nagrodzona przecież Oskarem Marion Cotillard jako kochanka gangstera. Fabuła prezentuje się już nieco gorzej. Choć trzyma w umiarkowanym napięciu, to nie dostajemy żadnych zapadających w pamięć konfrontacji, pościgów czy strzelanin. Sporną sprawą jest natomiast warstwa techniczno-scenograficzna. Mnie-się-nie-bardzo. Z jednej strony klimaty prohibicyjno-gangsterskie z całym bogactwem inwentarza, z drugiej strony wszystko kręcone z ręki cyfrówkami. Zgrzyta, i to mocno… chociaż "nowa jakość" nierzadko rodzi się w bólach.
*****

Reklamy

12 uwag do wpisu “Filmorys (9)

  1. Na pięć gwiazdek mimo wszystko nie zasługuje. Jakby nie było, to "tylko" seria wykręconych w kosmos gejowskich skeczy. :)Jak taki z Ciebie chojrak, to obejrzyj "Bruna" z rodzicami i z babcią. :)

  2. Skoro "Bruno" taki dobry, to czemu tylko cztery gwiazdki? "Osoby pruderyjne i wrażliwe na wulgarność nie mają szans na dotrwanie do końca seansu."Jaaasne. :)

  3. Borysie,Mam sugestie: skoro Cie Star Trek nie ciagnie, nie ogladaj w ogole. Reboot byl swietny – ale startrekowy. Wniosek nasuwa sie sam.

  4. Originally posted by Borys:

    Jak taki z Ciebie chojrak, to obejrzyj "Bruna" z rodzicami i z babcią.

    Spoko, rodzice nie są pruderyjni, a babcia nic nie zrozumie.

  5. Star Trek to fajny serial, ale restart był durny i co gorsza nudny.

  6. @SejiNieściśle się wyraziłem. "Nigdy nie byłem fanem "oryginalnego" "Star Treka"" oznacza, że nigdy nie miałem okazji oglądać "Star Treka" regularnie, nie że oglądałem i mi się nie podobało. Wprost przeciwnie, widziałem swojego czasu trochę odcinków "Deep Space Nine", kilka "Voyagera" i "The Next Generation". Były fajne. "Star Trek" Abramsa fajny nie jest. To film robiony z myślą o dzieciakach, którym będą podobały się kolorki i Kirk biegający ze spuchniętą łapą po pokładzie.

  7. Misiolak – tak :DStar Trek Abramsa to reboot TOS i filmow z ekipa Kirka. Do tego ma swietne nawiazania nie tylko do serii i filmow, ale i do samej stylistyki pierwszego serialu i kinowek.

  8. Seji, nawiązania, o dziwo, wyłapywałem, ale stylistykę wypadałoby podszlifować (a scenariusz napisać od nowa).

  9. Originally posted by Seji:

    Star Trek Abramsa to reboot TOS i filmow z ekipa Kirka.

    Z całym szacunkiem, ale litości… Przewraca mi się wszystko jak słyszę, że jedenastka jest rebootem. To sequel – mamy w nim starego Spocka. Nie może być mowy o resecie, bo oryginalna linia czasowa "gdzieś tam" istnieje.Pozdrawiam

  10. Jak film, ktory jest od biedy prequelem, moze byc sequelem? :PTo jest reboot – albo, jak sie ostatnio modnie mowi, reimagining. Owszem, to jest alternatywna historia, ktora opowiada historie Enterprise na nowo. Orci w wywiadzie wyjasnil, ze to wlasnie jest bardziej re-imagining, ze wzgledu an zachowanie kanonu trekowego, przez co nie chcieli budowac wszystkiego od zera. Stad m.in. stary Spock.Nie jest to spin-off, nie jest to sequel, prequel to tez nie jest, bo za duzo zmienia (chyba, ze uznamy zmiany za retcon). Reimagining/reboot – jak najbardziej.Inaczej nowa BSG bedzie sequelem, nowe V bedzie sequelem, itd. Sequelem za to byl nowy Knight Rider. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s