Obejrzane w 2012: Rozczarowania

10. Sherlock Holmes (2009)
Listę największych filmowych rozczarowań minionego roku otwiera film, o którym z góry wiedziałem, że mnie rozczaruje, toteż i zawód był raczej niewielki. Literacki Sherlock Holmes to inspirująca postać, lecz Guy Ritchie nie wykorzystał tkwiącego w niej potencjału. Ekranowej charyzmie Roberta Downeya Jra nie mam nic do zarzucenia, ale kolorowy i dynamicznie zmontowany Londyn, do którego wrzucono nową inkarnację najsłynniejszego detektywa na świecie, zdecydowanie nie przypadł mi do gustu. Czekam zatem dalej na wiktoriański odpowiednik Siedem z Holmesem i Watsonem zamiast Somerseta i Millsa.

9. W imieniu armii (The Messenger)
Bardzo lubię Woody’ego Harrelsona. Jego redneckowo poczciwa gęba przegrywa jednak w tym filmie z nudą. Zbyt silny jest bowiem kontrast między poruszającymi, znakomicie nakręconymi scenami informowania rodzin żołnierzy o śmierci mężów i dzieci, a całą resztą scenariusza, w którym naprawdę niewiele się dzieje. Kilka słów więcej o antywojennym i antyangażującym filmie Orena Movermana pisałem w maju w czternastym Filmorysie.

8. Revolutionary Road
Jednym z powodów, dla których nie poszedłem do kina na Skyfalla, był fakt, że kilka miesięcy przed premierą obejrzałem poprzedni głośną produkcję Sama Mendesa i opowiedziana w nim historia zupełnie mnie nie przekonała. Owszem, powinienem był raczej zrazić się do duetu DiCaprio-Winslet, gdyż to właśnie niewiarygodność ich małżeńskich konfliktów położyła dla mnie film, ale pamiętam przecież z Titanica, co ta para potrafi, gdy jest dobrze prowadzona przez reżysera. Mógłbym co prawda udawać, że Revolutionary Road udziela gorzkiej odpowiedzi na pytanie „Co by się stało, gdyby Jack Dawson wtedy przeżył?” – w takiej interpretacji pomaga poniekąd czas akcji, chociaż lata i tak zupełnie się nie zgadzają – ale nie zmienia to faktu, że w kategorii „dramat z amerykańskiego przedmieścia” Małe dzieci deklasują film Mendesa.

7. Uprowadzona (Taken)
Gniot. Oczekiwałem przyzwoitego kina zemsty a’la Człowiek w ogniu z Liamem Neesonem we Francji zamiast Denzela Washingtona w Meksyku, a dostałem słabo wyreżyserowane łubudu, może i nie żenujące, ale z pewnością bez polotu. Jedyny jasny punkt filmu to zdesperowany i nie znający litości dla oprawców córki Liam, ale z drugiej strony owa córka jest tak cholernie irytująca, że Liamowi właściwie trudno kibicować. Cóż, nie powinni byli angażować dwudziestopięcioletniej Maggie Grace (Shannon z LOST-a) do roli siedemnastolatki. Dysonans wizualno-behawioralny okazał się zbyt wielki.

6. Wpadka (Knocked Up)
Zacytuję sam siebie: Przyjemnie obejrzeć film uderzający w młodzieżowe struny i pozbawiony moralizatorskiego tonu, ale jednocześnie kontestujący cywilizację śmierci. Dla nastolatka Wpadka ze swą lekcją odpowiedzialności stanowi z pewnością lekturę odpowiedniejszą niż, dajmy na to, studium najebki w Projekcie X. Nie wolno jednak zapominać, że film Judda Apatowa jest przede wszystkim komedią i jako taka wypada nie najlepiej. Reżyser próbuje rozśmieszać słowem, nie gagiem, lecz w rezultacie większość jego bohaterów cierpi na oralną biegunkę. Jasne, zdarzają się tu niezłe teksty, ale dialogi we Wpadce to bardziej popis grafomaństwa aniżeli inteligentnego humoru.

5. Chłopcy z ferajny (Goodfellas)
Tutaj znowu zacytuję sam siebie, bo po co jeszcze raz pisać to samo? Opowieść o gansterskim wzlocie i upadku Henry’ego Hilla w ogóle mnie nie wciągnęła, a z biegiem scen coraz większą nienawiścią darzyłem ustawiczną narrację z offu. Ja też się cieszę, że filmy od dawna nie są nieme, niemniej sądzę, że ekranowe historie powinno opowiadać się obrazem i dialogami, nie monologami. Jasne, wiem, że Scorsese kręcił w oparciu o fakty, co ograniczyło mu pole manewru i wymusiło rozwiązania niefortunne z dramaturgicznego punktu widzenia. Ale skoro w moich oczach zmyśleni Ojciec chrzestny i Pewnego razu w Ameryce wygrywają o kilka długości z prawdziwymi Chłopcami z ferajny i Wrogami publicznymi, to czy wolno stwierdzić, że autentyczni gangsterzy, choć groźni, są po prostu nudni?

4. Jak zdobywano Dziki Zachód (How the West Was Won)
Darzę wielką estymą tzw. stare filmy, ale tak się złożyło, że w minionym roku z filmową starością przegrałem aż dwa razy. Niesłychaną ramotką okazał się najpierw Sherlock Holmes i pies Baskerville’ów z 1939 r., z ikonicznym Basilem Rathbonem w tytułowej roli męskiej. W tamtym przypadku moje oczekiwania były niewygórowane, toteż film na poniższą listę nie trafił (zresztą, jedna adaptacja prozy Doyle’a już tu jest). Miesiąc później obejrzałem Jak zdobywano Dziki Zachód z 1962 r. i wtedy mój zawód był srogi. Doceniam zamysł nakręcenia filmu-fresku składającego się z kilku epizodów powiązanych postaciami; przyjemnie popatrzeć na ówczesne gwiazdy, których na ekranie przewija się bez liku. Niestety, z westernową epickością śmiertelny bój toczą: romantyczna naiwność na froncie fabularnym oraz przeżyta Cinerama na froncie technicznym. Superpanoramiczne, trzysegmentowe ujęcia w scenach akcji wyglądają nienaturalnie, a w scenach dialogowych – dziwnie. Może kiedyś do JZDZ jeszcze wrócę, ale z zupełnie innym, niewymagającym nastawieniem.

3. Spacer po linie (Walk the Line)
Biografia Johnny’ego Casha jest filmem strasznie fajnym i zarazem dość nudnym. Fajność bierze się przede wszystkim z muzyki. Joaquin Phoenix i Reese Witherspoon wykonują piosenki Casha i June Carter samodzielnie. Ich umiejętności wokalne zadziwiają, a głosy bardzo przypominają głosy odgrywanych artystów. Fajność bierze się też z charyzmy aktorów i chemii między nimi. Na tle tych niewątpliwych zalet boleśnie kłują dłużyzny. Spacer po linie zogniskowano wokół miłości Casha i Carter, ale perypetie uczuciowe ciągnące scenariusz wiele razy dostają zadyszki. Na pocieszenie dostajemy świetną scenę, w której Phoenix-Cash, poproszony przez dyrektora więzienia, by nie śpiewał piosenek przypominających osadzonym o miejscu, w którym się znajdują, odpowiada: „Myśli pan, że zapomnieli?”.

2. Między słowami (Lost in Translation)
Do trzech razy autocytat: Bardzo lubię Billa Murraya i jego tragikomiczny wyraz twarzy. Nie przepadam natomiast za Scarlett Johansson i nie lubię filmów-snujów. Owszem, znalazłoby się tu kilka elementów godnych docenienia (z poczuciem tokijskiej obcości na czele), ale długim cieniem rzuca się na nie wszystkie fabuła o niczym. Jednak z czasem, mimo narracyjnej pustki, przywiązujemy się trochę do bohaterów i koniec końców film Sofii Coppoli zapada w pamięć jako nie najgorszy. Podtrzymuję, nie najgorszy, ale jednak biorąc pod uwagę wszystkie hiperzachwyty nad tym filmem, jakie słyszałem (i wciąż słyszę), rozczarowanie jest mniej więcej tak duże jak Tokio.

1. Prometeusz (Prometheus)
Minęło pół roku. Czy nadal uważam najnowszy film Ridleya Scotta za klapę? Tak – teraz już nawet za klapę roku. O wszystkim, co w Prometeuszu nie trzymało się w kupie, przypomni nam powstały w międzyczasie nibyzwiastun. O wszystkim, czego w Prometeuszu zabrakło, przypomnimy sobie oglądając po raz kolejny pierwszego Obcego.

Reklamy