Żyć i umrzeć w Los Santos


Z notką poświęconą czwartej części flagowej serii Rockstar Games spóźniłem się cztery lata. O Grand Theft Auto V piszę zaledwie dwa tygodnie po premierze, ale to wciąż poślizg na tyle duży, że usprawiedliwia rezygnację z pisania pełnowymiarowej recenzji. „Piątka” jest w końcu największym growym przebojem bieżącego roku i najbardziej wyczekiwaną konsolową pozycją ostatnich paru lat, a przede wszystkim może poszczycić się najlepszymi wynikami (początkowej) sprzedaży w historii całej popkultury (sic!). W tym ostatnim osiągnięciu sam zresztą miałem swój mikroskopijny udział – GTA5 jest pierwszą i prawdopodobnie ostatnią grą, jaką kupiłem w preorderze. Skoro jednak nie zrecenzowałem takiego hitu natychmiast, nie powinienem recenzować go w ogóle. Poza tym nawet po dwóch tygodniach grania nie zaszedłem daleko w fabule, ponieważ czas spędzam raczej na szlifowaniu początkowych misji i zwiedzaniu świata gry. Uprawniony więc jestem wyłącznie do podzielenia się kilkoma wrażeniami.

Jeśli graliśmy w „czwórkę”, „piątka” pod względem graficznym niczym nowym nas oczywiście nie zaskoczy. To ciągle ta sama generacja konsol: choćby i mistrzowska optymalizacja kodu nie wyciągnie ze sprzętu więcej niż wyciągnęło Liberty City anno 2008. Szczerze mówiąc, w pierwszej chwili nowa wersja silnika RAGE wywarła na mnie odrobinę niekorzystne wrażenie, gdyż detale graficzne dorysowują się w bliskiej odległości. Z drugiej strony, być może właśnie dzięki temu animacja nie traci na płynności, kiedy w kadrze pojawia się wiele samochodów jednocześnie. Za to przechodniów jest jakby mniej, co być może da się wytłumaczyć specyfiką miasta: w Los Angeles prawdopodobnie też więcej osób porusza się autem niż w Nowym Jorku. Tak czy owak, chodniki w GTA5 jawią się dość wyludnionymi.

Świat gry jest, zgodnie z zapowiedziami, olbrzymi. Objechanie go szybkim samochodem po autostradzie zajmuje około kwadransa. Jeśli nie wyda się to komuś zbyt imponującą miarą, podkreślmy, że ów obwód kryje kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych pieczołowicie zaprojektowanego interioru, którego dokładne obejrzenie potrwałoby w sumie… sto godzin? Samo Los Santos jest tylko w połowie tak duże jak Liberty City z poprzedniej części, ale mapa „czwórki” składała się wyłącznie z miasta, natomiast w „piątce” metropolia stanowi zaledwie jedną czwartą świata gry. Pozostałe trzy czwarte to kilka małych miejscowości oraz rozległe, pofałdowane „tereny zielone”. Pod względem topograficznym to właśnie one powodują największy opad szczęki. Natomiast Los Santos, choć zaprojektowane z wyobraźnią i sercem, przegrywa z architektonicznie doskonałym Liberty City, które wyróżniało się wyraźnymi dzielnicowymi kontrastami. Los Santos dzieli się co prawda na zatłoczony downtown i willowy uptown, ale poza tym jest odrobinę montonne. Odrobinę, to znaczy tylko w porównaniu z GTA4.

Świat gry nie zdołał mnie więc w tej odsłonie serii rzucić na ziemię, ponieważ moje oczekiwania co do tego aspektu były bardzo wyśrubowane. Znienacka wzięła mnie natomiast fabuła (na którą narzekałem w „czwórce”). Na samym początku, miast zostać uraczonym pięciominutową cut-scenką, wrzucono mnie w wir akcji rodem z Gorączki, z sekwencją ucieczki przed policją rozgrywającą się w dość zaskakującej (lecz przepięknej) scenerii. Wsiąkłem od razu. Na przestrzeni pierwszych dziesięciu misji fabuła trzyma bardzo wysoki, filmowy (w dobrym tego słowa znaczeniu) poziom. Wcielamy się początkowo we Franklina, czarnoskórego kryminalistę, który pragnie wyrwać się ze swej zaćpanej dzielnicy i zacząć „zarabiać” prawdziwe pieniądze. Przypadkowo spotyka Michaela, emerytowanego, wypalonego gangstera, który najlepsze lata przestępczej kariery ma już za sobą, a teraz najwięcej trosk przysparza mu niewierna żona i leniwe dzieci. Franklin widzi w Michaelu swoją wielką szansę, a Michael we Franklinie – kandydata na pojętnego ucznia. Motywacje bohaterów „piątki” wydają się o niebo wiarygodniejsze niż konstrukcja psychologiczna Nika z poprzedniej części, który z papierowymi skrupułami wysługiwał się podejrzanym typom, byle tylko dopaść krzywdziciela z przeszłości.

Możliwość przełączania się między Franklinem a Michaelem (potem pojawi się jeszcze jedna, kontrowersyjna postać) dodaje grze dynamiki oraz, ponownie użyję tego słowa, filmowości. Jak dotąd nie mam też najmniejszych zastrzeżeń co do miodności poszczególnych misji. Są cholernie barwne, zaprojektowane z polotem i pomysłem; na tyle proste, by nie wywoływać frustracji, ale na tyle złożone, by dawać satysfakcję z ich przejścia (można je zresztą zaliczać wielokrotnie celem „wymaksowania”, jako że z każdą misją związany jest inny zestaw miniwyzwań). Na razie nie uświadczyłem ani jednego nudnego zadania typu pojedź-i-postrzelaj. Za to jako rottweiler goniłem Murzyna; już nie jako rottweiler mściłem się na kochanku żony niszcząc mu dom w stylu Riggsa; na haju walczyłem z Obcymi (sic!); sfilmowałem z ukrycia seks celebrytki a potem uciekałem przed nią samochodem cały czas starając się trzymać w kadrze jej twarz; oraz brałem udział w pościgu za ciężarówką ze skradzionym jachtem. A najlepsze chyba dopiero przede mną, bo fabularne węzły stanowią cztery brawurowe napady, które bohaterowie będą później planować i przeprowadzać.

W „piątce” wprowadzono szereg fajnych smaczków. W recenzjach wymienia się przede wszystkim rzeczy takie jak granie w golfa i tenisa, chodzenie na spacer z wyżej wspomnianym rottweilerem, specjalne umiejętności polegające na zwalnianiu akcji podczas jazdy samochodem (Franklin) i strzelania (Michael), oraz możliwość tuningowania aut. Ja zwrócę natomiast uwagę na kilka trafionych drobiazgów. Z oznaczonym punktem docelowym mapka w rogu pochyla się pozwalając nam na zobaczenie większego odcinka trasy. Podczas strzelanin ekran błyska błękitem za każdym razem, gdy kogoś zabijemy, dzięki czemu szybciej możemy zmienić cel (notabene, strzelaniny w „piątce” są lepsze niż w „czwórce”, bo mniej tu chowania się za osłonami, a więcej biegania z wyciągniętą spluwą). I wreszcie: fragmentom niektórych misji towarzyszy muzyka, nie ta z samochodowego radia (notabene, dzięki któremu odkryłem debiutancki kawałek Pet Shop Boys), ale taka „zewnętrzna”, filmowa. Mała rzecz a cieszy ogromnie, gdyż tworzy dopasowaną oprawę dla wymian ogniowych i mechanicznokonnych. Po cichu liczę na to, że przy późniejszych misjach o większym rozmachu muzyka stanie się odpowiednio epicka. Może małą część ze stuczterdziestomilionowego budżetu gry przeznaczono na opłacenie gościnnego występu Hansa Zimmera…?

Nie chcę używać bombastycznych sformułowań w rodzaju „GTA5 to najlepsza gra, w którą w życiu grałem”, nawet nie dlatego, że mnóstwa wartych uwagi produkcji nie znam z pierwszej ręki, lecz głównie dlatego, że gry bardzo trudno porównywać wskroś gatunków. Powiem więc skromniej, ale prawdziwiej: Nie przypominam sobie, żebym po 2000 r. grał w fajniejszą grę. Na razie zatem zostaję w Los Santos. Na dłużej.

Reklamy

8 uwag do wpisu “Żyć i umrzeć w Los Santos

  1. MuadiM writes:Rozpala zmysły. :))A grę podglądam na YouTube. Na mnie robi wrażenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s