Co ja czytam

Molierowski pan Jourdain zadziwił się okrutnie dowiedziawszy się, że całe życie mówił prozą. Oczywiście nie dlatego, iż myślał, że mówi wierszem, lecz dlatego, że obce było mu rozróżnienie na prozę i poezję. Ja na szczęście poznałem owe kategorie dość wcześnie dzięki jednemu z Kompendiów Wiedzy. Pochodzący stamtąd dowcip rysunkowy, prawdopodobnie autorstwa Śledzia, pokazywał trzy komputery ustawione w rządku: peceta, Amigę i bodajże Atari. Podpisane były: „epika – liryka – dramat”.

Jednak literackie kategorie skrywały przede mną przez długie lata dwie inne tajemnice. Objawiły się one przede mną spontanicznie i niemalże jednocześnie, bo w przeciągu kilku ostatnich tygodni.

Prowadzę w arkuszu kalkulacyjnym listę książek „do przeczytania”. Cudzysłów w poprzednim zdaniu widnieje dlatego, że spis zrobił się bardzo długi i nie ma szansy, żebym wszystkie wprowadzone doń pozycje kiedykolwiek przerobił. Aktualizuję go jednak dalej, ponieważ zapisywanie interesujących tytułów w jednym pliku elektronicznym jest o wiele wygodniejsze niż pilnowanie stosika karteczek. Listę mogłem poza tym wyposażyć w kolumnę „odmiana gatunkowa”, która informuje mnie, czy dana książka jest powieścią historyczną, kryminałem, fantastyką naukową, czy może przedstawicielką literatury pięknej.

I w pewnym momencie zacząłem zastanawiać się, czemu ani jedna potencjalna lektura nie została opatrzona etykietką „psychologiczna”.

I nagle zrozumiałem, że to, co nazywamy literaturą piękną, to po prostu literatura psychologiczna.

Każdy literaturoznawca zazgrzyta pewnie zębami widząc tak wulgarne uproszczenie. Zdaję sobie doskonale sprawę, iż obie domeny nie są tożsame, ale dzieje się tak chyba głównie dlatego, że niektóre (nieliczne?) pozycje zaliczane do kanonu prozy są np. groteskami, jak Paragraf 22, albo powieściami fantasy, jak Władca Pierścieni. Nie potrafię natomiast podać odwrotnego wyjątku; nie przychodzi mi do głowy książka skupiająca się na psychologicznych postawach i wewnętrznych przeżyciach bohaterów, która nie byłaby literaturą piękną. Na przykład Wikipedia wśród autorów powieści psychologicznej wymienia Dostojewskiego, Prousta, Joyce’a, Woolf, Camusa, Steinbecka, Strindberga, Nałkowską, Andrzejewskiego i Iwaszkiewicza. Literatura piękna jak w mordę strzelił.

Jak w takim razie definiowana jest ta ostatnia? Nie mam pod ręką żadnego słownika literaturoznawczego, lecz Encyklopedia PWN oznajmia, że to „dział piśmiennictwa obejmujący wypowiedzi o dominującej funkcji estetycznej”. Czyli, na moją głowę, chodzi tu o książki, których autorzy dbają przede wszystkim o styl i przesłanie, a mniej o warstwę rozrywkową i fabularną, w które angażuje się beletrystyka*. Czy to właśnie wyszukany styl powoduje samorzutną psychologizację bohaterów? A może po prostu nie da się psychologizować nie zawiesiwszy sobie wysoko stylistycznej poprzeczki? Książki Pilipiuka podpowiadają, że się nie da, twórczość Niziurskiego, że jak najbardziej się da.

Andrzej Sapkowski gniewał się w Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini na literacki główny nurt za zawłaszczanie najwybitniejszych książek fantastycznych. Uważał zapewne za nieuczciwość, iż fantasy poniekąd z definicji musi odznaczać się przeciętnym, przezroczystym stylem, bo w przeciwnym razie natychmiast zostanie wyprowadzone z fantastycznego „getta”. Ale może to błędne pojmowanie sprawy. Może chodzi raczej o to, że wraz ze stylistyczną zwyżką pojawia się pierwiastek psychologiczny, który przyćmiewa warstwę fantastyczną, a wtedy książka awansuje na półkę podpisaną „literatura piękna”.

Moje drugie niespodziewane odkrycie dotyczy podziału krótkich form literackich na nowele i opowiadania. Dawno temu w podstawówce uczono mnie, że cechy szczególne noweli stanowią: jednowątkowość, wyraźnie zarysowana akcja, punkt kulminacyjny. Zresztą mym pierwszym wielkim polonistycznym sukcesem stało się odkrycie punktu kulminacyjnego w Antku: jedni szukali go blisko finału, inni nie radzili sobie jeszcze za dobrze ze składaniem liter, a ja zorientowałem się, że chytry Prus umieścił moment przełomowy zaraz na początku, gdy Antek widzi wiatrak.

Po latach powróciłem do Naszej szkapy, Dobrej pani i innych podstawówkowych nowel. Nie omieszkam podzielić się niebawem wrażeniami z lektury. Tymczasem jednak wprowadzenie do Antologii noweli polskiej przypomniało mi charakterystykę noweli. I nagle pojawiło się przerażające, graniczące z pewnością podejrzenie, że prawie wszystko, co do tej pory brałem za opowiadania, to w gruncie rzeczy nowele.

Nie tylko ja przecież uważam, że w Ostatnim życzeniu zawarte zostały opowiadania o wiedźminie Geralcie; nie tylko ja uważam, że Isaac Asimov zasłynął jako autor opowiadań o robotach. Ale wszystkie te domniemane opowiadania są jednowątkowe, mają wyraźnie zarysowaną akcję i posiadają punkt kulminacyjny (niekiedy jest nim puenta). Wygląda jak nowela, brzmi jak nowela, pachnie jak nowela… Pamiętacie z kolei tamten krótki utwór o Geralcie, w którym wiedźmin nic nie robi, tylko rozmyśla nad naturą zła? Albo majstersztyk Asimova o robocie wędrującym świtem przez las? Ja też ich nie pamiętam, bo nie powstały. A dopiero takie utwory, w których zwartą budowę zastąpiono by przemyśleniami i opisami, spełniałyby definicję opowiadania**. Tak jak spełniają je krótkie formy Trumana Capote’a i Marka Hłaski, które dotąd brałem za „fajne opowiadania, ale bez fabuły”. A które są po prostu „opowiadaniami”, w przeciwieństwie do Mniejszego zła albo Zabawy w berka.

Nad istotą noweli psychologicznej wolę się na razie nie zastanawiać.

____________________
* Nie wykluczam, że relacja między literaturą piękną a beletrystyką jest znacznie bardziej skomplikowana. Poszukiwań informacji na ten temat nie ułatwia mi jednak fakt, że w języku angielskim ów podział raczej nie występuje. Dla Anglosasów wszystko zlewa się w „fiction”.

** Po angielsku znów jest inaczej, gdyż zasadnicze kryterium odróżniające „short story” od „novella” to długość. Dodatkowo funkcjonuje tam pojęcie „novelette” określające utwór dłuższy od „novella”, ale krótszy od „novel” (powieści). Polski odpowiednik „novelette” – bardzo niezgrabny – brzmi „mikropowieść”.

Autorem zdjęcia wykorzystanego w nagłówku jest Simon Booth-Lucking.

Reklamy

12 uwag do wpisu “Co ja czytam

  1. Hej!

    1. Literatura piękna w polskiej tradycji pojęciowej to po prostu wszelkie dzieła literackie, od powieści społeczno-obyczajowych po poezję tyrtejską. Zdaje się jednak (to mój domysł), że ten termin utrwalił się wtedy, gdy poważni a nobliwi badacze nie zajmowali się czymś tak niskim jak ta paskudna literatura popularna. To by tłumaczyło sprzeczność widoczną w przywołanym przez Ciebie opisie (a jeśli wierzyć Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Literatura_pi%C4%99kna, to także w najlepszym polskim słowniku terminów literackich). Z jednej strony chciałby on objąć terminem „literatura piękna” wszelkie możliwe teksty literackie, z drugiej – wzdraga się przed tymi, w których estetyczna funkcja języka nie dominuje.

    Roboczy wniosek: trzeba albo porzucić kategorię literatury pięknej, albo rozszerzyć zakres pojęcia tak, aby obejmował również teksty o języku przezroczystym. W obu wypadkach termin przestanie być dla Ciebie przydatny.

    2. Zdaje się, że interesuje Cię taki podział literatury, który Anglosasi wyrażają za pomocą terminów „literary fiction” i „genre fiction”. (Obaj, jak sądzę, mamy świadomość słabych stron tej klasyfikacji, niemniej jest ona użyteczna).

    3. Wreszcie do meritum: z punktu widzenia teorii gatunków proza psychologiczna jest konwencją, która ukształtowała się w określonym momencie historii literatury zachodniej, gdzieś na przełomie XIX i XX wieku. A więc to tylko jedna z wielu konwencji. Na przykład „Nędznicy” nie mają dominanty psychologicznej (ach, ten kilkudziesięciostronicowy opis bitwy pod Waterloo). Ogólnie myślę, że warto przyjrzeć się po prostu różnym typom powieści (chociażby tutaj: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Powie%C5%9B%C4%87; weźmy np. powieść łotrzykowską bądź środowiskową). Jak to często bywa, bogactwo literatury wymyka się jednoznacznym formułom.

    4. Masz rację, jeśli chodzi o nowele. Ktoś nawet czasem jeszcze dzisiaj, jak widzę, używa tego pojęcia: http://www.andrzejsapkowski.pl/saga.html. Niemniej wydaje mi się, że w potocznej nomenklaturze gatunkowej „nowela” umarła, a „opowiadanie” przejęło jej funkcje. Nie jestem pewien, czy to źle.

  2. Dzięki, Staszku, za wyczerpujący komentarz.

    Ad. 1: Ja uważam (chociaż od mojego zdania nie zależy akurat dużo…), że podział na literaturę piękną i popularną należy utrzymać, ale jednocześnie podkreślać przy każdej okazji, że wybitne utwory powstają również w obrębie tej drugiej.

    Ad. 2: Jak to by było po naszemu? „Fikcja literacka” i „fikcja gatunkowa”? Nie brzmi najgorzej.

    Ad. 3: W mojej notce zabrakło ważnego doprecyzowania: Doszukując się wyraźnych elementów psychologicznych w literaturze pięknej miałem przede wszystkim na myśli współczesną literaturę piękną. Drzewiej inaczej się pisało, wiadomo. Z kolei powieść środowiskowa to dla mnie powieść obyczajowa, którą da się podciągnąć pod literaturę piękną; a powieść łotrzykowska to powieść przygodowa przynależąca do literatury popularnej.

    Ad. 4: Ależ „nowela” jest zbyt ładnym określeniem, by tak łatwo z niego zrezygnować!

  3. Ad 1. Według mnie literatura piękna to pojęcie nieusuwalnie skażone dwuznacznością – obejmujące ni to wszystkie utwory literackie, ni to jedynie jakąś ich część.

    Ad 2. „Fikcja gatunkowa” jest w porządku. Gorzej z drugim członem – może po prostu „literatura niegatunkowa”?

    Ad 3. Skoro chodzi o literaturę współczesną, to OK, możemy odłożyć na bok przykłady historyczne (czyli m.in. powieść łotrzykowską). Weźmy rzeczy nowsze. Z tych np. „Ostatni kochankowie” Whartona – i, hej, chyba wszystkie harlekiny! – wydają mi się dobrymi ilustracjami prozy relatywnie spsychologizowanej, a jednocześnie pozbawionej komplikacji językowych.

    Ad 4. Na pewno warto zachowywać w obiegu fachowym. Czy w potocznym – nie wiem.

  4. PS. Jeszcze do drugiego punktu: „literatura niegatunkowa” jest jako termin o tyle problematyczna, ze np. „Lorda Jima” można uznać za powieść marynistyczną, a „Lalkę” – za tekst społeczno-obyczajowy. Jeśli więc bronić rzeczonego terminu, to przez zwrócenie uwagi na to, że są to utwory, w których gatunek jest bardziej układem odniesienia niż ramą, w którą trzeba się wpasować (nawiązuję tutaj do tekstu Stanisława Balbusa „Zagłada gatunków”, choć sam Balbus nie zajmował się bodaj rozróżnieniem na literaturę „popularną” i „niepopularną”).

  5. Ad. 2: Może po prostu „literatura piękna”? ;)

    Ad. 3: Tak, racja, nie pomyślałem o tym. A to nader ponury wniosek: W moim ujęciu wszystkie romansidła i harlekiny trafiłyby w poczet literatury pięknej… Brrr.

    Ad. 4: Jeżeli „opowiadanie” miałoby objąć także te utwory, które dawniej nazywano „nowelami”, to ja zgłaszam postulat, by poddać „nowele” recyclingowi i nimi zastąpić okropne „mikropowieści”.

    Co do Twoich przykładów, to trzeba naprawdę dużo złej woli żeglarskiego zapału, by uznać, że w Lordzie Jimie marynistyka dominuje nad psychologią. Co do „społecznej obyczajowości”, to jest to moim zdaniem również domena literatury pięknej, ściśle powiązana zresztą z elementami psychologicznymi. Potrafisz wyobrazić sobie apsychologiczną powieść społeczno-obyczajową…?

  6. Ad 2. Niejasne, może też oznaczać wszelkie utwory beletrystyczne.

    Ad 3. Ano. Więc? :)

    Ad 4. Dlatego uważam, że „Lord Jim” raczej nawiązuje do konwencji powieści marynistycznej (piszę hipotetycznie, bo nie czytam tej odmiany prozy), niż do niej należy. A jeśli chodzi o „apsychologiczną powieść społeczno-obyczajową”, no to przykład już padł: „Nędznicy”. :-) „Nana” Zoli pewnie też by się nadała. Nie powiem, że to teksty zupełnie pozbawione psychologii, ale nie mam również wrażenia, aby było jej w nich więcej niż np. w „Pieśni lodu i ognia” George’a R.R. Martina.

  7. Ad. 2: Nie będzie, jeśli określenie „literatura piękna” najpierw odpowiednio przedefiniujemy. Postulując je jako jako przeciwwagę dla „literatury pięknej” nie miałem bowiem na myśli obowiązujących konotacji, ale zgrabność samego pojęcia. Zresztą, „literaturę niegatunkową” też musisz wpierw zdefiniować, bo na pierwszy rzut oka kojarzy się (przynajmniej mnie) z eksperymentami literackimi rozmaitej maści.

    Ad. 3: Więc dylemat. Z drugiej strony, ja harlekinów nigdy nie czytałem. Jeżeli psychologizacja ich bohaterów jest rzetelna (w co oczywiście bardzo wątpię), to może nie należy odmawiać im miejsca na półce z literaturą piękną tylko dlatego, że te wszystkie sylwetki psychologiczne uprawiają ze sobą seks?

    Ad. 4: Tak, ale Nędznicy i Nana to powieści z innej epoki, a ja już zaznaczyłem, że pisałem swoją notką z myślą o literaturze współczesnej.

  8. Ad 2. Nie wiem, czy łatwo będzie Ci się od tych konotacji uwolnić. Ale ja jestem z frakcji tych, co uznają, że w ogóle wydzielanie literatury „popularnej” i „innej” na podstawie kryteriów wewnątrztekstowych to strasznie trudne przedsięwzięcie. Zresztą dziś również kryteria socjologiczne (według których tradycyjnie wyróżniano „literaturę wysokoartystyczną” i „literaturę popularną”) stają się problematyczne ze względu na czytelniczą wszystkożerność. Zasadniczo do wszelkich takich binarnych podziałów literatury podchodzę bardzo podejrzliwie.

    Ad 3. Ja też się na nich nie wyznaję. Ale jeśli mamy je wykluczyć, to pojawia się u Ciebie dodatkowy warunek: już nie tylko psychologizacja (czymkolwiek by była), ale psychologizacja rzetelna. Mętna woda, podwójnie mętna, wiedźminie!

    Ad 4. Faktycznie, dwa wątki rozmowy się nam zmieszały. Mówiąc o powieści społeczno-obyczajowej, miałem na myśli wyłącznie teksty historyczne, a nie wydawane obecnie (szczerze mówiąc, nie wiem, czy w odniesieniu do tych drugich nadal używa się takiej etykiety).

  9. Ad. 2: Masz sporo racji, ale zbyt wielka jest różnica między Dostojewskim a Koontzem, by tak po prostu z tego podziału zrezygnować. Z kolei kategorie „lepsza” / „gorsza” nie są żadną alternatywą.

    Ad. 3: Definiowanie humanistycznych i filozoficznych pojęć wszelakiej maści to w ogóle mętna, podejrzana, czasami nawet brudna robota.

  10. Ad 2. Jest w istocie, ale może wystarczy podział chronologiczny i gatunkowy?

    Ad 3. No dobrze, ale jak odróżnisz psychologizację rzetelną od nierzetelnej?

  11. Ad. 2: Czyli sugerujesz poniekąd manewr odwrotny? Przywrócić do łask termin „powieśc psychologiczna” i zacząć nim określać to, co nazywamy „(współczesną) literaturą piękną”? Brzmi nieźle.

    Ad. 3: Jedynym wyznacznikiem, jaki przychodzi mi do głowy, jest po prostu styl.

  12. Ad 2. Nie, po prostu odróżniałbym np. „XIX-wieczną powieść psychologiczną” od „współczesnego romansu” (to ostatnie to pewnie zbyt szeroki termin na określenie harlekinów, ale przypuszczam, że specjaliści mają swoje klasyfikacje).

    Ad 3. OK, to może być owocne, tylko nie wiem, czy da się z tego zrobić czytelne nazwy gatunkowe. [„Literatura piękna” ze wspomnianych powodów mi się nie podoba – no i czy rzeczy niepiękne muszą być brzydkie? ;-)].

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s