Najlepsze z przeczytanych w 2013: Niefikcja

W minionym roku zdołałem przeczytać 62 książki. Wynik okazał się rekordowy. U schyłku roku wywindowała go niespodziewanie lektura dziewiętnastowiecznych nowel, z którymi nie zdążyłem zetknąć się w polskiej szkole. Skoro jednak osiemsetstronicowa antologia antropologiczna liczy się w statystykach czytelniczych za jedną książkę, tak samo potraktować trzeba cieniutkiego Sachema Sienkiewicza.

Drugi rekord związany jest z ebookami, których przeczytałem aż trzynaście. Ma to oczywiście bezpośredni związek ze styczniowym zakupem Kindle’a. Przeczytanych ebooków byłoby zresztą dużo więcej, gdyby Kindle nie służył mi przede wszystkim do lektury czasopism i dłuższych artykułów z Internetu.

Po raz pierwszy od pięciu lat przeczytałem zdecydowanie więcej beletrystyki niż szeroko pojętej literatury faktu. O dominacji fikcji zdecydowały po części wspomniane nowele, a po części… komiksy, których przerobiłem aż kilkanaście. Odświeżyłem sobie Asteriksy (nieco zdziecinniały), przeczytałem From Hell (recenzja), dwa pierwsze tomy antologii 100 Bullets (fantastyczna kreska, świetne dialogi, średnia fabuła), pierwszego Kick-Assa (film lepszy) oraz Tekkonkinkreet (inteligentna rzecz, ale nie do końca w moim guście).

Nowele, ebooki i komiksy były więc u mnie na fali wznoszącej. Kosztem czego? Ano, fantastyki. W 2013 r. nie sięgnąłem ani razu po fantasy (nie licząc pewnej słabej antologii), a większość (tzn. dwie z trzech) przeczytanych książek SF okazała się słaba. Dobre imię gatunku uratował horror. Tytuł zdradzę następnym razem, bowiem wpierw chciałbym wspomnieć trzy świetne książki niebeletrystyczne przeczytane w ubiegłym roku. Wszystkie polskie. Pierwsza pozwoliła mi inaczej spojrzeć na pewną znaną postać (wielu powie: indywiduum), druga przyrządziła na moich oczach apetyczną sałatkę z języka polskiego, trzecia wreszcie uderzyła mocno w mój liberalny światopogląd.

 3. Jerzy Urban o swoim życiu rozmawia z Martą Stremecką

jerzy_urban_o_swoim_zyciu_rozmawia_z_marta_stremeckaDla mojego pokolenia Jerzy Urban jest synonimem Nie, tygodnika uznawanego przez niektórych za wulgarną gadzinówkę opluwającą Papieża-Polaka, a przez innych za zjadliwą i celną krytykę polskiej rzeczywistości. Wiedziałem, że przed założeniem czasopisma Urban pełnił funkcję rzecznika peerelowskiego rządu i sądziłem, iż stanowiła ona zwieńczenie kariery w partyjnym aparacie. Pudło. Urban przez całe życie związany był z prasą, najpierw z Po prostu, a potem z Polityką. W swych felietonach ostro krytykował „Solidarność” i Popiełuszkę, ale PZPR też chyba się obrywało.

Z wywiadu-rzeki Marty Stremeckiej nie wynika jednoznacznie, dlaczego Urban w 1981 r. przyjął ofertę Jaruzelskiego i został jego naczelnym pijarowcem. Zresztą, bohater książki o wielu rzeczach nie mówi wprost. Jak słusznie zauważył Arek, gdyby ktoś kalibru Urbana podzielił się całą posiadaną wiedzą polityczną, to część najnowszej historii Polski należałoby napisać na nowo. Redaktorowi naczelnemu Nie trudno jednak zarzucić obłudę. Nie odcina się od swojej komunistycznej przeszłości. Urban jawi się jako piekielnie inteligentny, cyniczny pragmatyk; oportunista, który w kluczowych momentach nie bał się popłynąć z falą i który, jak sam bez ogródek przyznaje, znakomicie na tym wyszedł. Pytanie tylko, czy do sukcesu doszedł po trupach. Bo jeśli nie, to właściwie nie ma się do czego przyczepić.

2. Pegaz zdębiał
(Stanisław Barańczak)

pegaz_zdebialCo to jest alfabeton? To zdanie, w którym występują wszystkie litery polskiego alfabetu, ale każda tylko raz, na przykład: „Pójdź w loch zbić małżeńską gęś futryn!”. A onanagram? To anagram imienia i nazwiska, na przykład „Wasia Zwieracz-Sikajłow” zamiast „Jarosław Iwaszkiewicz”. Obleśnik? Na przykład „tenis w porcie” (czyli „penis w torcie”) bądź „domki w Słupsku” (czyli „słomki w dupsku”). Palindromader? Długi palindrom: „I potwór-kujon gwałty też, o Boże, tytła, w gnoju krów topi”.

Pegaz zdębiał Stanisława Barańczaka, naszego prawdopodobnie najwybitniejszego tłumacza poezji, aż lepi się od soku wyciśniętego z języka polskiego. Książka pokazuje z polotem ogromny potencjał skrywający się w pospolitych wyrazach, i zarazem pozwala nam popatrzeć, jak bawi się słowem jego wielki sztukmistrz. Gra toczy się niby o niewysoką stawkę, ale przecież wszyscy, którym brakuje pomysłu na pocztówki z wakacji, winni niezwłocznie zapoznać się z przykładami turystychów. Wypada też ułożyć sobie przynajmniej jeden osobisty onanagram i przedstawiać się przy jego pomocy na nudnych przyjęciach (Kris Goj Lysieba).

Olu, dzięki za książkę!

1. Triumf człowieka pospolitego
(Ryszard Legutko)

triumf_czlowieka_pospolitegoCo wspólnego ma liberalna demokracja z komunizmem? „Nic”, odpowie ze wzruszeniem ramion każda młoda, wykształcona, pochodząca z wielkiej metropolii osoba. Cóż to w ogóle za porównanie! Co miałoby niby łączyć wolny rynek z gospodarką planową? Pluralistyczne społeczeństwo z doktryną marksistowską? Swobodę wypowiedzi z zamordyzmem i cenzurą?

O Ryszardzie Legutce, profesorze filozofii, publicyście i, olaboga, europośle PiS-u, zrobiło się głośno w 2009 r., gdy nazwał „rozwydrzonymi smarkaczami” dwójkę uczniów wrocławskiego liceum, którzy krytykowali obecność krzyża w szkolnych klasach. Natomiast kilka miesięcy temu były minister edukacji w rządzie Kaczyńskiego sprzeciwił się „propagowaniu pornografii i zachęty do pedofilii” przez jeden z eksponatów w Centrum Nauki Kopernik. Niestety, nie mogę dalej uważać prof. Legutki za oszołoma, bo najlepsza książka niebeletrystyczna, jaką przeczytałem w minionym roku, wyszła właśnie spod jego pióra.

Legutko przyznaje już we wstępie, że funkcjonalne różnice między liberalną demokracją a komunizmem są ogromne. Autorowi chodzi jednak o niewidoczne na pierwszy rzut oka silne podobieństwa ideologiczne między oboma ustrojami. Najważniejszy trop stanowi tu fakt, że o ile liberalna demokracja potępia w czambuł rozmaite „izmy” – nazizm, rasizm, nacjonalizm, faszyzm – o tyle z komunizmem obchodzi się podejrzanie delikatnie. Kto nie wierzy, niech w poniedziałek pochodzi po mieście w koszulce z sierpem i młotem, a we wtorek w koszulce ze swastyką, i niech potem opowie, jak było.

U podstaw liberalnej demokracji oraz komunizmu leżą wspólne założenia programowe. Po pierwsze, oba systemy pragną ujednolicać społeczeństwo, zacierać różnice, homogenizować obyczaje i zachowania. Po drugie, oba ustroje stanowią w swej istocie projekty modernizacyjne osadzone w myśleniu technologicznym. Za cel stawiają sobie entuzjastyczne ulepszanie świata, nawet kosztem zrywania z pamięcią i relatywizacji przeszłości. Po trzecie, liberalna demokracja i komunizm za wszelką ceną usiłują roztoczyć absolutną, dobrotliwą, ale nie znoszącą sprzeciwu opiekę nad obywatelami. Parafrazując de Tocqueville’a, który posłużył Legutce za motto książki: „Przypominałyby władzę ojcowską, gdyby miały za cel przygotowanie ludzi do wieku męskiego. One jednak zmierzają do utrzymania ich w stanie dziecięctwa. Lubią, by obywatelom było miło, pod warunkiem, że obywatele pragną tylko tego, by było im miło”.

Arku, dziękuję za republikański zastrzyk!

Reklamy

5 uwag do wpisu “Najlepsze z przeczytanych w 2013: Niefikcja

  1. Odnośnie postaci Urbana – już jako dzieciak, gdy go słuchałem w telewizji (pogadanki propagandowe), postrzegałem go jako osobę inteligentną i elokwentną. Jednak też trochę, a czasem mocno przesadzającą zarówno z formą, jak i z treścią przekazu. Mocno straszył ‚Gwiezdnymi Wojnami” Reagana.

  2. Jakoś nie mogę ich znaleźć. Dasz linka?

    Ja wspominam te pogadanki jako rozrywkę. Byłem wtedy dzieciakiem, więc nie pamiętam dokładnie, ale część leciała już w czasie nastoletnim i wspominam dość żartobliwie. Rodzice byli dość mocno antykomunistyczni i antysocjalistyczni, ale te programy przez nich też były chyba w domu traktowane z przymrużeniem oka – jako rozrywka.

    Cyt. „Redaktorowi naczelnemu Nie trudno jednak zarzucić obłudę. Nie odcina się od swojej komunistycznej przeszłości.” – No tak, na to, by strzelić taką głupotę jak negacja własnych postaw jest zbyt inteligentny.

  3. Znalazłem tylko to. Nazwijmy rzecz po imieniu: Bardzo nudna konferencja, ale może te wcześniejsze były jeszcze gorsze.

    Swoje peerelowskie postawy neguje (albo przynajmniej łagodzi) wielu innych polityków starej daty związanych z komunizmem. Urban jest chlubnym wyjątkiem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s