500

Na początku października Blogrys obchodził dziewiąte urodziny. „Dziewięć” to mało zgrabna liczba (choć kto pamięta przezwisko bohaterki Kapelusza za sto tysięcy Adama Bahdaja?), o półtora rzędu wielkości mniej okrągła niż „pięćset”. Tamtej rocznicy nie uczciłem więc żadną notką, ale z okazji pięćsetnego wpisu warto przygotować coś specjalnego.

Odwrócone prawo Sturgeona głosi, że 10% wszystkiego to rzeczy znakomite. Nieskromnie zastosowałem tę regułę do Blogrysa i wybrałem 50 najlepszych notek (no, niekiedy krótkich artykułów…) z historii blogu. Pogrupowałem je tematycznie, a na samym końcu zgromadziłem subiektywny Top Ten.

Czytaj dalej 500

Przeczytane w 2014: Fikcja

7. Konrad Wallenrod (Adam Mickiewicz)

konrad_wallenrodBohaterem poematu Mickiewicza jest zakamuflowany Litwin, który z zemsty dokonuje wyrafinowanego sabotażu w Zakonie Krzyżackim. Tak naprawdę jednak utwór nie ma wiele wspólnego z historycznymi faktami i stanowi przede wszystkim metaforę polskich problemów politycznych w XIX wieku. Konradowi Wallenrodowi poświęciłem osobną notkę, w której pisałem, że „tak do końca mi się nie podobał”. Niemniej, z perspektywy czasu widzę, iż była to jedna z bardziej wartościowych rzeczy przeczytanych w 2014 r. Jak ma nie zachwycać, skoro zachwyca.

Czytaj dalej Przeczytane w 2014: Fikcja

Pożegnanie z bronią

W grach planszowych złożone zasady nie muszą wykluczać ogromnej miodności. Owszem, podwyższają próg wejścia, lecz czas zainwestowany w naukę reguł zostaje nam potem zwrócony z nawiązką w postaci dziesiątek godzin strategicznej frajdy. Takie podejście stanowi doskonały kompromis między eurogrami pokroju Carcassonne i Puerto Rico oraz modularnymi potworami w rodzaju planszowego Starcrafta czy Twilight Imperium. Te pierwsze stają się dość szybko powtarzalna. W tych drugich przeszkadza brak harmonii między formalną stroną zasad a ich fabularną treścią.

Bezbłędnej syntezy obu elementów dokonała natomiast gra Twilight Struggle opisująca dzieje Zimnej Wojny i uznana za najwybitniejszą planszówkę w ogóle. Moja obszerna recenzja ukazała się kilka miesięcy temu w Esensji. GMT Games wydało również grę pt. Paths of Glory poświęconą Pierwszej Wojnie Światowej. Bardzo chciałbym w nią pograć, ale na razie nie miałem ku temu okazji. Przejrzałem jednak instrukcję, z której wynika, że w rozgrywce kluczową rolę odgrywają linie zaopatrzenia. Ich przerwanie prowadzi do rychłej porażki.

Ta sama zasada obowiązuje oczywiście i w realu. Gdyby jednak Opatrzność wyłączyła ją jakimś cheatem wiosną 1918 roku, Pierwszą Wojnę Światową niechybnie wygraliby Niemcy.

Czytaj dalej Pożegnanie z bronią

30 kwintali – lista, lista coverów

POMIŃ WSTĘP I PRZEJDŹ OD RAZU DO RANKINGU

cover_definicja

O cover girl może innym razem. Dzisiejsze zestawienie poświęcimy przeróbkom muzycznym. Tytuł notki nawiązuje oczywiście do legendarnego programu telewizyjnego emitowanego w Dwójce w latach 1996-2005. Tak jak kwintal jest jednostką lżejszą i pośledniejszą od tony – stanowi zaledwie jej dziesiątą część, poza tym używa się go głównie do ważenia buraków – tak covery są z definicji wtórne względem utworów oryginalnych. „Wtórne” nie znaczy wszelako „gorsze”.

Czytaj dalej 30 kwintali – lista, lista coverów

Blade Sitter

Rozumiem rozdrażnienie Jasia Fasoli. Mnie również od dawna irytują ludzie, którzy idąc wolno jakimś wąskim przejściem uniemożliwiają mi, choćby na kilka sekund, energiczne poruszanie się. W przeciwieństwie do Jasia jestem wyrozumiały dla osób starych i zniedołężniałych, lecz cała reszta spowalniaczy budzi we mnie zniecierpliwienie i uruchamia zarazem psychologiczną ciekawość. Czy osoba przede mną nie ogarnia topografii okolicy? Nie zna pojęcia bottlenecku? Nie zdaje sobie sprawy, że ktoś za nią idzie? Sądzi, że temu komuś też się nie spieszy? Ma tego kogoś gdzieś? Szczerze powiedziawszy, wolę przedostatnie wyjaśnienie od ostatniego, bo lepiej chyba być lekceważonym przez oczywistego dupka niż dobrotliwie bagatelizowanym przez flegmatyka.

Czytaj dalej Blade Sitter

Przeczytane w 2014: Non-fiction

Za każdym razem, gdy przychodzi mi użyć niezgrabnie obcego wyrazu non-fiction, ubolewam, że język polski nie dorobił się zbiorczego określenia na literaturę nie będącą fikcją, dramatem ani poezją. Wspaniały zwrot „literatura faktu”, którego zazdroszczą nam nawet Anglosasi, został zagarnięty sto lat temu przez reportaż i gatunki ościenne. Jaką etykietkę przypiąć więc do wora z biografiami, podręcznikami, literaturą popularnonaukową i popularnohumanistyczną, książkami historycznymi, eseistyką, traktatami, dziennikami, poradnikami i wspomnianymi reportażami? Niemcy wychwalają swoją Sachlitteratur, Norwegowie posługują się sprytną wariacją sakprosa, Anglicy i Amerykanie mają rzeczowe non-fiction, a my tylko potworka o nazwie „niebeletrystyka”.

Najwyższa pora wylansować jakieś rozwiązanie. Przeciwieństwem płci pięknej jest płeć brzydka; może więc naprzeciw beletrystyki postawić leletrystykę?

Oto pięć wartych uwagi książek leletrystycznych przeczytanych przeze mnie w poprzednim roku.

Czytaj dalej Przeczytane w 2014: Non-fiction

Trzy lekcje zarządzania

Pierwszej lekcji chciał udzielić ci żul pod osiedlowym sklepem. Zagaił grzecznie per „panie kierowniku” i zabebłał o piątkę. Zmarnowałeś okazję, bo nie zapytałeś, co dokładnie ma na myśli. Czy widział w tobie kierownika typu lider, motywującego swój zespół przemyślanymi innowacjami? Czy też raczej potraktował cię jak menedżera, nie wierząc, że stać cię na coś więcej niż rutynowe administrowanie? Nie dowiesz się już nigdy.

Czytaj dalej Trzy lekcje zarządzania

Nowej notki na razie nie będzie (10)

1. Od półtorej dekady trwa złota era serialu. Epickie narracje niespodziewanie pokawałkowano na godzinne porcje i przeniesiono do telewizji. Wszyscy znamy z pierwszej ręki niektóre przejawy tego zjawiska – Rodzinę Soprano, Prawo ulicy, Breaking Bad, Grę o tron, House of Cards – i jesteśmy bardzo zadowoleni z takiego obrotu rzeczy.

Z drugiej strony seriale pozbawiły nas tylu wybitnych pełnometrażowych filmów! Nie obejrzymy nigdy bezkompromisowego, dwugodzinnego dramatu o nauczycielu chemii, który postanawia dorobić na produkcji i sprzedaży narkotyków, niszcząc mimowolnie własną rodzinę. Nie obejrzymy nigdy metafizycznego thrillera na miarę Siedem opowiadającego o dwójce detektywów tropiących seryjnego mordercę w Luizjanie. Ani przewrotnej sensacji o psychopatycznym pracowniku policji, który morduje morderców. Ani komediodramatu o ekscentrycznym lekarzu, który rozwiązuje zagadkę śmiercionośnej choroby niczym Sherlock Holmes zagadkę zbrodni. I tak dalej, i tak dalej. No bo czy Skazani na Shawshank, Czas apokalipsy Pulp Fiction byłyby lepszymi fabułami, gdyby poddać je dekompresji i przekształcić na seriale? Czytaj dalej Nowej notki na razie nie będzie (10)

Na Zachodzie bez zmian

Czy Pierwsza Wojna Światowa mogła ciągnąć się dłużej? Pewnie nie. Po czterech latach zmagań Stary Kontynent był wyczerpany gospodarczo i demograficznie. Przyłączenie się Stanów Zjednoczonych do „europejskiej wojny domowej” przesądziło o rychłym zwycięstwie Ententy. Wszelako błąka się po mojej głowie pomysł na opowiadanie rozgrywające się w cieniu podobnej wojny, lecz znacznie, znacznie dłuższej, trwającej kilkanaście, może kilkadziesiąt lat, której końca wciąż nie widać. Byłaby to również wojna krwawa i uprzemysłowiona, pozycyjna i konwencjonalna.

Oczywiście, stawiając sprawę realistycznie, tak zarysowane tło nie trzymałoby się kupy. W jakiej właściwie epoce ta fikcyjna wojna miałaby się toczyć? Dlaczego nie wynaleziono i nie użyto broni atomowej? Skąd płynie strumień rekrutów mielonych od razu na mięso armatnie? Dlaczego zaangażowane państwa nie załamały się jeszcze ekonomicznie? Od odpowiedzi na powyższe pytania musiałbym się wymigać jakimś na poły fantastycznym sztafażem, co akurat mi nie przeszkadza, bo wszystkie moje pomysły na opowiadania są w pewnym stopniu z fantastyką związane.

Czytaj dalej Na Zachodzie bez zmian

W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości

ohmss-01Aby zrozumieć wyjątkowość szóstego filmu o Jamesie Bondzie, zatytułowanego W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości, musimy pokrótce prześledzić ewolucję serii od jej zarania. Doktor No był kinem na poły sensacyjnym, na poły przygodowym. Nie wiedział jeszcze, w którą stronę chce pójść. Zdecydowaną decyzję podjęły Pozdrowienia z Rosji. Dostaliśmy rasowy thriller szpiegowski z epickim oddechem, ale twórcy, miast kontynuować tę ambitną formułę, postanowili wypróbować w sequelu kolejną opcję. I tak Goldfinger skręcił w kierunku efektownego kina akcji. Z finansowego punktu widzenia był to strzał w dziesiątkę. Operacja „Piorun” i Żyje się tylko dwa razy poszły więc za ciosem, niestety, z malejącym powodzeniem artystycznym.

W 1969 r. fanów Jamesa Bonda czekała prawdziwa wolta. Broccoli i Saltzman spróbowali gwałtownym szarpnięciem zahamować degenerację cyklu. Zlecili nakręcenie filmu wizualnie stonowanego i biorącego na serio psychologię postaci. Napisano scenariusz trzymający się wiernie powieściowego pierwowzoru, na stołku reżyserskim posadzono debiutanta Petera Hunta, a Seana Connery’ego zastąpiono nieznanym modelem Georgem Lazenbym. Ta ostatnia decyzja nie była akurat podyktowana chęcią zaprowadzenie nowego porządku. Connery po prostu odmówił udziału w kolejnej części przygód 007, uznawszy, że pięć mu wystarczy.

ohmss-czolowka

Tym sposobem powstało kontrowersyjne W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości, które osobiście uważam za najlepszą odsłonę cyklu. Nie tylko ja. Reżyser Steven Soderbergh stwierdził na przykład, że jest to jedyny Bond, „którego warto oglądać ponownie z powodów innych niż czysto rozrywkowe”. Połączenie melodramatu z malowniczą, sensacyjną intrygą pozwoliło przecież na pokazanie ludzkiego oblicza protagonisty. Zresztą, jak może nie imponować film o Bondzie, który zaczyna się od tego, że bogaty, sympatyczny gangster oferuje 007 milion funtów w złocie za matrymonialne okiełznanie swojej lekko niezrównoważonej córki? W tę rolę wcieliła się Diana Rigg, ociekająca seksapilem aktorka szekspirowska, która ostatnio gra Olennę Tyrell w Grze o tron.

ohmss-photo-01

Poniżej wymieniam siedem dalszych elementów czyniących z W tajnej służbie… znakomity film. Powiedzmy to od razu: nie ma wśród nich Lazenbyego. Nie odsądzam bynajmniej tego „jednorazowego” Bonda od czci i wiary. Uważam, że w następnych częściach zdążyłby się jeszcze wyrobić. Ba! sądzę, że pasuje do emocjonalnego W tajnej służbie… lepiej niż cyniczny Connery, który nie zagrałby równie dobrze strachu przy lodowisku ani rozpaczy w samochodzie w ostatniej scenie. Czysto fizycznie wolę kamienną szczękę Lazenbyego od klaunowatej fizjonomii Rogera Moore’a. Jednak biednego George’a dyskwalifikuje australijski rodowód. Bonda musi grać Brytyjczyk – choćby nawet miałby to być Szkot.

Czytaj dalej W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości