Ucieczka Michaela Corleone

Dwie pierwsze części Ojca chrzestnego, choć osadzają fabułę w minionej epoce, nie mają nic wspólnego z kinem historycznym – z jednym pamiętnym wyjątkiem. Michael Corleone oraz szef mafii żydowskiej Hyman Roth jadą w sequelu na Kubę, by podzielić między siebie tamtejsze wpływy. Jest grudzień 1958 r., Kubą od sześciu lat rządzi dyktator Fulgencio Batista. USA kontroluje za jego przyzwoleniem większą część kubańskiej gospodarki, a zorganizowana przestępczość czerpie grube zyski z hawańskiej rozpusty. Jednak Batista właśnie traci poparcie armii i potężnego sąsiada. Dyktator ucieka w Nowy Rok z wyspy, po władzę natychmiast sięga zaprawiony w boju partyzant Fidel Castro. Corleone i Roth czym prędzej pryskają widząc na własne oczy gwałtowny kres tłustej dekady.

Castro błyskawicznie znacjonalizował gospodarkę i nawiązał porozumienie ze Związkiem Radzieckim. Prezydent Eisenhower ograniczył w odpowiedzi import cukru z Kuby do USA, a dwa lata później Kennedy nałożył na Kubę całkowite embargo. Dopóki trwała Zimna Wojna, dopóty izolacja sowieckiego satelity była usprawiedliwiona. Jednak po upadku Związku Radzieckiego amerykańscy decydenci miast przystąpić do normalizacji stosunków z karaibskim sąsiadem, postawili sobie za honorowy cel zgnoić go ze szczętem. Nie wiem, co jest w tej historii ciekawsze – rozmaite środki ekonomicznej represji, po jakie sięgneły Stany Zjednoczone, czy raczej środkowy palec pokazywany konsekwentnie największej światowej potędze przez Fidela.

W 1992 r. amerykański Kongres, na mocy tzw. ustawy Torricelliego, ogłosił, że każdy zagraniczny statek, który ośmieli się przybić do kubańskiego wybrzeża, przez pół roku objęty będzie zakazem wpłynięcia na terytorium USA. Sankcjami postraszono też państwa skore do udzielenia Kubie pomocy finansowej. Każdy dolar przekazany Kubańczykom oznaczać miał jednego dolara mniej otrzymanego od Stanów Zjednoczonych. Kiedy w 1996 r. kubańskie myśliwce zestrzeliły dwa amerykańskie samoloty rozrzucające propagandowe ulotki nad wyspą, rozwścieczony Wujek Sam zemścił się ustawą Helmsa-Burtona. Na czarną listę Waszyngtonu trafiały odtąd niemal wszystkie zagraniczne przedsiębiorstwa handlujące z reżimem Castro. Producenci samochodów zainteresowani rynkiem amerykańskim musieli na przykład udowadniać Departamentowi Finansów, że ich pojazdy nie zawierają kubańskiego niklu. To nic, że Rada Europy, Unia Europejska, Wielka Brytania i Kanada potępiły nowe przepisy jako niezgodne z prawem międzynarodowym. Widocznie nie dostrzegli jego szlachetnego tytułu: Uchwała o Kubańskiej Wolności i Demokratycznej Solidarności (Libertad).

Nieco później administracja młodszego Busha postanowiła boleśnie nakłuć tkankę społeczną. Kubańskim emigrantom z amerykańskim obywatelstwem drastycznie ograniczono możliwość odwiedzania pozostawionych w ojczyźnie rodzin. Zabroniono też eksportu aparatury medycznej na wyspę. A gdy w 2006 r. trzynastoletni nieuleczalnie chory Kubańczyk wygrał aparat fotograficzny w międzynarodowym konkursie dla dzieci zorganizowanym przez ONZ, Nikon otrzymał od Białego Domu zakaz wysyłania urządzenia („bo amerykańska technologia”).

Sytuacja zmieniła się na lepsze wraz z dojściem do władzy Obamy. Trzy miesiące temu amerykański prezydent zapowiedział przywrócenie stosunków dyplomatycznych między USA i Kubą. Trwają rozmowy rządowych przedstawicieli, w międzyczasie wskrzeszany jest powoli handel. Oczywiście, Republikanie natychmiast oskarżyli Obamę o prowadzenie polityki miękkich kolana, a Mariusz Max Kolonko wysnuł hipotezę, że USA chcą przytulić do siebie Kubę zanim zrobi to Putinowska Rosja. Niewykluczone, że po prostu Waszyngton postanowił raz na zawsze uśmiercić kubański komunizm bronią ostatecznej zagłady, czyli neoliberalnym miotaczem kapitalizmu.

Bal sylwestrowy ’58/59 był początkiem końca machlojek Freda Corleone, który otrzymał podówczas od brata pocałunek śmierci. „Buziaki” rządu amerykańskiego przesyłane przez pół wieku Kubie okazały się dużo mniej skuteczne. Castrowie mogą sobie pogratulować. Ich era dobiega końca z przyczyn naturalnych, nie amerykańskich. Z pojedynku z gigantem wyszli zwycięsko.

____________________
Autorem wykorzystanego zdjęcia jest Artur Staszewski (CC). Fotografię wykonano w kubańskim kurorcie Varadero. Pisząc powyższą notkę korzystałem z artykułu Salima Lamrani z Le Monde Diplomatiqe.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Ucieczka Michaela Corleone

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s