Przeczytane w 2015: Fikcja

Pomruki burzy • Ten wspaniały dzień • Cała jaskrawość + Siekierezada • Starość aksolotla • Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy (tom pierwszy)

Pomruki burzy
(The Gathering Storm; 2009)

the_gathering_stormW 2015 r. przeczytałem zastraszająco mało beletrystyki i literatury pięknej – trzy razy mniej niż literatury faktu et consortes. Uparłszy się, by umieścić na poniższej liście pięć tytułów, musiałem wrzucić tu również „Pomruki burzy”, dwunasty (sic!) tom cyklu fantasy pt. „Koło Czasu”. Daje mi to okazję do złożenia krótkiej samokrytyki: Jest to tomiszcze, którego czytać nie powinienem, gdyż ilość stron przewyższa znacząco nie tylko ich jakość, lecz także prywatną przyjemność płynącą z lektury. M. S. się w tym momencie pewnie wzdrygnął, a A. S. pokręcił z zażenowaniem głową.

Skąd więc mój masochizm vel ewidentne marnowanie czasu? Cóż, przygodę z „Kołem Czasu” rozpocząłem jeszcze w liceum, a ponieważ cykl kończy się ostatecznie „już” na tomie czternastym, z uporem godnym lepszej sprawy chcę poznać tę historię do końca. Tym bardziej, że po przedwczesnej śmierci autora Roberta Jordana, trzy ostatnie tomy napisał Brandon Sanderson, pisarz obdarzony piórem zdecydowanie lżejszym. Byłem ciekaw, jak sobie poradził.

I rzeczywiście: „Pomruki burzy” są czytadłem przyzwoitym, ba, w gruncie rzeczy najlepszą częścią od tomu czwartego (sic!). Sanderson starannie pieli fabułę ze zbędnych intryżek i zbytecznych postaci, domykając zarazem niektóre z wątków głównych. Dobrze rozwiązuje problem szaleństwa protagonisty czyniąc go na powrót bohaterem, za którego chce się trzymać kciuki. Zainteresowanym szczegółami polecam recenzję z „Esensji”. Nie moją – ja sam napisałem dawno temu o pięciu pierwszych tomach dla „Inkluza”.

Czytaj dalej Przeczytane w 2015: Fikcja

Wielka rzesza magistrów

[W 2013 r.] Agata Bielik-Robson twierdziła, że Polska jest passé, bo nie da się jej pogodzić z nowoczesnością. A ponieważ trzeba wybierać między Polską i nowoczesnością, to ona wybiera nowoczesność. Wystarczyły jednak dwa lata, żeby nienowocześni wyznawcy polskich mitów i „sekta smoleńska” (…) wygrali wybory ze zwolennikami nowoczesności, dzięki lepszemu posługiwaniu się twitterem i facebookiem. (…)

Polacy o wykształceniu podstawowym i zawodowym okazali się silniejszym elementem społecznym niż cała wielka rzesza magistrów. Ci, którzy nie studiowali, nie mieli bowiem okazji zarazić się tak głęboko (…) modnymi sloganami nowej lewicy. Ponieważ ostoją tego typu myślenia po latach PRL-u pozostały uniwersytety i środowiska opiniotwórcze, wychowankowie tych środowisk i ich satelici przesiąkli fałszywą ideologią w znacznie większym stopniu niż tak zwani ludzie prości. Zaś życie i działanie według fałszywych idei, nawet jeśli początkowo przynosi profity, na dłuższą metę jest życiem w poznawczym i moralnym zagubieniu, co w sposób naturalny prowadzi do porażki.

Andrzej Waśko (10/2/2016)

Polskość, w której się odnajduję, to polskość, która mnie porywa. A porywa mnie nie sam opis tego, jak wygląda Polska, ale przede wszystkim wizja jej zmiany. Taka wizja nie ma racji bytu bez wymiaru moralnego i wyraźnego rozróżniania dobra od zła. Zupełnie nie rozumiem, o co chodzi w stwierdzeniu „Nie wolno dzielić Polaków” albo „Prezydent wszystkich Polaków”. Dzielmy się! Wykluczajmy! Kłóćmy się o to, kto jest lepszym Polakiem. (…) Od podziału, konfliktu nie ma ucieczki. Wykluczamy zawsze. Możemy jedynie udawać, że tego nie robimy, ale wtedy wykluczamy subtelniej, a przez to głębiej i skuteczniej. (…) Najbardziej dzielą nas ci, którzy mówią, że nie wolno nas dzielić.

Michał Łuczewski (22/5/2016)

— Wiele się dziś mówi o pogłębiających się podziałach politycznych w Polsce. Czym zatem różni się wyborca PO od wyborcy PiS-u? Pan powiedział mi kiedyś, że w Wałbrzychu, pana okręgu wyborczym, te różnice są niewielkie.

— Miałem na myśli status społeczny. Nauczyciel, bezrobotny, młodszy czy starszy może głosować zarówno na PO, jak i PiS. Nasi wyborcy różnią się za to podejściem do głównych zagrożeń dla Polski i wyzwań przed nią stojących. Badania pokazują, że różnią się także co do oceny własnej sytuacji – optymiści są i byli przy PO, a pesymiści przy PiS-ie.

— A zatem po ośmiu latach rządów PO przybyło nam pesymistów…

— To trochę bardziej skomplikowane.

Tomasz Siemoniak (rozm. Łukasz Pawłowski) (14/6/2016)

Kabel od internetu (13)

Gry. Wygrzebuję stary, ale jary tekst Pawła Schreibera o interaktywnej fikcji, czyli o tekstowych przygodówkach. Podgatunek zapomniany, ale, jak się okazuje, ciągle żywy. Schreiber ułożył apologię w formie FAQ-a, a potem przejrzał najciekawsze tytuły. Grałbym, ale nie mam czasu. Swoją drogą szkoda, że Jawne Sny, kiedyś prężny i bodajże najlepszy polski „multiblog” o grach, obecnie publikuje nie częściej niż raz w miesiącu. flaga_polska

Filozofia. Wielki katalog filozoficznych idei, porządnie ponumerowanych, uporządkowanych i powiązanych linkami. Na chwilę obecną jest ich tam przeszło 17 tysięcy. Nic tylko przeglądać… albo trzymać się z dala. flaga_uk

Muzyka. Wyszukiwarka zespołów muzycznych podobnych do wpisanego. Nader przyjemny interfejs z podsłuchem piosenek. Od Spotify.

Humor. To jedno z tych miejsc, gdzie kończy się Internet: Na YouTubie odnajdziemy dwugodzinny remake pierwszych Gwiezdnych Wojen zmontowany z krótkich klipów, w których amatorzy-fani z całego świata najprzeróżniejszymi technikami odtwarzają poszczególne sceny.

Turystyka. Kiedyś trzeba będzie pojechać do Rumuniiflaga_polska

Varia. Ludzie spisują na kartkach pocztowych swoje sekrety i publikują je za pośrednictwem tej strony. Ciekawe, czy ktoś to archiwizuje? Bo dwudziestopięciowieczni socjologowie bardzo chętnie położą łapki na zbiorze. flaga_uk

Grafika. Ogromny zbiór plakatów filmowych – oficjalnych, nie fanowskich – z których usunięto wszystek tekst.

Polityka. Dwa artykuły związane z wyborem Donalda Trumpa na prezydenta USA: przewidywania dotyczące przyszłości światowej polityki oraz klasowe podsumowanie wyborów. flaga_polska

 

Wojna biało-żółta pod flagą Pacyfiku

wojna_amerykansko-chinskaWszystkim osobom, które zastanawiają się, dokąd zmierza świat, gorąco polecam lekturę niedługiego artykułu Jacka Bartosiaka, który dzięki dopiero co wydanej książce (rzekomo znakomitej, tylko momentami przydługiej) stał się naczelnym rodzimym ekspertem od geopolityki. W powyższym zdaniu jest zero ironii. Nie używam bynajmniej słowa „ekspert” w prześmiewczym znaczeniu, choć oczywiście Bartosiak może się mylić. Cóż, takie już ryzyko osób próbujących przepowiadać przyszłość.

Przeczytawszy artykuł A więc wojna – prorokujący w oparciu o solidne podstawy rychły konflikt zbrojny między USA a Chinami – zastanowiły mnie trzy rzeczy:

1) Bartosiak wydaje się lekceważyć możliwość wymiany ciosów nuklearnych („ze względu na specyfikę konfrontacyjną nie ma szans na to, by konflikt przekształcił się w wojnę atomową”). Owszem, USA i Chiny nie zaczną od wystrzelenia balistycznych pocisków jądrowych. Ale z pewnością dysponują taktyczną bronią atomową o (relatywnie) małej sile rażenia, której któraś ze stron może użyć w podbramkowej sytuacji. Generałowie na pewno też będą skorzy przetestować nową zabawkę w warunkach polowych. I nie wiem jak Bartosiakowi, ale mnie pojęcie „taktyczna broń atomowa” kojarzy się jakoś ze słowem „eskalacja”.

2) Reakcja międzynarodowa również będzie faworyzować USA, za którymi stanie cały ASEAN, państwa regionu i NATO”. NATO – tak, z definicji, ale czy jesteśmy pewni, że np. europejska opinia publiczna poparłaby jednoznacznie Stany Zjednoczone? Widzę szereg wątpliwości. Raz, że Chiny nie zagrażają w żaden sposób interesom Europy, a przynajmniej nie interesom zwykłego Kowalskiego. Opinia publiczna ma zakodowane, że trzeba bać się ISIS-u i Korei Północnej, ale Chin…? Dwa, że w Europie narastają nastroje antyliberalne, które mogą obrócić się przeciwko Amerykanom. Wystarczy, że chiński PR dobrze rozegra to medialnie. Trzy, że po wojnie w Iraku ludzie przez pewien czas będą podejrzliwie patrzeć na wojenne zapędy USA, szczególnie, jeśli u steru siedzi Donald Trump.

3) Gdyby doszło do wojny amerykańsko-chińskiej na Pacyfiku – jak zachowa się Rosja?

Анна Каренина

Cierpiałem za miliony, a raczej przez miliony ― miliony czytelników z Dostojewskim, Nabokowem, Faulknerem i Iwaszkiewiczem na czele, którzy zgodnie okrzyknęli Annę Kareninę najwybitniejszą powieścią wszech czasów. A ja nudziłem się przy majstersztyku Tołstoja jak mops rosyjskiej księżnej. Przypuszczałem, że lektura zajmie mi dwa-trzy tygodnie; tymczasem walka z literacką materią trwała bite dwa miesiące. Z każdą kolejną częścią knigi było jak w piosence Daft Punku puszczonej od tyłu: tępiej, gorzej, wolniej, słabiej. Wiecie, że po samobójstwie Anny ta historia ciągnie się jeszcze bez celu przez pięćdziesiąt stron? Koszmar.

I niech nikt nawet nie ośmieli się stwierdzić, że w takim razie powinienem trzymać się z dala od klasycznych powieści XIX wieku, że nie dla mnie psychologiczno-społeczne fabuły rozpisane na setki stron. Bzdura! Nędzników uwielbiam, za Lalką przepadam. „Quelque chose ne va pas avec Anna”.

kramskoj-nieznajoma
Nieznajoma, portret Iwana Kramskoja z 1883 r. Czy Anna Karenina tak właśnie wyglądała?

Ale co? Fabuła w zarysie wydaje się przecież taka obiecująca. Obserwujemy rozpadające się małżeństwo Anny Kareniny, która nawiązuje płomienny romans z Wrońskim. Jednocześnie śledzimy związek Lewina i Kitty, którzy zakładają szczęśliwą ― najwyraźniej ― rodzinę. „Все счастливые семьи похожи друг на друга, каждая несчастливая семья несчастлива по-своему”. Wszyscy znają zdanie otwierające powieść, ale w błędzie są ci, którzy sądzą, że słowa o szczęściu i nieszczęściu dałoby się zamienić w nim miejscami bez uszczerbku dla aforyzmu. Chodzi wszak o to, że rodzina, by móc nazwać się szczęśliwą, musi spełnić wszystkie wymagane przez szczęście warunki, co zarazem upodobni ją do wszystkich innych szczęśliwych rodzin. Tymczasem każda nieszczęśliwa familia jest nieszczęśliwa po swojemu, gdyż każda cechuje się „swoim” niespełnionym warunkiem bądź ― jeszcze ciekawiej ― kombinację tychże.

Annę Kareninę należy zatem nazwać powieścią wyjątkową.

Czytaj dalej Анна Каренина

Obejrzane w 2015: Polskie

Siekierezada (1985)

siekierezada-plakatJuż, już chciałem bezczelnie oznajmić, że Siekierezada jest najlepszym polskim filmem powstałym w roku mego urodzenia, lecz w ostatniej chwili zapytałem sam siebie, ile ja właściwie polskich filmów z 1985 r. widziałem. Z przygnębieniem odkryłem, że poza Siekierezadą na razie żadnego, bo ani C.K. Dezerterów, ani Kochanków mojej mamy, ani Kronik wypadków miłosnych, ani Ga ga: Chwała bohaterom, ani Osobistego pamiętnika grzesznika. Ta litania tytułów ma w sobie coś z masochizmu, urwijmy ją więc czym prędzej przyjmując po prostu, że rok, w którym Gorbaczow przejął władzę w ZSRR, był świetnym rokiem dla polskiego kina (lepszym od 1984 i 1986, co każdy może w wolnej chwili potwierdzić samemu). A Siekierezada w pełni nadaje się na reprezentowanie go w poniższym zestawieniu.

Film mojego – a co tam, pochwalę się – wujka Witolda Leszczyńskiego stanowi ekranizację niegrubej książki pod tym samym tytułem. Wyszła spod pióra Edwarda Stachury, poety, który w pewnych kręgach cieszy się opinią kultowego, ale który nie jest mimo wszystko w naszej ojczyźnie powszechnie rozpoznawany. A szkoda, bo był postacią fascynującą w swej tragiczności, no i pięknie pisać potrafił.

Siekierezada-film stanowi ekranizacją tyleż wierną, co luźną. Pozorny paradoks bierze się stąd, że pierwowzór posiada niby zwartą fabułę – Janek Pradera, alter-ego pisarza, po rozstaniu z ukochaną wyjeżdżą w leśną głuszą, by podjąć się ciężkiej pracy przy wyrębie – lecz swą liryczną konstrukcją zachęca reżysera do interpretacji. Leszczyński nie daje się dwa razy prosić. Podąża za narracją Stachury, zręcznie tłumaczy poezję tekstu na poezję obrazu, ale i dodaje kilka smakowitych rzeczy od siebie.

siekierezada-kadr

Mimo to żałuję, że jego dzieło jest tak kameralne. Reżyser nie skorzystał z okazji, nie zaczerpnął z innych książek Stachury, nie nakręcił filmu biograficznego pełną gębą. Autor Całej jaskrawości na porządny „biopik” zasługuje i miejmy nadzieję – a piszę to kilka tygodni po premierze filmu o Beksińskich – że kiedyś się go doczeka.

Tak czy owak, Siekierezadę gorąco polecam. Choćby dla dwóch scen: tej rozgrywającej się w barze, w której między innymi mowa o odrąbywaniu ręki podniesionej na kobietę, oraz tej, w której Daniel Olbrychski, alter-ego alter-ega, odpowiada nabrzmiałymi od znaczenia półsłówkami na wścibskie, dobroduszne pytania Franciszka Pieczki. Poza tym film jest bodajże najciekawszym w karierze Edwarda Żentary; odtwórca roli Stachury-Pradery też nieszczęśliwie zakończył swój żywot.

Czytaj dalej Obejrzane w 2015: Polskie

Eksperci z kurzego odbytu

chickenŚmiejemy się z rzymskich haruspicjentów, którzy „przewidywali” przyszłość grzebiąc w kurzych wnętrznościach. Drwimy ze starożytnych Babilończyków, którzy „prognozowali” wydarzenia polityczne przy pomocy tabel astrologicznych. Natrząsamy się ze starotestamentowych patriarchów, którzy o ważkich sprawach „dowiadywali się” w snach. Szydzimy z… No, z chińskich kleromantów praktykujących metodę Yijing może i nie szydzimy — przynajmniej od czasu, w którym metoda ta odegrała doniosłą rolę w pewnej kanonicznej powieści fantastycznonaukowej — ale nikt przy zdrowych, racjonalnych, nowoczesnych zmysłach nie sięgnąłby po nią, by na przykład zadecydować o sposobie ulokowania swoich oszczędności.

Czy potomność za kilkaset lat będzie naigrywała się z nas, dyskutujących z upodobaniem o przyszłości, życiu oraz społeczeństwie ustami zapraszanych do telewizji, wszystkowiedzących „ekspertów”?

Gdy dochodzi do sporu w skomplikowanej sprawie, media szukają informacji u osób, które zwykły określać mianem „ekspertów”. Rzecz w tym, że powyższy termin miesza ze sobą różne odmiany ekspertyzy oraz jej braku. „Ekspert od chorób zakaźnych” (…) ustępuje miejsca „ekspertowi od paleodiety”, po którym pojawia się „ekspert od sondaży politycznych”, a godzinną sesję w studiu kończy wizyta „eksperta od związków”.

Niektórzy z nich nie wiedzą nic o niczym.

Alan Jacobs (10/11/2016)

Pamiętam, że gdy byłem mały, słowo „ekspert” mnie fascynowało. Zawierało w sobie zawodową nieokreśloność idącą jednak w parze z ogromnym autorytetem. Wiedziałem, że lekarzem zostaje się po studiach medycznych, a prawnikiem po studiach prawniczych. Ale „ekspertem”? Ho ho, ten tytuł dostępny był tylko wybitnym jednostkom namaszczonym przez merytokrację.

Podrosłem i wiem już, że — w rzeczy samej — nieokreśloności w „eksperckich” wypowiedziach jest na kopy.

____________________
Autorem zdjęcia jest Michael.

Nie bój się Trumpa

Ponieważ niedawno przewidziałem zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, wypadałoby wyjaśnić teraz pokrótce, dlaczego jego prezydentury nie obawiam się nawet w połowie tak jak tzw. liberalni demokraci.

(„Tak zwani”, bo prawdziwy liberalny demokrata powinien afirmować wynik wyborów bez względu na to, czy odpowiada mu ich wynik. A jeżeli istotnie nie potrafi się z nim pogodzić, powinien bezzwłocznie zastanowić się ― i piszę to bez ironii ― nad zasadnością ustroju liberalnodemokratycznego.)

Donald TrumpPrzede wszystkim: Wybór między Clintonową a Trumpem był wyborem między dżumą a cholerą. Jasne, dałoby się wymienić szereg powodów, dla których nowojorski budowlaniec nie powinien był zostać 45. prezydentem największego mocarstwa na świecie. Jednak nie negują one wcale złego świadectwa, jakie możemy też wystawić byłej Pierwszej Damie i żonie niedoszłego Pierwszego Dżentelmena. Ocen z owego świadectwa nie ma sensu tu nawet przytaczać, gdyż jeśli ktoś wciąż ich nie zna, to znaczy, że interesował się sprawą wyborów bardzo emocjonalnie i nie do niego adresowana jest poniższa notka.

Dość rzec, że znakomita większość argumentów przemawiających za Clintonową polegała na straszeniu Trumpem. O ile gros wyborców Donalda Johna faktycznie uwierzył w jego kandydaturę, o tyle zwolennicy Clintonowej udzielili jej poparcia kierując się zasadą mniejszego zła. A wybór między większym a mniejszym złem jest jednak wyborem bardzo trudnym. Łatwo o pomyłkę.

Jak wyglądałyby Stany Zjednoczone i świat za prezydentury Clintonowej nigdy się już nie dowiemy ― no, chyba że elektorzy wywiną jeszcze bezprecedensowy, ale hipotetycznie możliwy numer ― lecz dowiemy się przynajmniej, co osiągnie i co zawali Trump. Pamiętajmy, że oczekiwania często rozmijają się z rzeczywistością, szczególnie w polityce. Za przykład niech posłuży Obama, który osiem lat temu obiecywał wielkie zmiany, społeczną bonanzę i bezczelność nadziei ― pamiętacie ten medialny szał? ― a którego prezydenturę podsumowuje się teraz krytycznie. Jego polityka zagraniczna przyczyniła się na przykład do powstania Państwa Islamskiego. Może Trumpowi pójdzie lepiej?

Sarkastyczna odpowiedź na powyższe retoryczne pytanie wspomni o wojnie, jaka miałoby rzekomo wybuchnąć za prezydentury brutalnego (w jednej wersji) lub głupiego (w innej) Donalda Johna. Tak, ja też uważam, że tamta pseudoprorocza powieść Kinga była fajna, jednakże łączenie casus belli bezpośrednio z osobą Trumpa uważam za chybione ― z rozlicznych powodów. Jeśli chodzi o Chiny, to do konfliktu w tamtym rejonie dojdzie z powodów gospodarczych i politycznych, nie w wyniku nieudolnej dyplomacji. Jeśli chodzi o domniemane oddanie Europy na pastwę Rosji, warto pamiętać, że Amerykanie jeszcze pod przywództwem Obamy nie kiwnęli palcem po aneksji Krymu. Nie ignorowałbym zarazem faktu, że żona Trumpa jest Słowenką, więc los Europy Środkowej może z przyczyn osobistych obchodzić go bardziej niż poprzednich prezydentów.

Po trzecie, do wybuchu najstraszniejszej wojny w dziejach Zachodu doszło za prezydentury Roosevelta. FDR kojarzony jest przede wszystkim z okresem 1939-1945, ale zamieszkał wszak w Białym Domu już w roku 1933, dokładnie tym samym, w którym Hitler przejął władzę w Niemczech. Ten przykład dobitnie ukazuje, że nawet zręczny, podziwiany przez potomność prezydent, czasami nie potrafi (nie chce?) powstrzymać wybuchu wielkiej wojny, ba, nie umie też przeciwdziałać prowadzącym ku niej siłom politycznym.

Po czwarte, w kwestii najpoważniejszej ― zagrożenia globalną wojną nuklearną ― jestem niepoprawnym czarnowidzem. Może zbyt wiele czasu spędziłem za młodu przy Falloutach, ale przypuszczam, że prędzej czy później dojdzie do katastrofy (byle nie totalnej, tj. byle liczonej w milionach, a nie miliardach istnień ludzkich). I to nie z powodu samobójczej nieustępliwości jakiegoś Trumpa albo Putina, ale przez zorzę polarną bądź zwolnienie chorobowe Stanisława Pietrowa. Historia bywa okrutna.

Wierzę natomiast, że ― w międzyczasie ― poczucie zagrożenia, jakie wzbudziła w liberalnej Europie elekcja Trumpa, wyrwie Stary Kontynent ze stagnacji. Że Unia, zorientowawszy się, iż nie może liczyć na pomoc militarną USA w tym samym stopniu co dawniej, zainwestuje w swoje zdolności obronne i skonsoliduje politykę zagraniczną. Że liberalni politycy, spłoszeni prawicowym trendem, przeniosą swoją uwagę z biurokracji na kulturę, a jednocześnie wiatru w skrzydła dostanie stronnictwo konserwatywne. Że lewica zrozumie w końcu, kto tak naprawdę głosuje na populistów pokroju Trumpa ― ludzie, którzy nie polubili się z globalizacją ― i zamiast odmieniać prawa gejów oraz lesbijek przez wszystkie przypadki zainteresuje się na powrót prawami pracowników.

Powstrzymać Trumpa było stosunkowo prosto. Sondaże pokazywały, że w konfrontacji z Trumpem większe szanse na zwycięstwo miał Bernie Sanders, kandydat ze wszech miar świetny. Establishment przeraził się jednak jego socjalistycznych poglądów. Lobbyści woleli hojnie sypnąć pieniędzmi na kampanię Clintonowej, licząc, że w razie czego będzie ich ułaskawiać za przekręty finansowe, choćby i w ostatnim dniu swojej kadencji.

Trump także jest bogaczem. Nie łudźmy się więc, że zdemontuje nierówności finansowe. Jeśli jednak Wall Street się kogoś tak panicznie boi, może warto udzielić mu kredytu zaufania?