500+

Nie będąc bynajmniej beneficjentem, popieram program 500+. Uważam go za odważne, mądre narzędzie polityki redystrybucyjnej, socjalnej oraz prorodzinnej. Nawet jeśli potomność miałaby ocenić kadencję PiS-u bardzo źle, to przynajmniej dzięki wprowadzeniu 500+ będzie można o rządach partii Kaczyńskiego powiedzieć coś dobrego. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z pewnych usterek programu, lecz dziurę w całym można znaleźć wszędzie, a już na pewno w dowolnej ustawie. Tutaj jednak funkcjonalne zalety zdecydowanie przewyższają administracyjne wady. Hipokryzję resentymentu „młodych, wykształconych” wobec programu krytykuje Piotr Wójcik w Nowym Obywatelu:

Gdy obserwujemy dyskusję o pierwszych efektach 500+, łatwo dostrzec ewidentne podwójne standardy reprezentowane przez intelektualistów z liberalnej strony polskiej debaty publicznej. Ludzie, którzy w stosunku do przybywającego z zewnątrz „innego” potrafią się zdobyć na bardzo daleko idącą wyrozumiałość, nawet jeśli ten „inny” jest wyraźnie tradycyjny, nie są już w stanie wykrzesać z siebie podobnej empatii w stosunku do „innego” z ich własnej wspólnoty. Zatem gdy mowa o uchodźcach z Syrii, wsparcie w postaci transferów pieniężnych, i to często większych niż „500+”, nie razi, ale jest oczywistym sposobem pomocy osobom w potrzebie.

Piotr Wójcik (12/7/2016)

Skąd jednak ów resentyment klasy (pseudo)średniej się bierze? Diagnozuje go socjologią Michał Kuź z Nowej Konfederacji1:

Kurlantzick pisze wręcz, że to, co nazywa „buntem klasy średniej”, jest jeszcze bardziej niebezpieczne dla demokracji niż sam populizm. Proces ten otwiera bowiem drogę do sytuacji, w której lepiej zarabiająca część społeczeństwa poprze nawet skrajny zamordyzm, w zamian za spokój, stabilność i zagwarantowanie swojego stanu posiadania. (…)

Tymczasem to, z czym mamy do czynienia w wielu młodych demokracjach, to raczej zmutowana klasa pseudośrednia. Są to, w największym skrócie, zamieszkujący duże ośrodki ludzie, w których polityczna i komercyjna agitacja rozbudziła aspiracje typowe dla starej zachodniej burżuazji, ale którym system gospodarczy nie dał realnych narzędzi do realizacji tych dążeń. Ich frustracja zaś została skierowana przeciwko obywatelom własnego kraju – tym, którzy chcą im rzekomo wyrwać posiadaną namiastkę dobrobytu i stabilności.

To stąd bez mała wulgarne uwagi, które słyszy się dziś w mediach społecznościowych od naszych zapracowanych „burżujów”, pod adresem odbiorców 500+ (…) że nad Bałtykiem ciągle natyka[ją] się na wczasujących „Kiepskich” (…) [albo] że matki wolą się zająć trojgiem swoich dzieci, niż za 1500 złotych miesięcznie zbierać truskawki albo smażyć frytki. Skąd ta klasowa pogarda i nienawiść? Cóż, warto przytoczyć myśl francuskiego socjologa Pierre’a Bourdieu, który twierdził, że klasa średnia (zwłaszcza niższa klasa średnia) jest najbardziej niepewna swojego statusu, stąd jej obsesyjna dystynkcja wobec dołów. Dziś ta grupa, a zwłaszcza jej młodsi przedstawiciele, coraz płynniej przechodzi zaś w tzw. prekariat, a więc grupę z definicji zagrożoną deklasacją, w związku z tym coraz bardziej nienawistną.

Michał Kuź (2/8/2016)

Natomiast krytyka programu zarzucająca osobom ubogim „rozrzutność” jest zupełnie oderwana od kulturowej rzeczywistości, o czym z lekką goryczą pisze Kamil Lipiński z Magazynu Kontakt:

Należy zatem położyć głowę pod topór rzeczywistości – faktycznie, pieniądze z „500 plus” nie pójdą na ciepłe rękawiczki dla dziewczynki z zapałkami albo sfinansowanie innowacyjnego technologicznego start-upa przez trzy samotne matki. Zanim jednak w imię rynkowo-filantropijnych baśniowych scenariuszy potępimy ten program i wielu jego beneficjentów, warto postarać się docenić olbrzymi potencjał przywrócenia godności wielu członkom polskiego społeczeństwa. Te same resztki godności, które odbiera im pogardliwy „edkizm” proponowany przez profesora Mikołejko. Biedni, podobnie jak bogaci, potrzebują gromadzić podstawowy kapitał kulturowy (prawo jazdy, wakacje, angielski, a nawet ju-jitsu), aby odnaleźć się jako pełnoprawni użytkownicy popkultury i członkowie współczesnego społeczeństwa, co może być równie ważne dla osiągnięcia zawodowej samodzielności jak ciepły posiłek i buty bez dziur – a czasem ważniejsze. (…)

Oczywiście: wakacje, wyremontowane mieszkanie, prawo jazdy czy kurs ju-jitsu nie zawszę muszą być „udanymi inwestycjami” wyciągającymi z biedy. Z pewnością jednak dadzą tę być może chamską i prostacką, ale potrzebną konsumencką godność, jaką daje choćby fasadowe uczestnictwo w stylu życia klasy średniej.

Kamil Lipiński (27/6/2016)


  1. Niby taki ze mnie konserwatysta, a co miesiąc namiętnie przeglądam dwa „nowe” czasopisma.

Reklamy

10 uwag do wpisu “500+

  1. Borysie, niewątpliwie łatwo jest przejść do porządku dziennego nad „pewnymi usterkami programu” kiedy nie dotykają bezpośrednio. Owe „administracyjne wady” to w rzeczywistości bezczelna niesprawiedliwość, wynikająca choćby z faktu pominięcia jedynaków. Posunięcie wygodne, bo eliminujące duuużą część dzieciaków-beneficjentów (jaka ulga dla budżetu). Jednak krew się gotuje, kiedy się wie, jak wielu jest jedynaków, którym się nie przelewa (tj. rodzicom, ale umówmy się że chodzi o dzieci), a ilu lepiej sytuowanym dzieciom państwo dosypało do koszyczka tylko dlatego że mają rodzeństwo. Czym to jest, jak nie dzieleniem dzieci na lepszy i gorszy sort? Nie mówiąc o tym, jak odbierają same dzieci fakt, że jedne warte są dla państwa 500 zł, a inne nie?

  2. A ja mam mieszane uczucia co do tego programu… Z jednej strony spoko, bo przecież utrzymanie dzieci kosztuje a z drugiej wolałabym chyba mimo wszystko, żebyśmy wspierali dając wędkę a nie rybę.

  3. Bardzo, bardzo, bardzo dobry wpis. Fajnie wynalazłeś cytaty w większości odpowiadające na tę pseudomerytoryczną krytykę. Szczególnie mi się podoba krytyka obłudy, że jak to „bidoki mogo tera pojechać nad Bałtyk”.

    Trochę a propos tego co Nata napisała: kraje Ameryki Południowej pokazały, ze dawanie wędki nie działa z trzech powodów:
    – wielu zapomniało jak jej używać i trzeba im zapewnić minimum, żeby sobie mogli przypomnieć (dziedziczenie biedy, bieda strukturalna, itd.)
    – bogaci mają kutry i do tego łowiące na wszelkie niedozwolone sposoby, więc czasem trudno się do ryby dorwać
    – tego ostatniego nic nie zmieni, tak bardzo w głowach wszelkich rządzących siedzi myślenie neoliberalne, które owszem prowadzi do wzrostu PKB, ale potem okazuje się, ze 90% tego wzrostu jest konsumowane przez najbogatsze 5% („Kapitał XXI w.” Piketty’ego itd.)

  4. 500+ to dobre posunięcie, ale stwierdzenie, że ma „pewne wady” to eufemizm. Po pierwsze, w obecnej postaci rozwala budżet. Taki program musi być policzony i mieć zapewnione finansowanie. Ten nie ma. Po drugie, taki program powinien obejmować wszystkich (brak kryterium dochodowego), a nie tylko wybranych (czyli od pierwszego dziecka). To powinno być ogólne rozwiązanie systemowe, a nie punktowe kupienie głosów – bo tym w rzeczywistości jest, mimo pewnych dobrych stron. Tylko żeby mieć systemowe rozwiązanie, trzeba faktycznie podnieść podatki najlepiej zarabiającym, podnieść kwotę wolną (a nie udawać, że się podniosło) i zadbać, żeby ci, co mają najgorzej, faktycznie mieli lepiej i poczuli różnicę, a dorzucili się do tego ci, co i tak nie poczują ubytku w portfelu. Nie w tym kraju, niestety.

  5. @Mateusz: Dobra metafora z kutrem! Zgadzamy się więc, że się zgadzamy.

    @Seji: Rozwala, rozwala, ale czy nie jest tak, że w każdym roku coś rozwala budżet, że wydatki przekraczają realne możliwości finansowe państwa, że dług publiczny rośnie? Mógłbyś zalinkować jakieś twarde budżetowe dane pokazujące, że te 23 miliardy na 500+ są przekroczeniem groźniejszym od innych (nie pytam ironicznie, chętnie przeczytam)? Co do drugiego Twojego kontrargumentu — też wolałbym wprowadzenie dochodu podstawowego, ale wydaje mi się, że obecne świadczenie jest krokiem we właściwym kierunku. Podniesienie podatków dla najbogatszych oraz podniesienie kwoty wolnej od podatku to inna sprawa, też pożądana.

  6. E tam, wystarczyłoby jeszcze mocniej uszczelinić VAT i na 500+ znajdzie się lekko ;)

  7. @Borys
    Dochód podstawowy to nieco inna bajka. Co do wyliczeń, to opieram się na razie na prognozach. W 2016 500+ miało kosztować 17 mld złotych.W tym roku deficyt planowo miał wynieść 55 mld zł. 1/3 deficytu to bardzo dużo.

    Natomiast co do budżetu i deficytu, to partia Razem miała symulację budżetu, który po wprowadzeniu proponowanych rozwiązań domykał się na zero, jeśli dobrze pamiętam. Niestety, nie mogę tego znaleźć, więc to żaden argument w dyskusji. ;) W każdym razie da się to wszystko zrobić, tylko trzeba myśleć i umieć matematykę w zakresie dodawania i odejmowania.

  8. Przede wszystkim 500+ to rażąca niesprawiedliwość wobec dzieciaków-jedynaków. Wyrzucono ich wszystkich za burtę, zarówno tych z rodzin zamożnych (dadzą sobie radę) jak i niezamożnych (ci mają gorzej – nie łapią się poniżej progu 1600 więc nie przysługuje im 500+, a takich rodzin jest RZESZA). Jednocześnie świadczenie otrzymały rodziny zamożne – jeśli tylko mają 2 lub więcej dzieciaków. Mam koleżankę, która zarabia na rękę 1615 zł. Jest samotną matką, ma syna. I gówno dostała. Inny znajomy czesze 7 tysi w robocie i się cieszy: no, samochód Duda spłacił, pora na trzecie dziecko i działkę. Nie mam mu za złe, bo kiedy dają to brać, każdy głupi to wie. Ale czy to jest Twoim zdaniem w porządku?
    Już nawet nie wspominam o tym, że dzieci wiedzą o tym systemie i nie macie pojęcia jak odbija się on na relacjach społecznych, konkretnie – jak poniżono jedynaków. Te dzieci dla państwa nie są nic warte – taki jest przekaz.

    Borys: Dwa podobne do siebie komentarze Michała wzięły się stąd, że filtr antyspamowy przetrzymał pierwszy z nich, a ja zauważyłem to dopiero po ponad tygodniu.

  9. @Michał: Z grubsza rzecz ujmując się z Tobą zgadzam. Byłoby lepiej, i z przyczyn socjologicznych, i psychologicznych, żeby świadczenie przysługiwało od pierwszego dziecka. Ale czy to znaczy, że należy wylewać, nomen omen, dziecko z kąpielą?

    Jeżeli istnieje rzesza rodzin z jedynakami będących w trudnej sytuacji ekonomicznej, to musiała przecież istnieć podwójna albo nawet potrójna rzesza rodzin wielodzietnych, które przed wprowadzeniem 500+ też z mozołem wiązały koniec z końcem. To chyba nie jest tak, że 500+ wyeliminował jakieś inne świadczenia i że rodziny wielodzietnie wzbogaciły się kosztem rodzin jednodzietnych?

    Z kolei idąc tropem „jedynacy zostali poniżeni”, to analogicznie można by powiedzieć, że wcześniej poniżane były rodziny wielodzietnie (bo przecież wielodzietność łączyła się nierzadko w społecznej wyobraźni z patologią).

    Zdziwię Cię pewnie, ale fakt, że zamożni rodzice również na 500+ się łapią, nie razi za bardzo mojego poczucia sprawiedliwości społecznej. Po pierwsze, taki kwantyfikator jest w zgodzie z ideą dochodu podstawowego, której jestem (ostrożnym) zwolennikiem. Po drugie, wprowadzanie obostrzeń dochodowych dotyczących tego, kto na 500+ się łapie, a kto nie, kosztuje, bo trzeba je obsłużyć administracyjnie.

    Natomiast „absolutność” progu 1600 zł jest oczywiście bez sensu. Wszystkie progi powinny być elastyczne i pozwalać na odliczanie różnicy od świadczenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s