Obejrzane w 2016: Najlepsze, cz. 1

rope 2

10. Sznur
(Rope; 1948)

Hitchcockowy kanon. Dwóch snobistycznych dupków morduje kolegę, ukrywa zwłoki w skrzyni, przykrywa ją obrusem i urządza kolację, na którą przychodzą między innymi ojciec i narzeczona denata, zastanawiający się na głos, co też mogło tak opóźnić przybycie Davida…

Alfred Hitchcock nakręcił Sznur, swój pierwszy technikolorowy film, w dziesięciu długich ujęciach. Większość z nich została sprytnie sklejona, tak, że liczba cięć wydaje się mniejsza niż dziewięć. Efekt: Formalny majstersztyk z imponującą cykloramą w tle (Hitchcock zalicza kameo przebrany za czerwony neon!). Ale: W Sznurze jest dużo gadania i mało akcji. To w zasadzie teatr telewizji. Niektórych zniecierpliwi.

rope

9. Korczak
(1990)

Wajda o Holokauście. Jedna z najwybitniejszych kreacji Wojciecha Pszoniaka, który zagrał Henryka Goldszmita vel Janusza Korczaka, bohaterskiego polskiego pedagoga, który pojechał ze swoimi wychowankami na śmierć do Treblinki, chociaż sam śmierci mógł uniknąć.

korczak

8. Armia ciemności
(Army of Darkness; 1992)

Horror? Komedia? Fantasy? Średniowieczny wygrzew! Wielka szkoda, że nie nakręcili czwartej, postapokaliptycznej części.

army of darkness

7. Pewnego razu na Dzikim Zachodzie
(Once Upon a Time in the West; 1968)

Western bez wątpienia genialny pod względem aktorskim (Charles Bronson w roli pozytywnej, Henry Fonda w roli negatywnej, Claudia Cardinale w roli kociaka), zdjęciowym, muzycznym (opus magnum Ennia Morricone) i dźwiękowym (w pierwszej scenie „muzykę” grają wyłącznie odgłosy otoczenia). Jednak fabuła mogłaby być bardziej zwarta. W środkowej partii dzieje się coś niedobrego z montażem. Dochodzi do nieprzemyślanych przeskoków, które konfundują widza. No, w każdym razie mnie skonfundowały, ale oglądałem PRnDZ w chorobie, więc to może dlatego.

Tak czy owak: Niewątpliwy klasyk do wielokrotnego oglądania.

once upon a time in the west

6. Wielki błękit
(Le Grand Bleu; 1988)

Pierwszy wielki film Luca Bessona (szkoda, że były tylko cztery, bo Besson skończył się przecież na Piątym elemencie). Francuski reżyser rozpoczął przekornie: Wielki błękit otwierają dostojne ujęcia oceanicznego przestworu… w czarno-białej tonacji, choć napisy rzeczywiście mają kolor niebieski i proszą, żeby nie regulować odbiorników. Na tytułowy wielki błękit będziemy musieli chwilę zaczekać. Chwilę — a raczej dwadzieścia lat, gdyż Jacquesa Mayola i Enza Molinariego, mistrzów swobodnego nurkowania, poznajemy w wieku chłopięcym, natomiast zasadnicza część filmu rozpoczyna się, gdy są już dorośli. Wielki błękit to historia ich przyjaźni i współzawodnictwa, historia może nie w pełni dopracowana scenariuszowa, ale wzruszająca i odrobinę magiczna.

Uwaga. Film posiada dwa zakończenia. Unikajcie jak ognia tego amerykańskiego. Ręce opadają. Happy-end za wszelką cenę…

le grand bleu

Autor

Borys

Nauczyciel z Oslo. Bloguję na https://blogrys.wordpress.com

Jeden komentarz na temat “Obejrzane w 2016: Najlepsze, cz. 1”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s