Filmorys (21)

black_pearl

W dzisiejszym Filmorysie aż trzy filmy otrzymały najwyższą możliwą ocenę. Haczyk? Dwa z nich już kiedyś widziałem. Nie ma to jak w pełni satysfakcjonująca powtórka! Mam zresztą taki cichy zamiar: Po skończeniu pięćdziesiątego, ewentualnie sześćdziesiątego roku życia, będę z premedytacją oglądać (prawie) wyłącznie filmy mi znane, „sprzed lat”, takie, o których będę wiedział, że są znakomite. Sentyment połączy się na zawsze z jakością.

Oczywiście, różnie to bywa. Gusta się zmieniają. Niekiedy powtórne seanse rozczarowują. Od takiego przypadku dzisiaj zaczniemy. Zaś na samym końcu znajdziecie omówienie wyjątkowego gniota.

Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły
(Pirates of the Caribbean: The Curse of the Black Pearl; 2003)

pirates_of_the_caribbean-curse_of_the_black_pearlWidziałem ten film po raz pierwszy wiele lat temu w studenckiej świetlicy puszczony z rzutnika. Nie spodziewałem się za wiele. Był to bowiem ten etap mojego życia, w którym szybko wyrastałem z głośnych blockbusterów. PzK jednak okropnie mi się spodobali. Lepszego przygodowego widowiska w tamtych okresie nie widziałem. Dopiero następne części przyniosły rozczarowanie.

Po latach z ufnością wytresowanej małpki włożyłem DVD z „jedynką” do czytnika licząc na powtórkę z przefajnej rozrywki. Zawiodłem się niczym Czarny Joey, który oczekiwał gubernatorskiej łaski, a został szybko powieszony.

PzK okazały się przydługim blockbusterem, który mimo barwnego sztafażu mniej więcej w połowie zaczyna męczyć kręceniem się bohaterów w kółko. Lecz skąd ta gwałtowna „redukcja gustu”? Czy zadziałało prawo małego ekranu? Czy Johnny Depp rozczarował nas w międzyczasie podobnymi kreacjami? Czy Orlando Bloom nie spełnił pokładanych w nim nadziei? Czy Keira Knightley utraciła seksapil? A może… to jakaś klątwa?

★★★☆☆

Piłat i inni
(Pilatus und andere; 1972)

pilat_i_inniWajda jeszcze dość wczesny (bo tuż sprzed „Ziemi obiecanej”), ale już trochę późny (bo po „Popiołach” i „Bramach raju”); jedyny film w jego karierze, w którym odpowiadał za reżyserię, scenariusz, scenografię i kostiumy, a na dodatek zaliczył anonimowe cameo w prologu. A więc Wajda totalny? Nie, ponieważ mistrza ograniczała fabuła… poniekąd.

„Piłat i inni” to adaptacja jerozolimskiego wątku „Mistrza i Małgorzaty” o ostro zarysowanej strukturze tryptyku Piłat-Mateusz-Juda. I teraz niespodzianka: A. W. poszedł w awangardę, wymieszał epokę ze współczesnością. Piłat (groźny Jan Kreczmar) sądzi Jeszuę-hipisa (Pszoniak) na ruinach norymberskiej areny. Mateusz (Olbrychski) rozpacza obok wysypiska śmieci, gdzie krzyżują mu Chrystusa. Afraniusz (Andrzej Łapicki) w płaszczu i przeciwsłonecznych okularach agenta Stasi tropi Judę (Zelnik) w enerdowskim mieście. W finale zaś Lewita zabiera się za pisanie Ewangelii siedząc na… to trzeba zobaczyć samemu.

Miszmasz brawurowy, lecz zaskakująco udany.

★★★★☆

Cztery lwy
(Four Lions; 2010)

four_lionsDość rzadki (i przykry dla widza oraz krytyka) przypadek filmu inteligentnego, burzącego ściany między gatunkami, pogrywającego z oczekiwaniami, który niestety popełnia najgorszy z kinematograficznych grzechów – w ostatecznym rozrachunku wypada blado.

Grupa Brytyjczyków o, eufemistycznie ujmując, niekoniecznie brytyjskich korzeniach, kierowana przez Pakistańczyka Omara i konwertytę Barry’ego „Azzama Al-Britaniego”, przygotowuje się do przeprowadzenia samobójczego ataku na terenie Wielkiej Brytanii. Thriller? No nie, bo wszyscy z wyjątkiem Omara są przygłupami. Czyli komedia? Też nie, bo zasadnicza część „Czterech lwów” to komentarz do terroryzmu o gorzkiej, wręcz ponurej wymowie. A więc dramat? Nie, ponieważ struktura nie jest dostatecznie zwarta… I tak w koło Ahmedzie. Trzeba chyba sięgnąć po pojęcia rzadko występujące we współczesnym kinie: satyra, farsa, tragikomedia (nie komediodramat!).

Przez siedem lat „Lwy” nie straciły na aktualności. Tym większa szkoda, że zabrakło im werwy.

★★★☆☆

four_lions-kadr

Filadelfia
(Philadelphia; 1993)

philadelphiaPrzerzucać się tytułami świetnych filmów z lat 90. można i przez pół dnia. Jednakże lista filmów ważnych, podejmujących kluczowe społeczno-historyczne tematy i będących zarazem komercyjną rozrywką na najwyższym poziomie, jest o wiele krótsza. Na myśl przychodzi mi ich tylko sześć: „JFK” (amerykańska polityka), „Chłopaki z sąsiedztwa” (afro-amerykańskie getta), „Lista Schindlera” (Holokaust), „Waleczne Serce” (pozytywny nacjonalizm), „Podziemny krąg” (anarchistyczne ciągoty). Oraz „Filadelfia”, obok „Dwunastu gniewnych ludzi” i „Zabić drozda” najlepszy hollywoodzki dramat sądowy w historii.

Czarnoskóry, homofobiczny prawnik reprezentuje innego prawnika, którego wywaliła z pracy wielka firma adwokacka zarządzana przez Białych Starych Mężczyzn. Becketta zwolniono rzekomo za niekompetencję, lecz tak naprawdę za homoseksualizm i AIDS.

Wyśmienite role Denzela Washingtona i Toma Hanksa wsparte szlagierem Bruce’a Springsteena. Trzyminutowa czołówka to też piękny hołd złożony tytułowemu miastu.

★★★★★

Żółty szalik
(2000)

„Tour de force” Janusza Gajosa (czyżby najwybitniejsza rola w karierze?), a także ostatnia znakomita produkcja Janusza Morgensterna („Stawka większa niż życie”, „Polskie drogi”).

Przeddzień Wigilii. Zamożny dyrektor, którego imienia ani nazwiska nigdy nie poznajemy, wszedł właśnie w kolejny ciąg alkoholowy. W głębi duszy może i chce przestać pić, ale z alkoholizmem zmaga się od wielu lat i w gruncie rzeczy wszystko mu już jedno. Dorosły syn wstydzi się przed narzeczoną, była żona cieszy się, że to już nie jej problem, dwie inne kobiety obecne w życiu dyrektora są zupełnie bezradne.

Gajos namalował fascynujący portret psychologiczny wewnętrznie rozdygotanego alkoholika zachowującego ostatnie pozory normalności, który sympatyczny jest co najwyżej w czterdziestu procentach, lecz za którego mimo wszystko trzymamy kciuki tak jak trzymaliśmy je za Holoubka w „Pętli”. „Żółty szalik” kończy się lepiej… a może to scenarzysta Jerzy Pilch w ostatniej scenie po prostu okrutnie zaszydził z widza?

★★★★★

zolty_szalik

Brunet wieczorową porą
(1976)

brunet_wieczorowa_pora„Miś” to najbardziej kultowy z filmów Stanisława Barei, ale legendarny peerelowski prześmiewca ma wszak w swoim dorobku dwa inne wybitne dzieła. Moje ulubione „Nie ma róży bez ognia” jest najlepsze fabularnie, podczas gdy „Brunet wieczorową porą” góruje nad pozostałymi atmosferą.

„Ty go zabijesz. Nie chcesz, a zabijesz. Ukryj go. Nikomu nie mów. Nie dowie się nikt. Zakop. Nie dowie się nikt.” – tak właśnie brzmi najsłynniejsza cygańska przepowiednia w polskim kinie. „Bruneta…” bez wątpienia należy zaliczyć do komedii (kryminalnych), lecz nie ulega wątpliwości, iż Bareja, świadomie lub nie, w kilku kluczowych miejscach czerpie też z estetyki thrillera i horroru. W rezultacie dostajemy bareizm lekko alternatywny w zaczarowanym, zimowym sztafażu. Jeden z tych filmów, które mógłbym oglądać na okrągło i na wyrywki, czego nie powiem ani o „Misiu” (bo nie na okrągło), ani o „Nie ma róży…” (nie na wyrywki).

Halo, Kazik? Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem. W twarz?!

(Zabawna sprawa: „Brunet…” podoba mi się dziś jeszcze bardziej niż dziesięć lat temu. Ech, film jak wino…)

★★★★★

Zjednoczone stany miłości
(2016)

zjednoczone_stany_milosciZdobywca Srebrnego Niedźwiedzia za scenariusz na festiwalu Berlinale. Odtąd tamtejsze wyróżnienia muszę postrzegać jako brutalne przestrogi. Żenujący scenariusz epatujący golizną jest bowiem najsłabszym elementem tego kiepskiego filmidła.

Rok 1990, szara Polska tuż po transformacji (scenografię liczę na plus). Na jednym osiedlu żyją cztery nieszczęśliwe kobiety: nieszczęśliwa żona zakochana w księdzu, nieszczęśliwa dyrektorka szkoły zakochana w lekarzu, nieszczęśliwa, podstarzała lesbijka zakochana w atrakcyjnej, nieszczęśliwej sąsiadce. Za sprawą marnej ekspozycji ich losy prawie w ogóle nas nie obchodzą. Igła emocjomierza podskakuje tylko raz, w finale środkowej etuidy, a to za sprawą talentu aktorskiego Cieleckiej i Chyry. Ale nadzieja na uratowanie filmu okazuje się płonna, bo reżysera najbardziej interesuje wspinanie się na wyżyny nudyzmu.

Po skończonym seansie mamy ochotę zrobić to samo, co Marzena w finale – rozebrać do naga, zwymiotować do miski, położyć na podłodze, rozpłakać.

★☆☆☆☆

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s