La velocidad – Niebezpieczna prędkość

Ecuador_ingapirca_inca_ruins.jpgStojąc w korkach w zasmogowanym Quito wymyśliłem dwie gry drogowe; dwa motopasjanse do układania w głowie podczas mozolnego przedzierania się przez zatłoczoną stolicę Ekwadoru.

Pierwszy z nich nazwałem pico y placa od przepisów narzucających ograniczenia na ruch uliczny. Samochodom, których numer rejestracyjny kończy się na 1 lub 2, nie wolno jeździć po mieście w godzinach szczytu w poniedziałki. Cyfry 3 i 4 obowiązuje zakaz we wtorki, i tak dalej, aż do 9 i 0 w piątki. Sankcje za nieprzestrzeganie zasad są surowe. Jeżeli policja przyłapie nas na ich łamaniu, otrzymamy dwustudolarowy mandat, a niepokorne auto zostanie na dwie doby skonfiskowane. Za recydywę zaś powędrujemy na kilka dni do paki i przy odrobinie szczęścia Edward Miszczak przeprowadzi z nami wywiad.

Ale to w końcu Ameryka Łacińska. Nieutemperowani Latynosi nie zawsze przestrzegają wprowadzonych dla dobra społeczeństwa i powietrza reguł. Czasem przecież trzeba przedostać się z punktu A do punktu B, właśnie w godzinach szczytu, właśnie w „zły” dzień, właśnie samochodem. Gra w pico y plakę polega więc na tym, że w porze porannej lub popołudniowej obserwujemy uważnie samochody i przyznajemy sobie punkt za każdą wypatrzoną niedozwoloną rejestrację. A jeżeli sami również poruszamy się nielegalnie – punkty naliczane są podwójnie.

Drugą grę nazwałem inregistrado. Chodzi o to, że zaskakująco wiele samochodów jeździ w Ekwadorze bez tablic. Gdy zapytałem o to żonę, odparła zdziwiona moją rozterką, że „przecież są nowe”. Okazało się, iż zakupiwszy auto kierowca w tamtym kraju musi czekać ponad pół roku na dopełnienie procedur rejestracyjnych i odbiór blach. W międzyczasie niecierpliwi posiadacze nowych czterech kółek jeżdżą z kartką papieru z numerami wypisanymi flamastrem przyczepioną do tylnej szyby… albo nawet i bez kartki. Policja patrzy na motoryzacyjne incognito przez palce, choć beznamiętność stróżów prawa musi w poważny sposób zakłócać reżim pico y plaki.

Punktacja za inregistrado jak powyżej. Punkty się oczywiście kumulują.

Po przekroczeniu rogatek średnia prędkość poruszania się znacząco wzrasta. Korki znikają, zwartą zabudowę miejską zastępują zapierające dech w piersiach andyjskie krajobrazy opływające w soczystą zieleń. Żadne motopasjanse nie są już potrzebne. Jeśli jednak podróżujemy autokarem, warto zagrać we własnej głowie w inną grę pn. „modlitwa do Pana Boga o szczęśliwe dotarcie do celu”.

Podróżowanie autobusami dalekobieżnymi w Ekwadorze wiąże się bowiem z konkretnym ryzykiem. Średnio raz w miesiąca gdzieś w kraju dochodzi do poważnego wypadku. Co rozumiemy przez „poważny wypadek”? Zjechanie z drogi, stłuczkę, może nawet jakąś małą wywrotkę? Nie. Mowa tu o katastrofie drogowej z kilkoma-kilkunastoma ofiarami śmiertelnymi. O tragedii, w której przewracający się pojazd miażdży pasażerom siedzącym w środkowej sekcji autokaru wszystkie kończyny po kolei, albo o czołowym zderzeniu z cysterną benzyny, po którym wszyscy pasażerowie frontowej sekcji przez pięć minut płoną sobie grzecznie żywcem.

Na pewno pomyśleliście w tym momencie, że drogi w Ekwadorze muszą być fatalne. Ha, właśnie nie! Ekwadorczycy mogą pochwalić się całkiem niezłą infrastrukturą. Biegnącą z południa na północ nitkę Drogi Panamerykańskiej wybudowano jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych. W ciągu minionej dekady sieć drogową usprawnił i poszerzył socjalistyczny rząd prezydenta Rafaela Correi. Notabene, przez zbyt dobre autostrady zbankrutowała ekwadorska kolej, gdyż wszyscy przesiedli się z popękanych torów na świeżutki asfalt. Obecnie pociągi pasażerskie nie jeżdżą tam w ogóle, nie licząc kolejek turystycznych – pisałem o tym pod zdjęciami w innym wpisie.

Skąd więc te wszystkie wypadki? Ano, wskutek niskiej kultury drogowej ekwadorskich kierowców. Przy zmienianiu pasa używa się zazwyczaj klaksonu, nie kierunkowskazu. Wsiadanie za kółko po jednym-dwóch dużych piwach jest powszednie i akceptowalne.

Pewnego razu rozmawiałem przy piwie z kolegą żony z czasów studiów, szalenie sympatycznym, ogarniętym, o kilka lat młodszym ode mnie chłopakiem, który poruszał się po mieście klasycznym mercedesem-beczką odziedziczonym po ojcu. Opowiadał, że kilka tygodni temu wracał po kilku piwach z Quito do swojego podmiejskiego domu i nie zauważył w porę małego głazu, który obsunął się ze zbocza na drogę. Czas reakcji miał wydłużony, skończyło się koziołkowaniem.

Pytam: „Ale czy gdy policja wykryła, że jechałeś pod wpływem, nie miałeś nieprzyjemności?”. Spojrzał na mnie zdumiony. „Przecież nikogo nie potrąciłem!” Wyciągnął maczetę. „Sugerujesz, że zrobiłem coś złego, señorAlgo malo?!” Rozwścieczony wbił maczetę w drewniany stół. „Nie, nie…”, protestowałem słabo. Ale on już nie słuchał moich wyjaśnień. Wybiegł z baru i odjechał swoim wyklepanym W123 w siną dal.

Dobra, poniosła mnie narracyjna fantazja, chciałem pobawić się bezsensownym stereotypem. Niemniej, pierwsza część tej historyjki – do momentu wyciągnięcia maczety – jest całkowicie prawdziwa. Wypadkom drogowym sprzyja także regulacyjny tumiwisizm ustawodawcy. Na przykład w Ekwadorze nikt nie słyszał o pasach bezpieczeństwa w autokarach. O pomocy drogowej chyba też nie, co zilustruje kolejna anegdota, już w stu procentach rzetelna:

Gdy jechaliśmy do Ingapirki, ekwadorskiego Machu Picchu (zdjęcia poniżej), autokar z hukiem złapał gumę. Eksplodowała prawa tylna opona. Całe podwozie zaczęło z łoskotem obijać się o kadłub pojazdu, coś rytmicznie waliło w karoserię. Pasażerka, której nieszczęśliwie przypadło miejsce na wysokości uszkodzonego koła, zatelepała się jak nienormalna jakaś. Autokar utracił na sterowności, droga hamowania niebezpiecznie się wydłużyła.

Sądzę, że w takiej sytuacji w Europie kierowca bezzwłocznie zjechałby na pobocze i wezwał pomoc drogową. Panikarz. Nasz ekwadorski szofer mocniej nacisnął okulary przeciwsłoneczne na czubek nosa i niewzruszony jechał dalej z prędkością 50 km/h jeszcze ze dwadzieścia minut. Wreszcie dotarliśmy do przydrożnego warsztatu, w którym oponę wymieniono w ekspresowym tempie.

A propos okularów przeciwsłonecznych – nie wszyscy kierowcy mają je na stanie. Niektórzy po prostu zasłaniają oczy ręką. Serio.

W trakcie podróży autokarami zdarzają się przygody odmiennego typu, mniej niebezpieczne, zabawniejsze, chociaż zarazem i obrzydliwsze. Wracając z Parku Narodowego Cajas mieliśmy niefart siedzieć na samym końcu, obok kibelka. Jakiemuś kurduplowatemu pasażerowi zachciało się do toalety. Odprowadził go tam – nie wiedzieć czemu – asystent kierowcy, który czekał nań potem pod drzwiami. Kurdupel zamknął się tymczasem w środku na zasuwkę.

Mijają minuty. Potrzeba przedłuża się. Asystent spogląda zniecierpliwiony na sekundnik zegarka. Puka. W tym momencie tylną część autokaru ogarnia niesamowity, niewyobrażalny wręcz smród.

Asystent, skrzywiwszy jak wszyscy inni nos, szarpie z całej siły za klamkę. Zasuwka puszcza, drzwiczki otwierają się szeroko, widzimy kurdupla, który z podciągniętymi spodniami stoi nad sedesem i spogląda zażenowany na opus magnum. Naciska nerwowo spłuczkę, ale z rezerwuaru leci jedynie mizerna strużka wody. Z kibelka bucha na nas „świeża” fala potwornego smrodu.

Kurdupel otwiera usta, chce pewnie zapytać, jak zwiększyć strumień, ale asystent zaczyna na niego krzyczeć: „Señor! Nie widziałeś pan napisu na drzwiach?! ‚Solo urinario’. Tylko sikanie. Wyraźnie jest napisane.” Faktycznie, było napisane wyraźnie, wielkimi i nomen omen żółtymi literami, na które zwróciłem uwagę na długo przed incydentem. Asystent krzyczy dalej, rozwścieczony nie na żarty: „Coś pan narobił, señor?! Nawet kobiety nigdy mi czegoś takiego w trasie nie zrobiły!”.

O co chodziło z tymi kobietami, do końca nie wiem.

Kibel zapchany permanentnie, smród osiąga maksimum. Autokar zatrzymuje się obok przydrożnego baru. Kurdupla popędzono, żeby poszedł po wiadro wody i po sobie posprzątał. Toaleta jest na końcu autokaru, a jedyne wejście – na początku – tak więc nieszczęśnik musi kilka razy pokonywać całą długość pojazdu płonąc ze wstydu pod szyderczymi, złymi spojrzeniami pasażerów. Asystent zafundował winowajcy „caminatę de la vergüenza” jak się patrzy.

Siedzący przed nami pan niecierpliwi się, burczy pod nosem. „Ciągle coś nie tak z tymi autokarami. Kolejna historia. No, jedźmy już. Przecież już i tak nasrane”.

_MG_8523
Ekwadorska Cuenca (nie mylić z dużo mniejszą Cuencą w środkowej Hiszpanii) leży na południu kraju na wysokości 2500 m n.p.m. Ze względu na liczne zabytki epoki kolonialnej uważa się ją za najbardziej europejskie z ekwadorskich miast. Nazwa pochodzi od arabskiego słowa „kunka” oznaczającego fortecę, lecz najbardziej charakterystycznym gmachem Cuenki jest obecnie Nowa Katedra, którą ukończono dopiero w 1975 r., po blisku stu latach budowy. Jej piękne, biało-błękitne kopuły (kolor zawdzięczają materiałom przywiezionym z Czechosłowacji) są mniejsze niż początkowo planowano, bowiem architekt popełnił błąd w wyliczeniach. Gdyby zbudowano je zgodnie z pierwotnym planem, zawaliłyby się pod swoim ciężarem. Rzekomo architekt chciał wznieść „katedrę tak wielką jak wiara jego wioski”. Cóż, przesadził. Autorem zdjęcia jest Alex Prolmos (CC, Flickr). Wszystkie następne fotografie wyszły już z naszego obiektywu.
cuenca03
Strzelista fasada Kościoła Turi położonego na wzgórzu na południu Cuenki, z którego roztacza się wspaniały widok na miasto.
cuenca02
Czy wiecie, skąd wzięły się tzw. panamskie kapelusze? Z Panamy? Bynajmniej. „Panamskie” kapelusze, czyli kapelusze z włókien łyczkowca, paja toquilli, pochodzą z Ekwadoru. Swą nazwę zawdzięczają temu, że nosili je robotnicy kopiący Kanał Panamski. Gdy budowę odwiedził prezydent Theodore Roosevelt, nakrycie głowy bardzo mu się spodobało. Rozreklamował je w Stanach Zjednoczonych, jednak nie zwrócił najwyraźniej uwagi na jego rodowód. Największym producentem kapeluszy toquilla jest Cuenca. Na zdjęciu widzimy towar wystawiony w sklepie „Homer Ortega”, najbardziej ekskluzywnej marki.
cajas09
Przepraszam za niewielką ilość zdjęć z Cuenki. Przenosimy się prędko do El Cajas, trzeciego największego parku narodowego w Ekwadorze oddalonego od miasta o godzinę jazdy.  Nazwa pochodzi od kiczuańskiego słowa „cassa” oznaczającego „wejście do ośnieżonych gór” (za Wikipedią).
cajas05
Spędziliśmy tam cały dzień wędrując wokół Jeziora Toreadora.
cajas02
Zafascynowała mnie bujna, niskopienna, wysokogórska flora, która swoimi kolorami i kształtami nasuwała na myśl film science-fiction Tarkowskiego.
cajas01
Jej najbardziej charakterystyczną przedstawicielką jest zapewne Chuquiraga jussieu, „andyjski kwiat”. Nektarem żywią się giganciki, największe kolibry na świecie. W El Cajas natkniemy się też na Polylepsis zwane „papierowymi drzewami” ze względu na specyficzną fakturę liści. Nie jestem pewien, ale jakąś Polylepsis widać chyba po prawej stronie na zdjęciu powyżej.
cajas03
Dziwaczne kaktusy też tam rosną.

cajas04

cajas06
Prosimy nie regulować odbiorników. Połączenie równika z wysokimi górami daje „radioaktywnie” intensywną zieleń.
cajas07
W drodze na szczyt Cerro San Luis, Góry Św. Ludwika. Tutaj podejście nie jest jeszcze strome, chociaż ścieżka niknie już wśród skał i andyjskich traw. Potem zrobiło się hardkorowo. Nachylenie wzrosło do 30-40 stopni, pięliśmy się przez parę godzin na czworakach po ukośnych skarpach wśród groźnych urwisk.
cajas08
Na sam szczyt nie dotarliśmy, gdyż w pewnym momencie zrobiło się zbyt stromo, zbyt wietrznie i zbyt niebezpiecznie. Mozół wspinaczki został nam wynagrodzony widokiem południowoamerykańskiego kondora. Byliśmy wówczas tak wysoko, że ptaszysko przeleciało gdzieś hen pod nami. Nie zdołaliśmy go uwiecznić na zdjęciu, ale potem „baca” w schronisku powiedział, iż mieliśmy szczęścia, bo kondory widuje się rzadko. Są zagrożone wyginięciem, w Ekwadorze żyje ich niespełna sto.
ingapirca07
Po El Cajas przyszła pora na wycieczkę do Ingapirki, największych inkaskich ruin w Ekwadorze.
ingapirca04
W zasadzie nie inkaskich, lecz inkasko-kaniaryjskich. Przed przybyciem Inków tereny te zamieszkiwało plemię Hatun Cañar. Choć Inkowie byli liczniejsi, nie zdołali ich podbić i w końcu zdecydowali się na pokojową współegzystencję. Władca Inków poślubił kaniaryjską księżniczkę.
ingapirca03
Ośrodkiem religijnym Ingapirki była okrągła Świątynia Słońca.
ingapirca02
Archeologowie nie są zgodni, czym Ingapirca właściwie była. Prawdopodobnie pełniła kilka funkcji jednocześnie: fortu, spichlerza oraz węzła komunikacyjnego.
ingapirca06
Inkowie byli mistrzami budownictwa.
ingapirca05
Do perfekcji opanowali sztukę ociosywania kamieni, z których wznosili ściany. Osadzali je bez zaprawy na idealny styk. Nawet dzisiaj, pięćset lat później, nie dałoby się nigdzie wcisnąć ostrza noża.

ingapirca08

ingapirca10
Na drugim planie legendarna Cara del Inca, „Twarz Inki”, formacja skalna w kształcie podłużnej twarzy z krzakami-brwiami. Na planie pierwszym zdecydowanie ciekawsza Cara del Polaco, „Twarz Polaka”, w tanich okularach przeciwsłonecznych i z krzywo wyprasowanym dżinsowym kołnierzem.
ingapirca09
Patrzcie, jaka dziwna owca!
ingapirca11
Dwie „owce”.
ingapirca01
Kometa.

____________________
Autorką zdjęcia nagłówkowego jest Delphine Ménard (CC, Wikipedia).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s