Filmorys (24)

dunkirk-kadr

Dunkierka
(Dunkirk; 2017)

Nie wierzyłem w „Dunkierkę”.

dunkirk-posterRaz, że Christopher Nolan od dłuższego czasu obniżał loty. Obawiałem się, że brytyjski reżyser, pomimo mocnych pomysłów i znakomitego warsztatu, nigdy nie osiągnie poziomu bezbłędnego „Prestiżu”. Dwa, że dunkierski epizod wydawał się dość słabym materiałem na opowieść z czasów Drugiej Wojny Światowej. Wojska alianckie stłoczone na francuskiej plaży nie były wszak pod naporem niemieckiej ofensywy. Ot, ewakuowały się po prostu przez Kanał.

Nolan pamięta o faktach, nie nagina historii do swoich potrzeb. Rozwija trzy w zasadzie proste wątki – żołnierz błąkający się po plaży; płynący na odsiecz angielski kuter rybacki; „dogfight” – lecz realizuje je z ogromnym kunsztem audiowizualnym i splata w nieliniowy, diachroniczny sposób. Niewidoczni Niemcy nadają lądowym strzelaninom horrowego posmaku, tykająca muzyka Zimmera odmierza czas, we wspaniałej finałowej scenie Spitfire urasta do rangi symbolu niezachwiannej wojennej odwagi.

Nolan znowu leci wysoko nad chmurami.

★★★★★

Kot wśród gołębi
(Cat Among the Pigeons; 2008)

david_suchet-poirotW latach 1989-2013 Brytyjczycy zekranizowali wszystkie opowiadania i powieści Agathy Christie o Herkulesie Poirot. W każdym epizodzie w słynnego, ekscentrycznego belgijskiego detektywa z wąsikiem wcielił się kongenialny David Suchet.

Akcja „Kota wśród gołębi” toczy się w szkole dla dziewcząt z internatem. Poirot przyjeżdża na zaproszenie dyrektorki, żeby wygłosić mowę dla uczennic. W trakcie pobytu dochodzi oczywiście do zbrodni: wuefmenka zostaje w nocy przebita oszczepem na środku sali gimnastycznej.

Przesada? Dla mnie trochę tak, tym bardziej, że w oryginale morderca użył rewolweru. Dobra, usprawiedliwmy scenarzystów; przyjmijmy, że po kilkudziesięciu odcinkach trzeba było wymyślać bardziej wyszukane „modus operandi”. Jednak to, co wyprawia się w szkole Meadowbank, ludzkie pojęcie przechodzi (uwaga, spojlery): jedna nauczycielka zasadza się na drugą z pałą, 15-letnia uczennica okazuje się 20-letnią imitatorką, pracownik techniczny demaskuje się jako James Bond. Za dużo tego dobrego.

★★★☆☆

Złodziej w hotelu
(To Catch a Thief; 1955)

to_catch_a_thief-posterKto był pierwszym Jamesem Bondem? Prościzna, wszyscy wiedzą, że Sean Connery. A kto był Bondem kolejnym? Tutaj odrobinę trudniej. Niektórzy się zająkną i odpowiedzą, że Roger Moore, zapominając o jednostrzałowym, kontrowersyjnym Lazenbym. A kto był Jamesem Bondem przed Connerym? Yyyyy… O co chodzi?

Ano, proponuję eksperyment myślowy: Gdyby pierwszy film o przygodach 007 powstał na wiele lat przed premierą „Dra No”, kto najlepiej sprawdziłby się w latach 50. w tej roli? Po obejrzeniu „Złodzieja w hotelu”, eklektycznej kombinacji kryminału, kina sensacyjnego i romansu, nie mam wątpliwości, że doskonałym przedconnerowym Bondem byłby Cary Grant, osobnik tajemniczy, szarmancki, zwinny i gdy przychodzi co do czego, niebezpieczny.

„To Catch a Thief” (dlaczego nie przetłumaczono tytułu na wierniejsze i swojskie „Łapaj złodzieja”?) nie jest może pierwszorzędnym wśród filmów Hitchcocka, ale z pewnością niewiele mu brakuje. Oglądajmy zresztą dla Grace Kelly, która wygląda tu jak milion dolarów.

★★★★☆

Polowanie
(Jagten; 2012)

jagten-posterUznany duński dramat, którego scenarzyści zatrzymali się kilka kroków przed genialnością.

Lucas jest rozwodnikiem, pracuje jako wychowawca w przedszkolu na prowincji. Doskonale dogaduje się z dziećmi, a po robocie spotyka się z kumplami na popijawach. Pewnego razu sześcioletnia podopieczna oskarża go w nie do końca jasnych słowach o wykorzystywanie seksualne. Dyrektorka przedszkola wpada w panikę, niezwłocznie uruchamia wszystkie procedury. Lucas natychmiast traci pracę, do jego drzwi puka policja, wszyscy znajomi odwracają się od „zboka”…

„Polowanie” ogląda się znakomicie. Wielka w tym zasługa Madsa Mikkelsena w głównej roli oraz trzech świetnie nakręconych scen (postawa syna, walka o godność w supermarkecie, finałowa konfrontacja w kościele). Tylko dlaczego tak haniebnie niewiele tu niedopowiedzeń? Czemu nie żywimy jakichkolwiek podejrzeń co do Lucasa? Dlaczego nie zasugerowano, że w miasteczku rzeczywiście działo się coś niedobrego? I czy zakończenie nie powinno być brutalniejsze?

★★★★☆

Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową
(2000)

zycie_jako_smiertelna_choroba-posterBędę musiał kiedyś ułożyć listę grzechów głównych popełnianych przez kiepskie filmy. Kiczowatość, złamane tempo, logicznie spróchniały scenariusz… Przypuszczam, że najciekawsze okażą się wówczas dzieła, których reżyserzy z grzechami tylko igrają (świadomie bądź nie), lecz powstrzymują się w ostatniej chwili przed ich popełnieniem.

W tym ujęciu będę musiał rozpatrzyć dokładniej filmy Zanussiego, które są inteligentne i prawie przeintelektualizowane. Lecz „prawie” robi ogromną różnicę.

W „Życiu…”, jednym z najgłośniejszych utworów warszawskiego reżysera (z wykształcenia fizyka i filozofa), obserwujemy ostatnie miesiące życia doktora Berga, nieuleczalnie chorego na raka płuc. W gruncie rzeczy jest to refleksyjny snuj – dużo rozmyślań o umieraniu, niewiele akcji. Wystarczy wspomnieć drugą część „Dekalogu”, by uświadomić sobie, że Kieślowski wyciągnąłby z tego materiału dużo więcej. Niemniej o sukcesie „Życia…” przesądza fenomenalny Zapasiewicz oraz, cóż, oraz inteligencja Zanussiego.

★★★★☆

Playtime
(1967)

playtime-posterArcydzieło Jacquesa Tatiego, które niezwykle trudno docenić za pierwszym podejściem. Widz oczekuje bowiem staroświeckiej francuskiej komedyjki, a dostaje… no właśnie, co?

Krótki opis fabuły nie zapowie niczego nadzwyczajnego: pan Hulot błąka się po modernistycznym Paryżu próbując załatwić pewną sprawę, spotyka amerykańską turystkę i starych znajomych, doświadcza organizacyjnego chaosu w drogiej, nowo otwartej restauracji.

Czyli co, komedia omyłek? Oj, nie. Rzecz w tym, że u Tatiego równorzędnym bohaterem jest przestrzeń. Na potrzeby filmu wzniesiono ogromne dekoracje za kosmiczną wówczas sumę 17 milionów franków. Reżyser wyciska z nich siódme poty: pokazuje, jak urbanistyka wraz z architekturą wpływają na ruch oraz zachowania ludzi; splata kolorystykę z różnymi odmianami miejskiego nastroju; ironicznie komentuje bezduszną funkcjonalność domów ze szkłą i ze stali.

Film zdecydowanie nie dla wszystkich. Jeżeli oglądać, to przynajmniej dwa razy. A pomiędzy seansami poczytajcie coś o nim.

★★★★★

Milczenie owiec
(The Silence of the Lambs; 1991)

Ciężko rzec coś odkrywczego o filmie ze ścisłej czołówki thrillerów lat 90.; jednym z trzech dzieł w historii, które zgarnęły pięć najważniejszych Oskarów (najlepszy film, najlepsza reżyseria, najlepszy scenariusz, najlepsze role pierwszoplanowe). Wszyscy znamy Hannibala Lectera, postać doskonale szarą, której Dexter mógłby zmywać naczynia po kolacji.

Dopiero teraz zauważyłem, jak często reżyser Jonathan Demme robi statyczne zbliżenia na twarze podczas dialogów. Cięcia następują z każdą repliką. Przy kiepskich aktorach taki ryzykowny zabieg zdjęciowy pogrzebałby „Milczenie owiec” ze szczętem.

Jednak Hopkinsowi partnerują Foster, Glenn oraz przerażający Ted Levine w roli psychopaty. Autentyczne ekspresje ich „gadających głów” przez dwie godziny z łatwością utrzymują nasze zainteresowanie. Bez intensywnej gry twarzami film ogromnego sukcesu chyba by nie odniósł, gdyż jak na thriller dużo się tu gada, a stosunkowo mało dzieje. To Demme i aktorzy wycisnęli scenariusz do ostatniej kropelki.

★★★★★

the_silence_of_the_lambs-poster

Reklamy

2 myśli w temacie “Filmorys (24)

  1. Borys 09/12/2017 / 17:18

    Wow, nie miałem pojęcia!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s