Nowej notki na razie nie będzie (16)

nnnrnb

Czy raczej: „przez jakiś czas nie było”. Ale teraz już, jak widać, się pojawiła. Chociaż następnej przez jakiś czasu znowu może nie być. Nigdy nic nie wiadomo. Zobaczymy.

Bywalcy Blogrysa wiedzą, że zimą i wiosną pisałem nadzwyczaj często. Bodajże na przełomie stycznia i lutego zrobiło się też regularnie. Przez kilka miesięcy nowe notki pojawiały się w każdą środę i niedzielę. Systematyczność napędzał początkowo ich mały zapas. Jednak gdy się wyczerpał, zacząłem robić bokami i w połowie kwietnia odpadłem. Pomyślałem zresztą, że jeżeli odstawię blogowanie, to rozpędzę swój artykuł poświęcony historii amerykańskiego hip-hopu i zdołam napisać parę zaległych recenzji.

Nic takiego się nie zdarzyło.

Wskutek napadu wirtualnej próżności pogrzebałem pod maską blogu. Poprzedni layout wytrzymał długo, ale parę tygodni temu zabrałem się za przeglądanie WordPressowych „tematów” w poszukiwaniu lepszych rozwiązań. Przez dłuższą chwilę testowałem Piquego (ryzykując zazdrość Shakiry); na szczęście Sebastian, dopuszczony do beta-testów, w dyplomatyczny i eufemistyczny sposób uświadomił mi, że zrobiło się wieśniacko folkowo.

WordPressowa wyszukiwarka „skórek” nie przyszła mi bynajmniej w sukurs, ponieważ nie oferowała przejrzystego przeglądania swych zasobów pod kątem elementów stylu. W przypływie desperacji i bez większych nadziei na sukces wpisałem do niej wymyślone na poczekaniu słowa-klucze. Naraz natknąłem się na Plaina, który bardzo mi się spodobał – i został namaszczony.

Notabene, na górną belkę zawitało hasło Wpisy, pod którym kryje się spis najlepszych tekstów z historii Blogrysa oraz możliwość wylosowania dowolnej notki. Obie opcje pomyślane są przede wszystkim dla osób, które trafiły tutaj przypadkowo i chcą ogarnąć Blogrysowe treści.

Szczególnie dumny jestem z tej drugiej: zupełnie przypadkowo odkryłem, że wpisanie w przeglądarkę adresu WordPressowego blogu zakończonego pytajnikiem i słówkiem „random” zwraca losową notkę z tegoż blogu. Spróbowałem zweryfikować tę możliwość post factum pytając o nią Wujka. O dziwo, on nic o niej nie wiedział proponując w zamian przeróżne pluginy. Czyżbym odkrył niechcący Tajemnicę WordPressa?

macgyverOd kilku miesięcy chadzam na siłownię. Do treningu kondycyjnego dopinguje mnie stary znajomy. Otóż naprzeciwko maszyn biegowych wiszą sobie telewizory. W domu telewizji nie oglądam (od 11 lat!), więc dopiero pod dachem „Bare Trening” odkryłem, iż w każde sobotnie i niedzielne przedpołudnie norweski kanał TV2 emituje parę odcinków MacGyvera. A ponieważ w norweskiej telewizji zamiast lektora są napisy, zagraniczne produkcje da się oglądać bez dźwięku.

Nie spodziewałem się tego: MacGyvera „po latach” ogląda się super! Mam kilku równych mi wiekiem znajomych, którzy w dzieciństwie tak jak ja pasjonowali się przygodami najzdolniejszego pracownika (agenta?) Fundacji Feniks, jednak w wieku dorosłym stwierdzili, że „Mac” się zestarzał, że fabuły są w gruncie rzeczy kiepskie, a podstawowe założenie serialu – pomysłowość majsterkowicza w zastępstwie broni palnej – naiwne. Mnie natomiast siłownia pomogła stwierdzić, że w ogóle się z taką opinią nie zgadzam. MacGyver, owszem, siłą rzeczy stał się trochę „retro”, ale to nadal wyjątkowo udany serial przygodowo-sensacyjny z charyzmatycznym bohaterem i różnorodnymi historiami.

Dlaczego w fantastyce naukowej nie ma miejsca na geo- i kosmopolitykę, pyta Michael Lind? Dlaczego światy przyszłości okazują się albo liberalnodemokratycznymi „rządami światowymi”, albo międzyplanetarnymi federacjami, albo monolitycznymi globalnymi tyraniami, albo rozległymi krajobrazami postapokaliptycznymi wyzutymi z ośrodków politycznych? Dlaczego nigdy w tle (nie mówiąc o pierwszym planie) czytelnicy nie mogą obserwować zakrojonych na wielką skalę, między- i wewnątrzpaństwowych zmagań oraz konfliktów wynikających po części ze zróżnicowanych uwarunkowań, a po części z ekonomicznych, kulturowych i technicznych nierówności?

Jak przytomnie zauważa profesor Bent Meier Sørensen z Kopenhaskiej Szkoły Biznesu (chociaż nie ujął tego w aż tak mocnych słowach), Facebook zrobił kokosy na niszczeniu uniwersytetów. Ostoją i sercem uniwersyteckiej dydaktyki są wszak wykłady. Monologiczne, grupowe spotkania żaków z profesorem-mistrzem nie stanowią z pewnością bardzo efektywnego sposobu przekazywania wiedzy, ale humaniści są raczej zgodni co do tego, że właśnie podczas wykładów, a nie w trakcie samodzielnego wkuwania podręcznika, dokonuje się intelektualne formowanie młodych ludzi. Tymczasem ufejsbukowione laptopy i smartfony umożliwiają, ba, zachęcają do ucieczki w wirtualny świat lejków i szarów. Spora część społecznych treści, na których Facebook zarabia krocie, powstaje w salach wykładowych – na pohybel szkolnictwu wyższemu!

Parę dni temu obejrzałem sympatyczną peerelowską komedię sprzed prawie pięćdziesięciu lat. Bohaterowie Kłopotliwego gościa przecierali oczy ze zdumienia na widok ducha, który pojawił się w ich nowym mieszkaniu i bezczelnie kradł prąd. Ja zaś doznałem szoku już przy napisach początkowych. W raptem osiemdziesięciominutowym filmie wystąpili bowiem: Ludwiżanka, Pawlik, Krafftówna, Gołas, Siemion, Feldman, Englert, Benoit, Kociniak, Strasburger, Pieczka, Czechowicz, Kobuszewski, Opania, Hańcza, Kowalski, Dobrowolski i Zapasiewicz. W jednej komedii z 1971 r. wystąpiło więcej znakomitych aktorów (choć siłą rzeczy prawie wszyscy w rolach epizodycznych) niż obecnie liczy cała polska kinematografia.

klopotliwy_gosc-kadr

W dzieciństwie przeczytałem wielokrotnie Chłopców z Placu Broni Ferenca Molnára, węgierski bestseller dla młodzieży z 1907 r. będący zarazem dydaktyczną (a może subtelnie satyryczną?) alegorią patriotyzmu. Ostatnio rąbnęła mnie pewna myśl: przecież bohaterowie powieści po jej zakończeniu długo zapewne nie pożyli. Niespełna dziesięć lat później jako dwudziestokilkulatkowie powędrowali na fronty Pierwszej Wojny Światowej. Dawni wrogowie Janusz Boka i Feri Acz walczyli ramię w ramię z Rosjanami. I tak jak Nemeczek umarł za swoją „małą ojczyzną”, tak im przyszło przelać krew – na próżno! – za Austro-Węgry.

Pod koniec lipca spędzę kilka dni w Budapeszcie. Będę chciał iść na róg ulic Pawła i Marii, gdzie kiedyś stał Plac; będę chciał zrobić sobie zdjęcie z Chłopcami, starymi kolegami z dziecięcych lat. My kitu nie żuliśmy, ale swój Plac też mieliśmy.

chlopcy_z_placu_broni.jpg

W książce o prawie międzynarodowym wyczytałem, że dno pełnych mórz i oceanów zwie się Obszarem – nie Obszarem Jakimś Tam, ale po prostu Obszarem (ang. „Area”, fr. „Zone”) – zaś operacyjne (na razie jeszcze nieutworzone) ramię Międzynarodowej Administracji Dna Morskiego nosi miano Przedsięwzięcia (ang. „Enterprise”). Kto by przypuszczał, że w długich akapitach opisujących zawiłości prawa morskiego natknę się na określenia rodem z technothrillera.

Czytając z kolei książkę o tekstowych przygodówkach poznałem równie interesujące określenia dotyczące narracji: „diegetyczny” to „będący częścią świata przedstawionego” (np. Zbyszko z Bogdańca), „ekstradiegetyczny” to „wychodzący poza ramy świata przedstawionego” (np. księżna Anna Danuta), „hypodiegetyczny” to „świat przedstawiony wewnątrz świata przedstawionego” (np. fikcyjny bohater opowiada fikcyjną historię, por. „szkatułkowa konstrukcja”), natomiast „metalepsja” to przenikanie się różnych warstw opowieści (np. gdy wszystkowiedzący narrator wkracza w tok akcji i podejmuje dyskusje z bohaterami).

Okazuje się, że Juliusz Cezar prowadzący kampanię wojenną przeciwko Galom nie był bynajmniej szlachetnym triumfatorem. Legioniści nie przebierali w środkach pacyfikując podbijane tereny. Między innymi wycięli w pień dziesiątki tysięcy Nerwiów, zrównali z ziemią niepokorne miasto Atuatuci. Galia przed najazdem Rzymian liczyła cztery miliony mieszkańców; jeden milion zginął, drugi został wzięty w niewolę. Straty biologiczne ojczyzny Asteriksa i Obeliksa były więc większe niż Polski podczas Drugiej Wojny Światowej! Dla jednych victoria, dla drugich mors.

Timothy Snyder dokonuje oryginalnej analizy Putinowskiej Rosji zestawiając ze sobą pojęcia „polityki nieuniknioności” oraz „polityki wieczności”. Ta pierwsza – celują w niej państwa zachodnie – głosi, że „przyszłość dominuje nad teraźniejszością, prawa postępu zostały rozpoznane, nie ma alternatywnych opcji i nic w zasadzie nie da się zmienić. W amerykańskiej, kapitalistycznej wersji tej opowieści, natura przyniosła nam rynek, który doprowadził do demokracji, która obdarzyła nas szczęściem. W wersji europejskiej historia przyniosła naród, który nauczył się na wojnie, że pokój jest dobrem, wybrał zatem integrację i dostatek”. (Mowa tu o ideologicznych oczekiwaniach zachodnich polityków – które oczywiście niekiedy rozmijają się z faktami).

Tymczasem dla naznaczonej upadkiem radzieckiego kolosa Rosji punkt wyjścia jawi się zgoła odmiennie. Na Kremlu uprawia się „politykę wieczności”: „O ile nieuniknioność obiecuje wszystkim lepszą przyszłość, o tyle wieczność umieszcza jeden naród w samym środku cyklicznej opowieści o byciu ofiarą. Według nieuniknioności nikt nie ponosi odpowiedzialności, gdyż ludzie wiedzą, że wszystko samo się ułoży; według wieczności nikt nie ponosi odpowiedzialności, ponieważ ludzie wiedzą, że wróg i tak stanie u bram. Politycy wieczności wytwarzają kryzys i zarządzają wynikającą zeń emocją. W polityce zagranicznej umniejszają i stawiają na głowie osiągnięcia krajów, które mogłyby służyć za wzór do naśladowania dla ich własnych obywateli. Negują prawdę i usiłują zredukować życie do przepełnionego pasjami spektaklu”.

W styczniu zmarła w podeszłym wieku pierwsza dama literatury fantastycznej, Ursula K. Le Guin. W 2003 r. napisałem o niej obszerny artykuł dla Inkluza. Pamiętam, że gdy zbierałem wtedy materiały, zdziwiłem się – i ucieszyłem zarazem – że Le Guin wciąż jeszcze żyła. Autorka Czarnoksiężnika z Ziemiomorza okazała się osobą długowieczną. W chwili śmierci miała osiemdziesiąt osiem lat.

Marleen S. Barr zauważa, że najwybitniejsze pisarki s-f doświadczyły w młodości izolacji od zachodniej cywilizacji. Doris Lessing dorastała w dzisiejszym Zimbabwe, Alice Sheldon (znana jako James Tiptree, Jr.) wyjechała z rodziną do Środkowej Afryki, Margaret Atwood spędziła dzieciństwo w borach północnego Quebec, natomiast Le Guin bywała w kalifornijskiej głuszy, a jej rodzice parali się „najdzikszym” z zawodów, czyli antropologią.

ursula_k_le_guin.jpg

Internetowe algorytmy i schematy narzucane przez media społecznościowe w coraz większym stopniu wpływają na nasze życia i kształtują nasze osobowości. Urabiają nas, byśmy zachowywali się w przewidywalny, zautomatyzowany sposób. Filozof Evan Selinger i jurysta Brett Frischmann proponują odwrócony test Turing. Składałby się z serii pytań do zadawania ludziom w celu ustalenia, w jakim stopniu nadal są prawdziwymi ludźmi.

Pytania – to już moja inicjatywa – mogłyby na przykład brzmieć tak:

  • Są twoje urodziny. Dostałeś portfel z cielęcej skóry. Co robisz?
  • Dlaczego wywróciłeś tego żółwia na grzbiet?
  • Opisz pojedynczymi słowami wszystkie dobre rzeczy, które kojarzą ci się z twoją matką.

Gorąco polecam trzy artykuły.

Po pierwsze: Niedawno obchodziliśmy pięćdziesięciolecie Marca. Łukasz Bertram napisał wyśmienity tekst podsumowujący i syntetyzujący wszystkie wątki „dziadowskiego” zrywu antypeerelowskiego, na który wierchuszka PZPR-u odpowiedziała ostrym antysemityzmem. Rozmowa z profesorem Gawinem na łamach Teologii Politycznej stanowi jego (tekstu Bertrama, nie antysemityzmu) zręczne uzupełnienie. Po sąsiedzku kolega Gawina, Marek Cichocki, punktuje paradoks tamtych zdarzeń: „Gomułka represjami Marcowymi chciał wybić [opozycjonistom] politykę z głowę. Tymczasem dał im taką szkołę, która zahartowała ich w tej polityce na dziesięciolecia [i doprowadziła do Sierpnia ’80]”.

Po drugie: W Polsce produkuje się (to słowo tyleż wulgarne, co chyba trafnie oddające liczby) obłędne ilości reportaży książkowych. Samo Czarne wypuszcza ich rocznie bodajże kilkanaście. Dla porównania chciałem ustalić, ile reportaży wydaje się w Norwegii, ale nie wiedziałem nawet, co właściwie powinienem wpisać w wyszukiwarkę – norweskie słowo „reportasje”, choć denotuje wszystkie odmiany reportażu, konotuje głównie reportaże telewizyjne. Kamil Suskiewicz sugeruje, że rodzime „zachwyty nad tym gatunkiem nieco przysłaniają nam zagrożenia, jakie płyną z jego dominacji w dziedzinie literatury”. Reportaże zachęcają bowiem do gapienia się na cudze nieszczęścia; brakuje im antropologicznej uczciwości, gdyż rzadko próbują przeniknąć cudzy punkt widzenia; „przykrajają rzeczywistość na potrzeby oczekiwanego efektu”; promują specyficzny, oschły styl pisania „odcinając całe rejestry literatury”; a ich autorzy goniąc sensację bywają na bakier z dziennikarską etyką.

Po trzecie: Hubert Walczyński twierdzi, że „wyzwaniom przyszłości nie sprostamy, polegając na rozwiązaniach opartych na logice rynku”. By udowodnić swoją tezę, najpierw wprowadza frapującą typologię i dzieli innowacje ostatnich dekad na trzy grupy: nowinki techniczne pozostające bez szerszego zastosowania (np. drukarki 3D i Segwaye); wynalazki, które zmieniły świat, ale w inny sposób niż sądzono (np. Internet); oraz rozwiązania, które przekształciły strukturę społeczną (np. ekonomia współdzielenia pokroju Airbnb lub Ubera). Następnie argumentuje, iż „powszechny dobrobyt i pełne zaspokojenie ludzkich potrzeb stoją w fundamentalnej sprzeczności z logiką akumulacji kapitału”. Konkluzja: „Nie potrzebujemy innowatorów, kapitalistów ani nowych startupów – potrzebujemy polityków i polityczek, którzy potrafią wyobrazić sobie inny, lepszy system społeczny i rozumieją ograniczenia obecnego”.

Nareszcie ktoś wytłumaczył mi, dlaczego w Hollywoodzie panuje sequeloza. Otóż Fabryką Snów rządzą od jakichś dwudziestu lat specjaliści od marketingu. A specjaliści od marketingu, jak nazwa ich zawodu wskazuje, rozumują nie w kategoriach popkulturowych dzieł i tropów (tak jak dyrektorzy kreatywni), lecz w kategoriach, cóż, marek. Tytuł, który nie nawiązuje do wcześniejszych wysokobudżetowych produkcji (albo głośnych bestsellerów lub komiksów), nie jest marką. Marką jest ósma częścia Thora tudzież film o ludzikach Lego.

Na stacji metra kampusu uniwersyteckiego w Oslo wisi plakat reklamowy: „Statoilu nie obchodzą wyniki waszych egzaminów. Ale w Equinorze wszyscy trzymamy za Was kciuki!”. O co chodzi w tym kuriozum?

Statoil, najsłynniejsza, najbogatsza norweska spółka, gwarant norweskiego dobrobytu, zmieniła nazwę! Decyzja rady nadzorczej zaskoczyła nawet polityków, o zwyczajnych obywatelach nie wspominając. Statoil ogłosił (zamarkował?) tym sposobem światu, że nie będzie dłużej koncentrował swojej działalności wyłącznie na wydobyciu ropy naftowej. Odtąd zajmie się na serio także innymi źródłami energii (przede wszystkim odnawialnej).

Nawet jeżeli nie mamy do czynienia z pozoracją obliczoną na podbicie kursu akcji, to i tak zmiana nazwy wydaje się pomysłem co najmniej dziwnym. Raz, że „Statoil” to ugruntowana marka (może niedługo w Hollywood nakręcą film?!), a z ugruntowanych marek się nie rezygnuje. Coca-Cola jakoś nie zmieniła nazwy w latach osiemdziesiątych, gdy kolumbijska kokaina zasypała amerykańskie dyskoteki; IBM (International Business Machines) nie zmieniło nazwy po wyprodukowania peceta (Personal Computer). Dwa, że dzisiejszy Statoil bez ropy naftowej szybko by zbankrutował, więc nowy profil ociera się o hipokryzję. Trzy, że „Equinor” brzmi nieciekawie: nie kojarzy się ani z energią, ani z przemysłem, ani z technologią. Mnie osobiście przychodzą na myśl finanse, usługi konsultingowe albo wyścigi konne.

No ale nowe logo trzeba zapamiętać:

equinor

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Nowej notki na razie nie będzie (16)

  1. Cichy 31/05/2018 / 19:28

    Co do geopolityki w fantastyce, to trochę jej jest w trylogii marsjańskiej Robinsona – ale faktycznie, poza tym nic mi nie przychodzi do głowy. Zastanawiające.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s