Jak oceniać książki

ksiazki.jpg

Od kilkunastu lat recenzuję i oceniam książki. Co prawda moje spisane opinie rzadko konfrontują się polemicznie z cudzymi. Tkwię więc poniekąd w bańce samozadowolenia, lecz dokładam starań, by nie ferować poglądami nieuzasadnionymi, przesadnie krytycznymi. Od ponad ośmiu (!) lat przymierzam się nawet do notki poświęconej prawidłom recenzowania. Dzisiaj jednak uraczę Was czymś innym: własnym zdaniem na temat oceniania książek, rozumianego po prostu jako wystawianie przeczytanym tytułom liczbowej oceny, czy to na łamach periodyków, czy też na własne potrzeby w Biblionetce.

Uważam, że:

★ Skala ocen powinna być krótka, bo w przeciwnym razie nie będzie rzetelna.
★★ Skala ocen powinna być jasno zdefiniowana, żeby wiadomo było, o co właściwie w niej chodzi.
★★★ Skala ocen powinna być asymetryczna; „większą połowę” należy przeznaczyć na książki dobre.
★★★★ Ocenianie powinno być „rozsądnie subiektywnie” i nie silić się na fałszywy obiektywizm.
★★★★★ Ocenianie powinno dopasowywać się do gatunku i zrezygnować z uniwersalnych aspiracji.
★★★★★★ Skalę ocen należy wyposażyć w podpowiedzi, które w pragmatyczny sposób pomogą w rozstrzygnięciu problematycznych sytuacji.
★★★★★★★ Ocena maksymalna powinna być obwarowana szczególnie precyzyjnymi kryteriami.

Rozwińmy, uzasadnijmy. Będzie dość długo i bardzo mądrze.

 

★ Skala ocen powinna być krótka, bo w przeciwnym razie nie będzie rzetelna. Używam tu „rzetelności” w znaczeniu statystyczno-psychometrycznym: ocenianie musi odznaczać się spójnością w czasie. Najłatwiej wytłumaczyć to na skrajnym kontrprzykładzie.

Wyobraźmy sobie, że pewna osoba ocenia książki w szerokiej skali biegnącej od zera aż do stu. Najpierw zwykła zawężać notę przy pomocy jakiegoś sztywnego miernika. Przykładowo, dany tytuł zasługuje według niej na 70-80 punktów, ponieważ „podobało jej się, ale niezupełnie ją wciągnęło”. Po namierzeniu odpowiedniego przedziału dziesiętnego, recenzentka intuicyjnie dodaje jednostki. Jako że książkę uważa za całkiem wartościową i godną polecenia, przyznaje jej sumarycznie 78 punktów.

Jednak druga część oceniania jest w gruncie rzeczy losowa. Zależy od humoru i chwilowego „czuja”. Łatwo wyobrazić sobie, że gdyby kilka dni potem poprosić recenzentkę o zweryfikowanie oceny, zaczęłaby zastanawiać się nad wartością 79. Albo, przeciwnie, obniżyłaby notę do 75 – „bo jedna z postaci była kiepsko napisana”.

Czy w powyższym przykładzie naciągnąłem przesłankę? Dlaczego tylko wstępne zawężanie oceny miałoby sięgać po ustalone zawczasu kryteria? Dlaczego całej oceny nie dałoby się określić w ten sposób? Oj, nieproste to zadanie. Nie dość, że każdą ze stu jeden wartości należałoby precyzyjnie zdefiniować, to na dodatek trzeba byłoby zadbać o ich ostre rozdzielenie. Kto zajmuje się zawodowo ewaluacją, zrozumie, że w tym momencie stanęliśmy na progu pomiarowego piekła. Radzę zawrócić.

Najrzetelniejsza skala ocen jest zatem binarna, zerojedynkowa: „nie podobało mi się”-„podobało mi się”. Niestety, pomimo prostoty i ona nie zapewnia stuprocentowej spójności. Gdy po raz pierwszy przeczytałem Wahadło Foucaulta, powieść nie przypadła mi szczególnie do gustu i byłbym chyba skłonny wystawić dziełu Umberta Eco „zero”. Zostało mi jednak w głowie i po ponownym przeczytaniu uznałem je za jaskrawą „jedynkę”, ba, za najlepszą ze znanych mi powieści!

Skoro więc skrajność nie gwarantuje sukcesu, należy poszukać kompromisu między rzetelnością a zróżnicowaniem. Ja sam przeczytane książki rejestruję w Goodreads, które korzysta ze skali pięciogwiazdkowej – i jestem z tej rozpiętości zadowolony. Wydaje mi się, że granicę, za którą rzetelność spada do niebezpiecznie niskiego poziomu, stanowi skala dziesięciostopniowa. Dlatego też skala szkolna w wersji znanej ze świadectw sprawdza się dobrze, lecz po wprowadzeniu plusów i minusów – czyli rozszerzeniu jej do de facto szesnastu poziomów – spójność spadnie niespodziewanie z pieca na łeb.

★★ Skala ocen powinna być jasno zdefiniowana, żeby wiadomo było, o co właściwie w niej chodzi. Przez „jasną definicję” rozumiem krótkie opisanie każdego poziomu. Wystawiłeś książce „siódemkę” w dziesięciostopniowej skali – ale co właściwie ta „siódemka” u Ciebie oznacza? Że rzeczony tytuł jest „w porządku, ale bez żadnych rewelacji”? „Dobry na granicy z bardzo dobrym”? „W porządku, ale gdybym mógł cofnąć czas, wolałbym przeczytać coś innego”?

Skala ocen skali ocen nierówna, nawet jeśli obie cechują się identyczną rozpiętością. Za każdą kryć się będą odmienne założenia. Dlatego też nie warto pokładać dużego zaufania w agregatorach i metarecenzjach różnorakiej maści.

Definicje ocen są warunkiem sine qua non. Bez nich skala zatraci spójność – a poza tym stanie się częściowo bezużyteczna. Z cudzego punktu widzenia Twoja pieczołowicie skwantyzowana opinia załamie się do raptem trzech poziomów: „poniżej średniej”-„średnia”-„powyżej średniej”.

Istnieje też inny, matematyczny powód, dla którego definicje ocen są niezbędne. Otóż skala ocen może być liniowa – ale może też być (częściowo) logarytmiczna. Przypuśćmy, że ktoś wartościuje książki na skali szkolnej. Czy dla tej osoby różnica między „dwójką” a „trójką” jest równa różnicy pomiędzy „czwórką” a „piątką”? A może cztery najniższe oceny wzrastają liniowo i zarezerwowane są dla książek „zwyczajnych”, podczas gdy „piątka” wystrzeliwuje nieoczekiwanie do góry i razem z „szóstką” obejmuje literackie wyżyny spowite noblowskimi chmurami?

Nie łudźmy się: zdefiniowanie ocen nie zamieni ich w obiektywny probierz. Dookreśli jednak kryjące się za notami założenia i sprawi, że lepiej będą funkcjonowały jako recenzenckie narzędzie. Definicje nie muszą być wcale skomplikowane – niech tylko będą niezmienne i jednoznaczne. Moja pięciostopniowa skala wygląda tak (za Goodreads):

★★★★★ = wybitne, zachwycające
★★★★☆ = bardzo mi się podobało
★★★☆☆ = podobało mi się
★★☆☆☆ = może być, od biedy ujdzie
★☆☆☆☆ = nie podobało mi się

Widać tu jak na dłoni, że jestem subiektywny („podobało”, „nie podobało”) i asymetryczny (środkowa nota brzmi pozytywnie, nie neutralnie) w swoich ocenach. O tym będzie mowa poniżej.

★★★ Skala ocen powinna być asymetryczna; „większą połowę” należy przeznaczyć na książki dobre. Takie podejście można uzasadnić na parę różnych sposobów, ale oba sprowadzają się w gruncie rzeczy do tej samej przyczyny: gdy sięgamy po nową książkę, nie czynimy tego na chybił-trafił wybierając losową pozycję z katalogu Biblioteki Narodowej. Kierujemy się zazwyczaj czyjąś rekomendacją lub własnym gustem. Szansa, że książka okaże się dobra jest siłą rzeczy większa aniżeli prawdopodobieństwo rozczarowania. Skala ocen powinna tę asymetrię odzwierciedlać. Ale właściwie dlaczego?

Po pierwsze, z powodu pragmatycznego. Skoro zwykle będziemy obcować z książkami dobrymi, lepiej zarezerwować sobie dla nich więcej ocen – bo z tej części skali będziemy częściej korzystać.

Po drugie, z powodu światopoglądowego. Osobiście uważam, że lepiej poświęcać więcej krytycznej uwagi książkom dobrym niż marnym. Jeżeli książka jest dobra, warto wypunktować jej zalety i rozważyć, czy mogłaby być jeszcze lepsza. Jeśli zaś zalicza się do marnych, nie warto dzielić włosu na czworo. (Wiem oczywiście, że mojej opinii nie podzielają zawodowi, stetryczali krytycy. Poza tym w praktyce często natykać się będziemy na książki summa summarum złe, ale na tyle w swojej „złości” oryginalne, że warto będzie się nad nimi pochylić).

Po trzecie, z powodu statystycznego. Jeżeli chcemy, by rozkład wystawianych przez nas ocen jawił się symetrycznie i normalnie, musimy zadedykować notę środkową książkom dobrym. W przeciwnym razie skala przechyli się niebezpiecznie na prawo, a jej lewa część będzie leżała odłogiem.

Chyba że ktoś naprawdę dobiera sobie lektury na całkowite chybił-trafił.

★★★★ Ocenianie powinno być „rozsądnie subiektywnie” i nie silić się na fałszywy obiektywizm. Wyobraź sobie, że przeczytałeś książkę należącą do kanonu literatury, dajmy na to Stąd do wieczności Jamesa Jonesa. Niestety, przejechałaś się. W ogóle nie przypadła Ci do gustu. Co zrobić? Wystawić szczerą, niską ocenę? Czy też lepiej obejrzeć się na innych i sztucznie podbić notę o szczebelek albo nawet dwa?

Kiedyś wydawało mi się, że opcja druga jest lepsza. Sądziłem, że wystawianie niskich ocen książkom powszechnie uznawanym za znakomite zakrawa o arogancję. Chciałem, by moja nota nie tylko podsumowała prywatne wrażenia płynące z lektury, ale komunikowała także niezależną od mojej opinii wartość danego tytułu.

Jednak z czasem zrozumiałem, że wysilony obiektywizm, chociaż przyświecają mu skromność i szczytne intencje, wybrzmiewa fałszywym tonem. Recenzję czyta się wszak po to, żeby poznać opinię konkretnej osoby, którą nierzadko znamy, nawet jeśli jest to znajomość biorąca się wyłącznie z regularnej lektury innych spłodzonych przez nią tekstów. Zawyżona ocena niepotrzebnie pogmatwa „dialog” pomiędzy recenzentką a potencjalnym czytelnikiem. „To w końcu podobało jej się – czy nie?”.

Lepiej oceniać od serca. Spokojna głowa, kanonu się nie popsuje.

Zarazem twierdzę, że w subiektywności nie może zabraknąć głosu samokrytycznego rozsądku. Otóż od czasu do czasu w ręce wpadnie nam książka, gdzie albo nie zagra jakiś element, na który jesteśmy wyjątkowo wyczuleni, albo też okaże się, że nie znajdujemy się w ogóle w grupie docelowej. Warto wówczas końcową ocenę skorygować.

Pierwszy przykład: Lubię publicystykę Rafała Ziemkiewicza. Uważam, że facet posiada nadzwyczaj zręczne pióro i dar wciągania czytelnika po uszy w rozpolitykowane felietony. Jednocześnie nie trzeba mnie przekonywać, że Ziemkiewicz jest stronniczy, szermuje śmiałymi tezami i nie przykłada specjalnej wagi do aparatu źródłowego (Wojciech Orliński ukuł nawet kpiarskie określenie „ziemkiewiczowski research”). Ja także jestem na te sprawy wyczulony i gdybym im pozwolił, bardzo przeszkadzałyby mi w lekturze książek autora Polactwa.

Ale: Staram się pamiętać, że to publicystyka, nie opracowanie akademickie. Ziemkiewicz jaki jest, każdy widzi. Gdybym więc przyszło mi zaopiniować jego zbiór felietonów, to choć nie omieszkałbym podkreślić defektów „ziemkiewiczowskiego researchu” w recenzji, nie pozwoliłbym im wpłynąć znacząco na ocenę końcową. Ziemkiewicz adresuje przecież swoje książki do tak zwanego „ogółu” i z powodów stylistyczno-literakich lepiej, żeby „ogół” czytał publicystykę RAZ-a niż Fakt. (Inna sprawa, na ile „ziemkiewiczowski research” jest zjawiskiem nieetycznym. Ale jeszcze tego by brakowało, żeby skala ocen niosła ze sobą bagaż moralny… Oscar Wilde: „Nie ma czegoś takiego jak moralna lub niemoralna książka. Książka jest napisana dobrze bądź źle. To wszystko.”)

Drugi przykład: Przeczytałem w zeszłym roku Wielkie i te nieco mniejsze pytania psychologii Wiesława Łukaszewskiego. Wpadłem tą lekturą jak śliwka w kompot, ponieważ myślałem, że biorę do ręki – ładuję na Kindla – rzecz popularno-naukową, a tymczasem wyszło w praniu, iż to całkiem zwyczajny podręcznik akademicki – na tyle interesujący, by nie rezygnować z lektury, lecz na tyle, hm, akademicki, że lektura mnie troszkę przeczołgała. Z punktu widzenia studenta psychologii WiTNMPP zasługiwał zapewne na „czwórkę” w pięciopunktowej skali. Osobiście skłonny byłem wystawić „dwójkę”. Zwyciężył „rozsądny subiektywizm” i wylądowałem na „trójce”.

★★★★★ Ocenianie powinno dopasowywać się do gatunku i zrezygnować z uniwersalnych aspiracji. Do każdej książki przykładamy miarę dostosowaną do możliwości i zamierzeń reprezentowanego przez nią (pod)gatunku. Innymi słowy, skala ocen nie służy i służyć nie może do porównywania tytułów przynależnych do odmiennych porządków. Albo jeszcze inaczej: Klasyka literatury pięknej może być wzorem dla innych powieści z głównonurtowymi ambicjami, ale musi trzymać się z daleka nie tylko od literatury faktu, ale nawet od literatury gatunkowej.

W zeszłym roku oceniłem na „czwórkę” Braci Karamazow, The Big Payback (książkę o historii hip-hopu) oraz Szkolny lud, Okullę i mnie. Jednak za każdym razem owe cztery gwiazdki wyrażały coś innego. W przypadku Dostojewskiego – że bardzo mi się podobało, ale nie poruszyło mną do głębi. W przypadku Wielkiej spłaty – że to nader solidne opracowanie tematu, ale autor skakał po wątkach. W przypadku Niziurskiego – że fajne i przyjemne, lecz nie aż tak dobre jak Naprzód, Wspaniali!.

Ba, należy niekiedy pójść o krok dalej i spróbować ocenić daną książkę w kontekście podgatunkowej niszy, w którą się wpisuje; zadać sobie pytanie: „co autorka usiłowała osiągnąć i w jakim stopniu jej się powiodło?”. Oczywiście, trzeba zachować umiar i nie pozwalać pisarzom nadużywać owej „korzyści z genre’u”, bo w przeciwnym razie skończy się gwiazdkową inflacją. Na swój sposób każdy tytuł jest przecież najlepszy na świecie.

Na przykład opowiadania o Jakubie Wędrowyczu stanowią przaśną humoreskę fantastyczną pisaną niewymagającym językiem, w sam raz dla niewyrobionych literacko czytelników. Czy per se zasługują automatycznie na najwyższe noty? Absolutnie nie! Swojego czasu Weźmisz czarno kuro… dostało ode mnie pałę. Dlaczego? Bo autorowi powiodło się w znikomym stopniu: ani razu się nie uśmiechnąłem, a styl Pilipiuka uznałem za kiepski, wyzbyty frazy i rytmu. Oba powody są oczywiście subiektywne, ale… miejmy nadzieję, że również rozsądne.

★★★★★★ Skalę ocen należy wyposażyć w podpowiedzi, które w pragmatyczny sposób pomogą w rozstrzygnięciu problematycznych sytuacji. Jeśli bowiem, zgodnie z punktem pierwszym, uczynimy ją krótką, to książki często wpadać będą w szczeliny pomiędzy grubo ciosanymi notami. Niektórzy wystawiają wówczas oceny połówkowe – rozciągając tym sposobem skalę. Ja zaś uciekam się do innego wybiegu. Wymyśliłem sobie kilka prostych jak cep kryteriów:

Jeżeli waham się pomiędzy „jedynką” a „dwójką”, to zadaję sobie pytanie: Czy uważam tę książkę za bezwartościową od początku do końca? Jeżeli tak, wystawiam „jedynkę”. Jeśli jednak odnajduję chociaż jeden wyraźny pozytyw – kończy się na „dwójce”.

Jeżeli waham się pomiędzy „dwójką” a „trójką”, pytanie brzmi: Czy żałuję czasu spędzonego przy książce? Czy gdybym mógł podjąć lekturową decyzję powtórnie, to sięgnąłbym po coś innego? Jeżeli tak – „dwójka”.

Jeżeli waham się pomiędzy „trójką” a „czwórką”, zastanawiam się, czy byłbym skłonny polecić tę książkę znajomej osobie, której czas szanuję. Jeżeli tak – „czwórka”.

Jeżeli waham się pomiędzy „czwórką” a „piątką” – wystawiam „czwórkę”, bo przy ocenie maksymalnej wahać się nie wolno. O tym za moment.

W powyższych kryteriach zabrakło zupełnie miejsca na atrakcyjne pojęcia nudy i wciągalności. Mam je za zwodnicze. Zła książka może być wciągalna, jeżeli autor wyspecjalizował się w cliffhangerach i tanich chwytach emocjonalnych. I odwrotnie: dobre książki bywają poniekąd nudne, gdyż czasami pisarz przedkłada zgęszczoną, psychologizującą prozę ponad intrygę.

Ważna sprawa: kryteria pomocnicze muszą pozostać… pomocnicze, czyli wtórne względem definicji ocen. Zawieszania książki na punktowej skali nie da się (niestety, na szczęście?) zamienić w algorytmiczną serię pytań – coś wartościowego? czas dobrze zainwestowany? godne polecenia innym? – ponieważ wyjątki zdarzają się często. Kryminał z ciekawym pomysłem fabularnym może zasługiwać na „jeden”, jeśli pozostałe elementy, z napięciem na czele, zostały położone. Biografia, przy której się wymęczyłem, może mimo wszystko otrzymać „trzy”, jeżeli winę ponosi przede wszystkim antypatyczna bohaterka (por. „rozsądny subiektywizm”). Antologia artykułów o fizyce może być warta „czwórki”, nawet jeżeli nikomu bym jej nie polecił – ponieważ wiem, że wśród moich znajomych tylko ja mam chęć na czytanie opasłych tomisk o akademickim rodowodzie.

★★★★★★★ Ocena maksymalna powinna być obwarowana szczególnie precyzyjnymi kryteriami. Należy znaleźć kompromis pomiędzy jej ekskluzywnością a praktyczną osiągalnością. W moim przypadku owo porozumienie okazuje się nieco pobłażliwe, bo „piątkę”, jak się okazuje, przyznałem jednej ósmej przeczytanych książek. Zanim sprawdziłem ów współczynnik w tabelce w Goodreads, sądziłem, że wyniesie grubo poniżej 10%.

Tak czy owak, w mojej optyce maksimum osiąga się w następujących przypadkach:

  • jeśli chodzi o literaturę piękną: gdy książka mną naprawdę porusza, a jednocześnie uznaję ją za literacki majstersztyk (np. Lord Jim Conrada);
  • jeśli chodzi o literaturę gatunkową: gdy książka jest czytadłem idealnym szanującym inteligencję czytelnika; gdy stanowi wzór do naśladowania dla gatunku (kryminału, fantastyki, horroru itd.) (np. cykl wiedźmiński Sapkowskiego);
  • jeśli chodzi o literaturę faktu lub popularnonaukową: gdy autorowi udaje się przedstawić temat w absorbujący oraz wyczerpujący sposób, a po piórze znać fachowca (np. Błękitna kropka Sagana);
  • jeśli chodzi o literaturę akademicką i podręczniki rozmaitej maści: gdy autorowi udaje się pogodzić dokładność z przystępnością; dużo zależy tutaj od przemyślanego uporządkowania materiału, oryginalne ujęcie tematu również pomaga (np. Explorations in Mathematical Physics Koksa).

Jeżeli dana książka pozornie spełnia odpowiedni warunek, ale czegoś mi w niej brakuje, kończy się na mocnej „czwórce”. W Reglamentowanej rewolucji Antoni Dudek zaimponował mistrzowską faktografią i upleceniem pasjonującej narracji z politycznych detali. Bardzo liczyłem jednak, że na zakończenie otrzymam politologiczny esej, w którym autor wszystkie wątki podsumuje przedstawiając własną opinię o okolicznościach ustrojowej transformacji. Zawiodłem się.

Z drugiej strony skłonny jestem przyznać maksymalną notę tytułowi, który w sugestywny sposób zaproponował nowy punkt widzenia lub zmienił mój sposób myślenia o jakimś zjawisku. Wspomniane powyżej Wahadło Foucaulta nauczyło mnie na przykład patrzeć na świat przez pryzmat (metafizycznej!) teorii spisku. Z kolei w On Lying Sam Harris przekonał mnie, że należy wystrzegać się tzw. „białych kłamstw” – chociaż jego krótka książka w sensie warsztatowym na „piątkę” nie miała najmniejszych szans.

____________________
Autorem zdjęcia wykorzystanego w nagłówku jest Mark Ramsay (CC, Flickr).

Reklamy