Gombrowicz

Nadrobiłem zaległości z krytyki tradycjonalizmu, romantyzmu i nacjonalizmu – przeczytałem wszystkie cztery najważniejsze powieści Gombrowicza. Nie mogę teraz nawet oblać się rumieńcem i powiedzieć, że nigdy nie przeczytałem „Ferdydurke” w liceum, bo owszem, nie przeczytałem, ale miałem ku temu doskonały powód: Nigdy nie chodziłem do polskiego liceum. Miny stroiłem za granicą, parobka po mordzie nie tłukłem.

A więc w końcu poznałem Gombra z pierwszej ręki. Jako autentyczny fan Mickiewicza i Słowackiego mogę teraz wziąć do ręki słynny bon mot autora „Pornografii” i jemu samemu bez pardonu nim po gębie przyłożyć: I jak masz zachwycać, skoro nie zachwycasz?

Od początku do końca podobał mi się tylko „Transatlantyk”, na pokładzie którego małoszycki autor wywija popisowe tańce z językiem. (Niesamowite, jak jeden Prosty zabieg typograficzny Wpływa na rytm Narracji). Fabuła – boki zrywać. Skądinąd wiem, że „Transatlantyk” to książka szalenie ważna z kulturowohistorycznego punktu widzenia, choć ja akurat czytałem bez lupy i nie analizowałem jej bynajmniej pod kątem polskiej formy. Uznałem ją prędzej – to ryzykowne porównanie – za antybiegun „Ameryki”. U Kafki surrealistyczna frustracja imigrancka mieszała się z dobrodusznym humorem, u Gombrowicza zaś dobroduszna frustracja imigrancka miesza się z humorem surrealistycznym.

„Ferdydurke” miała swoje – nieliczne – momenty, lecz objętościowo dominowały dłużyzny. Przyszło mi na myśl, że czytam oto powieść na kanwie kilku doskonałych rysunków satyrycznych opublikowanych w inteligenckiej wersji „Przekroju”. W miejscach, gdzie owe rysunki zostały przetworzone na prozę (upupianie, pojedynek na miny, parobek) „Ferdydyrke” osiąga wyżyny, ekhm, formy. Cała reszta jest jednak zbyteczna, dodana na siłę, jak na przykład owa opowiastka o Filidorze dzieckiem podszytym, która może i przemówiłaby do mnie bardziej, gdybym był filozoficznym laikiem, albo, na dwoje babka wróżyła, może wówczas znużyłaby mnie jeszcze mocniej.

„Pornografia” – sielanka według Gombrowicza, koncertowy pomysł: Dwóch gejów (gejów?) wyjeżdża w trakcie okupacji na wieś i z dala od wojennego zgiełku próbuje w akcie zblazowania zeswatać nastoletnich zakochanych. A potem ktoś kogoś morduje. Jednak żeby wyszło z tego coś porządnego, trzeba by przyłożyć się do narracji zamiast uciekać w odmęt rozmazanej, rozmigotanej literatury pięknej. Gombrowicz uciekł.

I na koniec „Kosmos”, o nie, to już nie dla mnie, wszak przed wkroczeniem w rejony powieści eksperymentalnych się wzbraniam, chyba że „Ulisses”. W swoim rzekomo największym dziele Gombro poraził mnie z siłą co najwyżej sześciowoltowej bateryjki, nawet pomimo mej pozornej podatności na metafizykę uwidaczniającej się między innymi w fakcie, że też czasami ze zdwojoną uwagą przyglądam się rysom na suficie i rozważam ich ukryte znaczenie.

Reklamy