Fandomie, wróć

„[Serialowi] fani odznaczają się skłonnością do dziwnie dosłownych układów. Produkt jest tym, czym jest; może być tylko tym. Stąd właśnie wzięło się pisemne zażalenie na ósmy sezon Gry o tron, który rzekomo „wydawał się jakiś inny”. Uświadamia nam to, do jakiego stopnia fan uzależnił się od zgodności między wytworem popkultury a opisem produktu. (…)

Należy porzucić figurę wiecznie niezadowolonego fana. Zamiast postrzegać teksty kultury jako wzmacniające i dopełniające relację pomiędzy konsumentem a dostarczycielem, publiczność musi oceniać i udzielać się w sztuce poza logiką tego, co kto komu jest winien.

Popkultura nie potrzebuje fanów – ale przydałoby się jej więcej fandomu. W swojej najlepszej postaci fandom stanowi swobodne, partycypujące, dialogiczne zaangażowanie w dzieło sztuki. Polega ne eksplorowaniu, przetwarzaniu, przepisywaniu. Fandom nie postrzega tekstu poprzez zestaw dogmatycznych pojęć, lecz jako zmienną kreację poddającą się różnorakim interpretacjom. (…) Innymi słowy, potrzebujemy mniej petycji, a więcej fan-fikcji.

W fandomie rozpoznamy możliwość oraz różnorodność istniejące ponad frustracją i złością konsumentów, którzy uważają, że ich inwestycja nie przyniosła spodziewanego zwrotu. (…) Nie postrzegajmy kultury jako produktu, który można posiąść, ale jako kreatywną przestrzeń, w której podzielić możemy się czymś wykraczającym poza pojęcia ceny, zysku, wymiany i straty.”

Jon Greenway, The New Republic, 21/5/2019

Obejrzane w 2020: Warte uwagi (1)

Za półtora miesiąca będziemy żegnać nieszczęśliwy rok 2020. Obejrzałem w nim tyle dobrych filmów, że nie dość, iż tradycyjne podsumowanie kinematograficzne rozpocząć muszę na długo przed styczniem, to na dodatek ogłaszam nową jego kategorię. Na zbiór filmów „wartych uwagi” składają się tytuły, które są po prostu dobre, choć nie na tyle, by trafić do dwudziestki najlepszych; albo też takie, które pod niektórymi względami pozostawiają trochę do życzenia, ale pomimo to zasługują na parę godzin uwagi widza poszukującego ciekawych propozycji w zalewie tytułów starych i nowych.

Czytaj dalej Obejrzane w 2020: Warte uwagi (1)

Uwłaszczenie nomenklatury

Lingwistyczno-polityczny dowcip rzecze, że zwrot „uwłaszczenie nomenklatury” jest nieprzetłumaczalny na język angielski. Tak naprawdę nie sprawia on jednak szczególnego kłopotu w przekładzie. W słownikach angielskich funkcjonuje bowiem słowo „nomenklatura” będące dosłownym zapożyczeniem z rosyjskiego. Odpowiednik „uwłaszczenia” zaś to „enfranchisement” (bez negatywnych skojarzeń) tudzież „embezzlement” (z).

„Nomenklatura’s embezzlement” rozwiązuje więc sprawę.

Niedawno naszła mnie ponadto myśl, że dla „nomenklatury” istnieje w gruncie rzeczy dobry angielski ekwiwalent. Albo inaczej – istnieje pewne angielskie słowo, które rozgościło się w polszczyźnie, ale które wolno chyba tłumaczyć na „nomenklaturę” właśnie, i vice versa.

Chodzi o „establishment”.

Etymologiczni i leksykalni konserwatyści z miejsca zaprotestują, że tak się nie da. „Nomenklatura” po łacinie oznacza „przydzielanie rzeczom nazw” tudzież „mianowanie”; politologicznie rzecz ujmując związana jest jednoznacznie z komunizmem, denotuje sformalizowany system partyjnych mianowań na urzędnicze i kierownicze stanowiska.

Z kolei morfologicznym rdzeniem „establishmentu” jest „stabilny”, a wyraz ten odwołuje się do ugruntowanej, choć niekoniecznie oficjalnej, struktury władzy w społeczeństwie, do przedstawicieli jej elity, i nie zależy od obowiązującego ustroju. „Nomenklatura” jest więc ostentacyjnie jawna, partyjniacka. „Establishment” pociąga za sznurki z ukrycia dysponując zarazem wielkimi zasobami kapitałowymi.

Gdzież tam Cyrankiewiczowi do Bidena!

Sądzę jednak, że przy odrobinie dobrej woli i językowej giętkości znak równości między oboma terminami da się utrzymać. Czy „establishment’s embezzlement” nie brzmi równie dźwięcznie co „uwłaszczenie nomenklatury”?

Jesień średniowiecza

Chylę czoła przed poczuciem humoru Mary Wellesley. Tak rozpoczęła swą recenzję książki historycznej „Wieki jasne” Seba Falka:

W „Pulp Fiction”, filmie Quentina Tarantino z 1994 r., Marsellus Wallace mówi Zedowi, że „zrobi mu z dupy jesień średniowiecza”. Dokładna natura tej kary nigdy nie zostaje wyjaśniona. Gdyby „Pulp Fiction” oglądał mediewista, mógłby przyjąć, że oto dupie Zeda proponuje się wspaniałe dzieła sztuki, bogate i niezwykłe prace literackie, nieustępliwą inwencję, naukowe analizy i dociekania filozoficzne. Jednak publiczność uznałaby prędzej, że oznacza to coś barbarzyńskiego, niewypowiedzianego, karę rodem z „wieków ciemnych”.

Odnotujmy, że w oryginale Wallace powiedział „get medieval on your ass”, a w polskim przekładzie „jesień średniowiecza” pojawiła się dzięki pomysłowości Elżbiety Gałązki-Salamon, która z kolei musiała zainspirować się tytułem słynnej książki Johana Huizingi.

Już klęczę, mój adwokacie

Parę miesięcy temu żądzą zemsty, chrzęstem żwiru i grzmotami zwiastującymi srogą burzę zakończył się piąty sezon serialu Zadzwoń do Saula (Better Call Saul), prequelu i spin-offa fenomenalnego Breaking Bad. Domorośli prawnicy i zdemoralizowani nauczyciele chemii twierdzą zgodnie, że to jedna z najlepszych produkcji telewizyjnych wszech czasów. Na ostatni, szósty sezon poczekamy do przyszłego roku, ale już teraz nietrudno o opinie, iż Saul wyszedł Vince’owi Gilliganowi jeszcze lepiej niż BB. Niemożliwe, a jednak.

A ja powiem tak: Better Call Saul to serial zupełnie bez wyrazu.

Czytaj dalej Już klęczę, mój adwokacie

Po piśmie

W 2004 r. Jacek Dukaj był na szczycie. Ogłosił właśnie czwartą powieść, za którą chwilę później otrzymał swoją czwartą Nagrodę im. Janusza A. Zajdla.

Pomyślałem wtedy, że gdyby przytrafiło mu się coś camusowatego, byłaby to niepowetowana strata dla polskiej fantastyki naukowej. Prawie dwie dekady później Dukaj jest cały i zdrowy, jednak w międzyczasie wydarzyło się coś innego, czego przewidzieć wówczas nie umiałem: autor Innych pieśni zarzucił powieściopisarstwo.

Czytaj dalej Po piśmie

Zjawy i mary

Dlaczego właśnie „Zjawa”? Roztrząsanie polskich tłumaczeń filmowych tytułów przynosi mi sporo frajdy. Czy „The Revenant”, skądinąd bardzo dobry film z 2015 r. z Leonardo DiCaprio, za który otrzymał wreszcie zasłużonego Oskara, nie mógłby po naszemu nazywać się inaczej?

„Revenant” to słowo francuskiej prowieniencji z XIX wieku. Oznacza dosłownie „powróconego” (od czasownika „revenir”). Może chodzić o kogoś, kto fizycznie powrócił np. z dalekiej podróży, o kogoś kto metaforycznie się odrodził, albo o kogoś kto powrócił zza grobu – jako duch lub nawet coś bardziej cielesnego.

Czy w języku polskim nie występuje jednowyrazowe określenie na „osobę, która wróciła”? Pozornie nie. To dość dziwne, zważywszy, że w wielu codziennych sytuacjach by się przydało. Gdyby istniało i gdyby posiadało dodatkowe fajne konotacje (niekoniecznie nadnaturalne), „The Revenant” przetłumaczyłby się sam.

Zajrzałem do paru starych słowników („Słownika warszawskiego” z początku XX wieku i do XIX-wiecznego „Słownika Lindego”). Czy nasi przodkowie znali „powrótnego”, „powracacza”, „powrotnika”? Warszawiacy i Linde jakoś nie, ale znał Doroszewski:

powrotnik

Problem rozwiązany.

Oczywiście, można by się przyczepić, że „powrotnik” brzmi archaicznie. Kto dzisiaj używa tego słowa? Ja w każdym razie zacznę. Pamiętajmy jednak, że „revenant” w angielszczyźnie nie jest bynajmniej archaizmem. Od połowy XX wieku używa się go coraz częściej, choć przyznam, że przed premierą filmu Iñárritu nigdy się z nim nie spotkałem.

Poszukajmy dalej. „Ożywieniec”! Pasuje idealnie. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu okazało się, że to słowo nie figuruje w słownikach współczesnej ani dawnej polszczyzny (!). Jest najwyraźniej neologizmem ukutym na potrzeby gier erpegowych i komputerowych, notabene niedopuszczalnym w skrablach.

Alternatywą dla „powrotnika” mogłaby więc stać się „mara”. To też określenie na „ducha”, a ponadto – i tutaj tkwi jej przewaga nad „zjawą” – „mara” jest ciekawie dwuznaczna. Odwołuje się także do majaków (wizji?) dręczących półżywego głównego bohatera, a mimo to nie budzi natychmiastowych skojarzeń z horrorami.

Jak zwał, tak zwał. „The Revenant” gorąco polecam: mistrzowska lekcja kinematografii, prequel westernów (western metafizyczny?), instrukcja hardkorowego survivalu, niedźwiedź trzymający Leo w parterze.

I na zakończenie lingwistyczny smaczek. Przeglądając na chybił trafił „Słownik warszawski” natknąłem się na słowo POMISIĆ.

Image

„Wymisić”? „Potrzebić”? „Pokastrować”?!?

Blogrys na Twitterze

Od sierpnia zeszłego roku nowe notki na Blogrysie pojawiają się sporadycznie. Realistycznie prognozując, nie sądzę, żeby częstotliwość miała szybko wzrosnąć.

Tymczasem odkryłem, że na Twitterze łatwiej i szybciej zrzucić z siebie krótką myśl lub podzielić się ciekawym linkiem. O, na przykład:

twitter-blogrys

Jeżeli więc ktoś z Was na TT już jest, polecam @blogrysPL Waszej uwadze. Gwoli szczerości zaznaczam, że nie ćwierkam (na razie) intensywnie, a Ważne Bieżące Tematy Polityczne omijać będę szerokim łukiem (co dla niektórych może okazać się zaletą).

Najlepsze z usłyszanych w 2019

Dziesięć świetnych utworów, które usłyszałem w minionym roku (linki prowadzą na YT, a tutaj playlista):

G-Eazy ft. Son Lux: Eazy – ostatni utwór na ostatniej płycie G-Eazy’ego jest wyborny. Ośmielam się traktować go jako gwarancję jakości nowego albumu, który ukaże się jeszcze w tym roku (These Things Happen Too).
Sokół ft. Lena Osińska: Koniec gatunku – cóż za historię nam Sokół tutaj nawinął!
Lana Del Rey: Venice Bitch – siedem długich lat po Born to Die Lana nareszcie powróciła do formy i na wysokości Venice Bitch – z jej długą, psychodeliczną wstawką – osiągnęła maksimum swego najnowszego albumu.
Shawn Mendes & Camilla Cabello: Señorita – najseksowniejszy duet od czasu Something Stupid w wykonaniu Nicole Kidman i Robbiego Williamsa.
Lee Scratch Perry: Disco Devil – „…the disco devil dressed as a disco rebel”. Teraz marzę o podkoszulku z takim nadrukiem.
Anohni: 4 Degrees – Greta dostaje ataku paniki za każdym razem, gdy słyszy ten kawałek.
Madonna: Pray for Spanish Eyes – ileż jeszcze nieodkrytych (przeze mnie) pereł skrywa dorobek Madonny?
Karin Krog & John Surman: New Spring – na chwilę obecną jest to najdoskonalszy znany mi przedstawiciel awangardowego jazzu.
Stevie Wonder: Living for the City – cytując anona z Tuby: „Jakim sposobem niewidomy facet widzi więcej niż my wszyscy?”.
Robert Glasper Experiment: Smells Like Teen Spirit – cudowna aranżacja Cobainowskiego klasyka.

Dziesięć znakomitych płyt, które poznałem w minionym roku (linki prowadzą do Spotify z jednym jutubowym wyjątkiem):

Czytaj dalej Najlepsze z usłyszanych w 2019

Obejrzane w 2019 r.: Najlepsze

Struggle (2019) – w zeszłym roku nie tylko po raz pierwszy w życiu recenzja przeczytana podczas porannej podróży do pracy skłoniła mnie do obejrzenia omówionego filmu tego samego wieczoru („Mów mi Rockefeller”), ale i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów obejrzałem ten sam film dwa razy w ciągu tygodnia: netfliksowy dokument o Stanisławie Szukalskim, rzeźbiarzu urodzonym w 1893 r. pod Sieradzem, który rozkwitł twórczo w latach dwudziestych. Ten nadzwyczajny artysta czerpał ze sztuki azjatyckiej i mezoamerykańskiej, inspirował się Rodinem, flirtował z nacjonalizmem, założył Szczep Herbu Rogate Serce, promował wytrwale swe poglądy estetyczne, wynalazł Toporła, stworzył monumentalny pomnik Bolesława Chrobrego zniszczony nieszczęśliwie w trakcie bombardowania Warszawy.

Do USA wyemigrował już w roku 1929. Do ojczyzny nigdy nie wrócił. Resztę życia spędził w Los Angeles powoli osuwając się w zapomnienie. Wujkował małemu Leonardowi DiCaprio (który wyprodukował rzeczony dokument). Przez cztery dekady tworzył wielką syntezę historyczno-antropologiczną o dźwięcznej nazwie „Protong”. 43 tomy maszynopisu! Dogadałby się znakomicie z Thorem Heyerdahlem.

Szukalski zmarł w 1987 r. Jego prochy rozsypano na Wyspach Wielkanocnych. Magnetyczna osobowość, wizjoner, postrzeleniec, wybitny artysta, mistrz dłuta, rogate serce. Warto się o nim dowiedzieć.

struggle_plakat

szukalski-boleslaw_smialy
Posąg Bolesława Śmiałego

szukalski-toporzel
Toporzeł

Czytaj dalej Obejrzane w 2019 r.: Najlepsze