Już klęczę, mój adwokacie

Parę miesięcy temu żądzą zemsty, chrzęstem żwiru i grzmotami zwiastującymi srogą burzę zakończył się piąty sezon serialu Zadzwoń do Saula (Better Call Saul), prequelu i spin-offa fenomenalnego Breaking Bad. Domorośli prawnicy i zdemoralizowani nauczyciele chemii twierdzą zgodnie, że to jedna z najlepszych produkcji telewizyjnych wszech czasów. Na ostatni, szósty sezon poczekamy do przyszłego roku, ale już teraz nietrudno o opinie, iż Saul wyszedł Vince’owi Gilliganowi jeszcze lepiej niż BB. Niemożliwe, a jednak.

A ja powiem tak: Better Call Saul to serial zupełnie bez wyrazu.

Proszę o spokój. Nie dzwońcie do prokuratora, nie dawajcie cynku Kartelowi. Określenia „bez wyrazu” użyłem w przewrotnym znaczeniu, żeby wzburzyć krew u flegmatyków, którzy nie mieli szczęścia urodzić się na amerykańsko-meksykańskim pograniczu.

Do rangi telewizyjnego dzieła sztuki wynosi Saula szereg elementów: inteligentne, niespieszne scenariusze; fascynujące, doskonale zagrane postacie; warsztat techniczny, czyli barwne zdjęcia, bezbłędny montaż, staranne udźwiękowienie. Ale, co ciekawe, ryzykowne i nadzwyczaj udane, Gilligan i spółka spięli wszystkie te zalety gatunkową nijakością.

Konia z rzędem temu, kto bez wahania wskaże półkę, na której Zadzwoń do Saula należałoby postawić. Serial prawniczy? Trochę. Komedia kryminalna? Niejednokrotnie. Dramat sensacyjny? Chyba tak. Dramat psychologiczny? W sumie. Starannie zakamuflowana opowieść o miłości i odkupieniu? Niewykluczone – musimy poczekać do finałowego sezonu. Podejrzewam – mam nadzieję – że czeka nas na koniec niebanalny metagatunkowy twist.

Najpierw jednak twist ode mnie. Powyższych akapitów nie traktujcie jako rekomendacji. Tejże nie chciałoby mi się chyba pisać, bo kto ogląda, ten obejrzał, a kto nie obejrzy, ten nie ogląda, czy jakoś tak. Chciałem natomiast gorąco polecić coś odrobinę mniej oczywistego: muzyczne opracowanie serialu. Zeznaję pod przysięgą, to jedna z najlepszych playlist, jakie w życiu słyszałem. Jazz owinięty w wykwintny pop/rock okraszony starymi, dawno nie słyszanymi szlagierami, doprawiony muzyką latynoamerykańska. Kto ma uszy, niech słucha.

Osoby będące na bakier ze Spotify albo domagające się próbek o łącznym czasie trwania krótszym niż osiem godzin czterdzieści jeden minut, niech wypróbują:

A gdyby ktoś się zastanawiał, skąd tytuł notki – zacytowałem Kafkę.

Autor

Borys

Nauczyciel z Oslo. Bloguję na https://blogrys.wordpress.com

Jeden komentarz na temat “Już klęczę, mój adwokacie”

  1. Odsłucham playlisty, może mnie zachęci do powrotu.
    Próbowałem chyba z 2-3 razy i zawsze się odbijałem od tego serialu. A jestem fanem BB.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s