Obejrzane w 2020: Powtórki

Skusiłem się na repetę trzech najgłośniejszych filmów Christophera Nolana: Mrocznego Rycerza, Incepcji oraz Interstellara. Dawniej twierdziłem, że jakościowo należy je zaszeregować zgodnie z chronologią; że z każdym kolejnym widowiskiem twórca Prestiżu obniżał pułap o mniej więcej pół punktu na dziesięciopunktowej skali.

Ale po powtórnych seansach uznałem, iż Mroczny Rycerz plasuje się niżej niż Interstellar, które z kolei jest gorsze od Incepcji. Nolanowski „dream heist” stanowi historię bezprecedensową, staranną, oryginalną i narracyjnie domkniętą. Jej jedyna, choć dość istotna wada zagnieździła się na ostatnim poziomie finałowego snu. Strzelanka w śnieżnej scenerii w ogóle mnie nie rusza i wolałbym, żeby scenarzysta sięgnął po rozwiązania lynchowskie, bardziej oniryczne.

Interstellar – krzynkę lepszy niż zapamiętałem, lecz Nolan bramkę z napisem „Nowa »Odyseja kosmiczna«” faktycznie przestrzelił. Odnoszę wrażenie, że niezawodnemu Lee Smithowi tym razem omknęła się ręka przy montażu – albo może do dostojnego, intelektualnie ambitnego scenariusza Interstellara szybki montaż typowy dla nolanówek niezbyt pasuje. Dzieła obierające kurs filozoficzny muszą chyba odznaczać się wolniejszym tempem.

Fanem Mrocznego rycerza nie byłem nigdy. Od zawsze wyżej stawiałem Batmana: Początek oraz Mroczny Rycerz powstaje (sic!). B:P to znakomite studium przemiany Bruce’a Wayne’a, z MRP zaś, cóż, nietoperza fajność wylewa się hektolitrami. Trzeci nolanowski „batman”, wyklęty przez wielu, kupił mnie ostentacyjną emfazą kina przygodowo-bohaterskiego bez cięższego psychologizowania, a także dualną kompozycją; bądź co bądź dostajemy tutaj dwa różne filmy zgrabnie zszyte w jeden metraż. Z niekłamaną przyjemnością wracam do niego raz na kilka lat.

Mrocznemu rycerzowi tej nieskrępowanej fajności brakuje. Nolan przekombinował trójkąt Batman-Joker-Dent. Przyszła mi do głowy absurdalna myśl, że druga część mrocznorycerskiej trylogii powinna być miniserialem. Dwie i pół godziny to po prostu za mało, żeby zgłębić zagadnienie zakapturzonego porządku i oszpeconego bliznami chaosu.

Odświeżyłem Co gryzie Gilberta Grape’a, evergreen obyczajówek lat dziewięćdziesiątek i najlepsze dokonanie Lassego Hallströma, specjalisty od przenoszenia na ekran powieści o małomiasteczkowym życiu. Ze świecą szukać drugiego tak udanego dzieła w jego dorobku.

W Co gryzie… spokojna, nostalgiczna historia sprzęgła się z doborową obsadą: Tytułowy Gilbert Grape (Johnny Depp, co prawda już 30-letni, ale zaskakująco dobrze radzący sobie z rolą dwudziestolatka) to chłopak na progu dorosłości, który marzy o tym, by wyrwać się wreszcie z dusznej Endory. Musi jednak zastępować rodzinie ojca (powiesił się dawno temu) i dbać o niepełnosprawnego brata Arniego (koncertowy Leonardo DiCaprio) oraz straszliwie otyłą matkę (znakomita naturszczyczka Darlene Cates). Powiew świeżości do jego życia wprowadza pojawienie się w miasteczku rówieśniczki imieniem Becky (Juliette Lewis) będącej tam przejazdem z babcią.

Wielkie małe kino. Ze wszystkich wymienionych dzisiaj filmów właśnie ten musicie jak najszybciej nadrobić. Nawet pomimo faktu, że na samym końcu notki wspomnę o pewnym superklasyku z lat 70.

W roku wielkiej zarazy odświeżyłem oczywiście Epidemię strachu, realistyczną odpowiedź Stevena Soderbergha na Epidemię z 1995 r. (skądinąd przyjemny film katastroficzny, tyle że po hollywoodzku efekciarski). W roku swojej premiery Epidemia strachu uświadomiła nam, że pandemia wcale nie musi w bastionowym stylu wybić 99,7% światowej populacji; marna, dziesięcioprocentowa skuteczność również wystarczy do wywrócenia społeczeństwa do góry nogami.

Tymczasem koronawirus dokonał złowieszczej korekty w naszym wyobrażeniu o współczesnej zarazie: Odsetek ofiar śmiertelnych może być dużo, dużo niższy. Swoje zrobi bowiem strach spowodowany przeciążeniem szpitali i nakręcany rozhisteryzowanymi medialnymi doniesieniami.

Jednak soderberghowskie Contagion w epoce covidowej nadal się broni, a końcówka z pacjentem zero stała się bez mała profetyczna. Tyle tylko, że obecnie wiemy już, iż pandemie przebiegają niekiedy w żółwim tempie wypychając wszystkich do internetu i dziesiątkując drobny biznes. Tego scenarzysta by nie wymyślił.

Odświeżyłem Don Juana DeMarco, uroczą komedię – chciałoby się napisać „komedię romantyczną”, ale DJDM typowym romkomem absolutnie nie jest – na motywach Byronowskiego poematu. Johnny Depp wystąpił tutaj w duecie z Marlonem Brando, któremu z kolei partnerowała jako filmowa żona Faye Dunaway, więc o obsadzie należy pisać same superlatywy.

Film seksowny, tak jak tytułowy bohater, i cudownie niejednoznaczny. Niby doskonale wiemy, że postać grana przez Deppa jest czubkiem, ale fabuła kilkukrotnie mruga do nas zalotnie okiem, podsuwając cierpliwie alternatywny trop.

Warto dodać, że Don Juana DeMarco ilustruje najlepsza piosenka Bryana Adamsa i jedna z najlepszych piosenek filmowych, jakie kiedykolwiek powstały: Czy kiedykolwiek naprawdę kochałeś kobietę? (ze zmysłowym teledyskiem wyreżyserowanym przez Antona Corbijna).

Odświeżyłem Wysłannika przyszłości, wysokobudżetowe, trzygodzinne post-apo Kevina Costnera na podstawie zapomnianej powieści Davida Brina. Widziałem je tylko raz, bodajże na TVN-ie u schyłku lat 90. Wspomnienie zachowałem świetne i w ciągu następnych dwóch dekad dziwiłem się wielce, czytając jak wielką klapą film się okazał i z jak fatalną reakcją krytyków oraz publiczności się spotkał.

Cóż, obecnie jestem wrażliwszy na warsztatowe smrodki niż za młodu. Wysłannik przyszłości, choć oparty na rewelacyjnym, socjologicznym pomyśle – po Trzeciej Wojnie Światowej Stany Zjednoczone odradzają się dzięki urzędom pocztowym, których sieć doraźnie i z cynicznych powodów organizuje jeden człowiek – rzeczywiście został położony pod względem reżyserskim, scenariuszowym i montażowym. Dialogi brzmią drętwo, patos się przypalił, tempo idzie tępo.

Wszystkie wady Wysłannika… najlepiej widać w kluczowej scenie, w której bezimienny bohater po raz pierwszy przedstawia się jako Listonosz. W książce – skądinąd niezłej – ten fragment wypadł doskonale. W filmie? Sam bym wziął strzelbę i palnął oszustowi w łeb z palisady.

Odświeżyłem Władcę Pierścieni (wersję rozszerzoną). Wróciłem do Jacksonowskiej trylogii po bez mała dziesięciu latach. Ostatni raz widziałem ją w kinie w Oslo na nocnym maratonie z A.S. Wcześniej – na innym nocnym maratonie w tym samym kinie w towarzystwie węgierskiego studenta medycyny o wyglądzie hobbita. Jeszcze wcześniej – oglądając zripowaną wersję DVD na małym ekranie laptopa. Jeszcze wcześniej – w kinie z okazji premier. Jak łatwo więc policzyć, obejrzałem LOTR-a po raz piąty.

Podtrzymuję moje wcześniejsze opinie dotyczące Dwóch wież i Powrotu Króla: TTT byłoby najlepszą częścią trylogii, gdyby nie zmarnowano nam Faramira. Aktor David Wenham wypada w tej roli po prostu źle, a wątek brata Boromira dodatkowo pogrążają kuriozalne zmiany fabularne względem oryginału. Natomiast TRoK jest nadal monumentalnym zwieńczeniem opowieści i wspaniałym kinem fantastyczno-przygodowym – tylko CGI zdążyło się postarzeć.

Po dziesięciu latach przerwy inaczej jednak odebrałem Drużynę Pierścienia. Dawniej uważałem ją za modelowe kino przygodowe o nienagannym tempie. Teraz zaś na pierwszej połowie… się wynudziłem, dacie wiarę? Jackson zekranizował książkę wiernie, zachowawczo i skrótowo (Toma Bombadila pomścimy!). Osobie znającej fabułę nie ma TFotR naprawdę nic do zaoferowania w sensie artystycznym, a jeżeli oglądamy film na małym ekranie, to nie ma też za dużo do zaoferowania pod względem kinematograficznym. Prawie każde ujęcie skomponowano wszak z myślą o kinowej projekcji i oklaskach publiczności. Drużyna… nabiera oddechu dopiero po wyruszeniu bohaterów z Rivendell; doskonale wypadają Moria i Lothlorien, a finałowa potyczka pod Amon Hen poprzedzająca rozbicie Drużyny jest jedną z najfajniejszych scen w całej trylogii.

Z kolei na wielkim ekranie, z okazji premiery najnowszej, rzekomo ostatecznej wersji montażowej, mogłem odświeżyć sobie Czas apokalipsy. Kolejny wariant arcydzieła Coppoli nie różni się zasadniczo od Powrotu z 2001 r., ale pal wioskę. Każdy pretekst byłby dobry, żeby ponownie towarzyszyć Willardowi w drodze do jądra ciemności. Aczkolwiek brakowało mi sceny, w której Kurtz czyta gościowi wyrywki z „Time’a”.

Na marginesie polecam Serca ciemności, niezwykły dokument z 1991 r. oparty na nagraniach żony Coppoli i pokazujący iście apokaliptyczne okoliczności powstawania Apocalypse Now. Zdjęcia do wojennego superklasyka trwały dwukrotnie dłużej niż planowano; koszty produkcji przekroczyły budżet o kilka milionów dolarów; premiera opóźniła się o całe dwa lata. Na planie ekipa musiała zmagać się z pogodą niszczącą sprzęt, kłocić z otyłym, nieprzygotowanym Marlonem Brando, i ratować Martina Sheena, który prawie wyzionął ducha z powodu ataku serca. (Notabene, Sheen zastąpił w głównej roli Harveya Keitela.)

Zakończmy słowami Francisa Forda Coppoli: Siedzieliśmy w dżungli, było nas za dużo, mieliśmy za dużo forsy, za dużo sprzętu i pomału wariowaliśmy.

Autor

Borys

Nauczyciel z Oslo. Bloguję na https://blogrys.wordpress.com

2 myśli na temat “Obejrzane w 2020: Powtórki”

  1. Znakomity wpis. Z większością ocen się zgadzam poza „Interestellar” – dla mnie to najlepszy film Nolana. No i co do Amon Hen – uważam, że dynamika tej sceny jest niesamowita.

  2. Interstellar? Ten film o typie, który myślał, że poleciał w kosmos, a siedział cały czas za szafą? Suchar wiem : – P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s