Autobusem

Zdziecinnienie społeczeństwa postępuje. Gdy jakiś czas temu jechałem na stojąco autobusem, po obu stronach siedziały kobiety w wieku balzakowskim, na dodatek grube. Ta po lewej łapała komórką pokemony, ta po prawej czytała któryś z wczesnych (poznałem po, ekhem, grubości) tomów Harry’ego Pottera.

Wolę własny infantylizm: Nie ma to jak po trzymiesięcznej przerwie w blogowaniu zmienić skórkę i udawać, że wszystko jest w porządku.

Sumienia nie da się jednak tak łatwo oszukać. Dobrze chociaż, że zmieniło podejście. Najnowszy jego wyrzut wywołany jest bowiem nie długą listą zalegających tematów na notki – backlog przekroczył wszak dziesięć tysięcy znaków daaawno temu – lecz nowymi subskrybentami Blogrysa, którzy powolutku skądś skapują i którzy mają prawo czuć się rozczarowani przewlekłą ciszą w eterze. Swoje do pieca dołożyło paru znajomych. Gdy rozmawialiśmy latem usłyszałem, że i owszem, gdy tylko naskrobię nową notkę, to oni zawsze z przyjemnością ją czytają. „Ale ostatnio nic nie pisałeś…”

Powody przeciągającego się milczenia są prozaiczne. Tak jak mniej więcej dziesięć lat temu przestało mi się chcieć forumować i komentować, tak ostatnio przestaje mi się chcieć siadać do pisania. Napisanie „porządnego” blogowego tekstu zajmuje około trzech godzin, które to godziny, im człowiek starszy, tym przyjemniej spędza mu się w intelektualnym pasie. Blog zabiera mi poza tym czas na pisanie opowiadań i artykułów z prawdziwego zdarzenia. Tych ostatnich w zasadzie też nie chce mi się pisać, lecz takie wytłumaczenie brzmi niezwykle ambitnie.

Jeszcze jedna sprawa: odbiór Blogrysa liczony w kliknięciach jest niezmiennie mizerny. Nie zależy mi bynajmniej na efekcie „majtek Dody”. Tych kilkanaście osób, które regularnie tu zagląda, uważam za bardzo wartościowych czytelników. Podobnie jak Heraklit nie zamieniłbym ich żadną mocą nawet i na dziesięć tysięcy przypadkowych internautów. Jednakże fakt, że nawet notki obiektywnie zasługujące na fejm nie potrafią się przebić, demotywuje.

Zostaje mi polowanie na pokemony i literatura młodzieżowa.

500

Na początku października Blogrys obchodził dziewiąte urodziny. „Dziewięć” to mało zgrabna liczba (choć kto pamięta przezwisko bohaterki Kapelusza za sto tysięcy Adama Bahdaja?), o półtora rzędu wielkości mniej okrągła niż „pięćset”. Tamtej rocznicy nie uczciłem więc żadną notką, ale z okazji pięćsetnego wpisu warto przygotować coś specjalnego.

Odwrócone prawo Sturgeona głosi, że 10% wszystkiego to rzeczy znakomite. Nieskromnie zastosowałem tę regułę do Blogrysa i wybrałem 50 najlepszych notek (no, niekiedy krótkich artykułów…) z historii blogu. Pogrupowałem je tematycznie, a na samym końcu zgromadziłem subiektywny Top Ten.

Czytaj dalej 500

Nowy Rok

Producent Blogrysa przysłał mailem podsumowanie mojej zeszłorocznej aktywności blogowej i przypomniał mi tym samym, że ostatnio nie najlepiej to wygląda:

blogrys2014

Nie potrzebuję, rzecz jasna, zewnętrznego wykresu, by wiedzieć, że w 2014 r. zatrważająco rzadko łapałem za klawiaturę. Pomysły na blogowe notki zapisywałem skrupulatnie w dedykowanym pliku tekstowym, lecz w treść przekuwałem ich bardzo drobny ułamek. Gorzki żal rozlewa się również na teksty cięższego kalibru, czyli przeglądy, recenzje i artykuły popularno-naukowe tudzież popularno-filozoficzne; piszę ich przynajmniej dwa razy mniej niż bym chciał. Nie brakuje pomysłów, nie brakuje chęci, więc pewnie czasu nie starcza? O dziwo, starcza. Niska produktywność skorelowana jest przede wszystkim z niską motywacją. I cierpię, bo przecież pisanie sprawia moc frajdy w trakcie i mnóstwo satysfakcji po.

Na pewno ktoś kiedyś gdzieś ogłosił hipotezę – a może nawet skonstruował całą psychologiczną teorię – zgodnie z którą osoby cierpiące na brak motywacji znajdują wydumane usprawiedliwianie swej bezczynności. Otóż ja także znalazłem i przez parę miesięcy w nie wierzyłem: Pisać nie pozwalał mi rzekomo czteroletni, powolny laptop, któremu rozchybotał się lewy zawias ekranu. Wyobrażałem sobie, że gdy tylko kupię nowego notebooka, najlepiej MacBooka, to natychmiast odzyskam dryg i trzaskać będę jeden tekst za drugim.

A potem przeczytałem o Hemingwrite, crowdfundingowym projekcie maszyny do pisania na miarę nowych czasów. Hemingwrite wybija litery nie taśmą na papierze, lecz elektronicznym atramentem na ekranie, a gotowe dokumenty zamiast na biurko trafiają prosto do chmury. Pomysł w zasadzie zacny – sam chciałbym posiadać urządzenie elektroniczne służące tylko do pisania (i zintegrowane z Dropboksem) – choć zastrzeżenia budzi design obudowy, a nadzieją na szczęśliwe doprowadzenie przedsięwzięcia do końca nie napawają na razie losy innego e-inkowego wynalazku, opóźniającego się Earla.

Na Hemingwrite’a wpłacono dotychczas ponad ćwierć miliona dolarów. Kim są darczyńcy? Przed oczami wyobraźni pojawili mi się hipsterscy wannabe-pisarze, którzy siedzą w Starbucksach i zgarbieni „uwalniają swoje myśli” na kolorowych maszynach do pisania zamiast na wysłużonych laptopach. Ech, czy narzędzie ma aż takie znaczenie?

Moment samokrytycznej refleksji przyszedł natychmiast.

Raport WordPressa donosi, że w 2014 r. największą ilością wkliknięć cieszyły się notki Dziwne śruby (tutaj druga część), Konserwatyzm, liberalizm, socjalizm, Najlepsze z usłyszanych w 2013 (cz. 3) i Gender złamał mi rękę. Nie mam wątpliwości, że gdybym przez kilka miesięcy intensywnie blogował tylko o Norwegii, poglądach Janusza Korwina-Mikkego, muzyce oraz genderze, to statystki odwiedzin zostałyby szybko doładowane. Jednak w przeszłości zapowiadanie tematów prowadziło tylko do niedotrzymywania obietnic, więc tym razem się odeń powstrzymam. Obym po prostu blogował częściej. Hipsterską maszynę do pisania musi mi zastąpić Małpa Do Pisania. Opowiem przy następnej okazji.

Blogrys 2013

Kolejny rok za nami. W styczniu Blogrys zapełnią przeglądy najlepszych piosenek, filmów i książek, z jakimi zetknąłem się w ciągu minionych dwunastu miesięcy. Na razie pokuszę się, po raz pierwszy zresztą, o krótkie podsumowanie metablogowe.

W 2013 r. na Blogrysie ukazało się 49 notek i ok. 130 komentarzy. Nie znam pełnych statystyk odwiedzin, gdyż na My Operze wyłączono je dawno temu, a na WordPressa przeniosłem się dopiero w listopadzie. Blogrys na nowej platformie doczekał się zaledwie 600 (nieunikatowych) wejść, ale nie od razu Rzym zbudowano. Zadanie (od)budowy utrudniłem sobie co prawda rezygnując z konta na Facebooka i możliwości linkowania tam swoich wpisów, lecz dla osób nie znających dobrodziejstw RSS-a uruchomiłem moduł pozwalający na mailową prenumeratę nowych wpisów. Miło też połechtał moją próżność fakt, że Salantor dopiero co zarekomendował moją notkę u siebie na blogu. Dzięki.

Za najlepsze swoje wpisy z ubiegłego roku uważam:

  • powtórkę z Matriksów, którą przedrukowała Gadżetomania
  • recenzję Zero Dark Thirty, formalnie chyba najfajniejszy tekst filmowy, jaki udało mi się kiedykolwiek spłodzić
  • podzielony na kilka odcinków przegląd piosenek z ubiegłorocznej Eurowizji
  • recenzję graficznej powieści o Kubie Rozpruwaczu pt. From Hell; nie wykluczam, iż to najbardziej rzeczowa recenzja komiksu Alana Moore’a, jaka ukazała się w polskim internecie
  • tłumaczenie artykułu Davida Graebera pt. O zjawisku oszukańczych etatów; nie dlatego, że swój przekład uważam za nader udany, ale dlatego, że tekst Graebera to wyśmienity esej
  • recenzję fenomenalnego Grand Theft Auto V (w chwili obecnej licznik mojego stanu gry pokazuje 55%)
  • przegląd norweskich przysłów i powiedzeń; odcinki trzeci i następne niebawem
  • moje odkrycia dotyczące literackich kategorii

A co w garach? W 2014 r. na Blogrysie powinny ruszyć cztery nowe cykle notek. Po pierwsze, „ciekawostki z pogranicza historii, sztuki i religii, które gorliwie wynotowywałem podczas oglądania, a potem i czytania, Cywilizacji Kennetha Clarke’a” (cudzysłów bierze się stąd, że obiecywałem je jeszcze jesienią 2012 r.). Po drugie, „przegląd najlepszych odcinków Z Archiwum X„. Po trzecie (to już świeży koncept), rady dla pisarzy, bynajmniej nie moje, ale pochodzące od innych pisarzy, tyle że opatrzone moim dyskretnym komentarzem. Po czwarte, omówienie poszczególnych rozdziałów znakomitej „prawicowej” książki Ryszarda Legutki pt. Triumf człowieka pospolitego.

Mam też aż za dużo pomysłów na pojedyncze notki, więc jeśli tylko starczy czasu, od lutego Blogrys znów będzie zaskakiwał eklektycznością podejmowanych tematów. Od lutego – bo w styczniu, jak już wzmiankowałem, czekają Was Najlepsze z Usłyszanych, Obejrzanych i Przeczytanych w 2013.

Szczęśliwego Nowego Roku! Dziękuję za uwagę i stay tuned.

Siedem lat w Operze

Seji przywoził z Polski cukierki, przemycał je do siedziby firmy i przynosił mi stamtąd podkoszulki z pomysłowymi nadrukami. Nie pomogło. Lokalny patriotyzm też nie. Nigdy nie polubiłem Opery. Norweska przeglądarka pochłaniała zbyt dużą część systemowych zasobów, moje low-endowe komputery dyszały wentylatorami, a zintegrowane moduły, które dostawałem w zamian, nie były mi do niczego potrzebne. Co gorsza, Opera nie radziła sobie z poprawnym wyświetlaniem zawartości witryn. Może i wina leżała po stronie ich autorów, którzy nie umieli sformatować kodu zgodnie z obowiązującymi standardami – ale co z tego? Miarka przebrała się, gdy sprawdzałem rozkład jazdy na stronie łódzkiego MPK. W oknie Opery pokazywała się stara tabelka. Tramwaj uciekł. Potem okazało się, że tylko Opera nie widzi najnowszej wersji rozkładu. Wróciłem do Firefoksa, potem przerzuciłem się na Chrome. Tramwaj znów przyjeżdżał na czas.

Zupełnie inaczej przedstawiała się sprawa z platformą blogową My Opera. Od początku imponowała mi ich makieta łącząca zwartość bloków z przejrzystością kompozycji. Blogi operowe czytało się bardzo dobrze we wszystkich odmianach graficznych, a poszczególne elementy witryny były zawsze idealnie do siebie dopasowane. Co prawda „na zapleczu” od kilku lat brakowało rzetelnych statystyk odwiedzin, ale tak poza tym nie było do czego się przyczepić. Nic więc dziwnego, że Blogrys przez siedem lat wspaniałomyślnie pozwalał My Opera na hosting – choć od czasu do czasu próbował się albo przenieść, albo zamknąć.

Jednak platforma od długiego czasu się nie rozwijała, co kazało podejrzewać, że prędzej czy później Opera wyciągnie wtyczkę. Zamknięcie serwisu zapowiedziano oficjalnie dwa tygodnie temu. My Opera przestanie istnieć 1 marca 2014 r. Blogrys musiał więc migrować, tym razem nieodwołalnie.

Blogspota nie brałem w ogóle pod uwagę, ponieważ nie chciałem jeszcze bardziej uzależniać się od Google’a. Wypróbowałem Typepada i bardzo mi się spodobał, ale w obliczu istnienia dobrej i darmowej alternatywy zrezygnowałem z płacenia dziesięciu dolarów miesięcznie. Ową alternatywę stanowi WordPress, który kiedyś odstraszał mnie bajzlem w ustawieniach, ale który bardzo się pod tym względem poprawił. Wyeksportowałem więc notki, uporządkowałem kategorie, wyszukałem czytelny temat. Ze starych wpisów przepadło justowanie i zagnieżdżone filmiki z YouTube’a, ale na szczęście ocalały komentarze.

Proszę więc o przestrojenie zakładek oraz RSS-ów. Witam pod nowym adresem:

https://blogrys.wordpress.com

365

Tydzień temu Blogrys skończył sześć lat. Poniższa notka jest jednocześnie trzysta sześćdziesiątą piątą. Oznacza to, że gdybym od początku istnienia blogu pisał raz dziennie, wszyscy bylibyśmy teraz młodsi o pięć lat. Wybaczcie.

Jakiś czas temu, szykując się na podwójny jubileusz, uporządkowałem Blogrysowe tagi. Każdej notce przypisałem dokładnie jeden, poświęcając tematyczne indeksowanie na rzecz strukturalnej przejrzystości. Ponieważ silnik My Opera nie pozwala pogrupować tagów w kategorie, robię to poniżej.

Tymczasem dziękuję osobom, które wciąż tu zaglądają pomimo moich kaprysów związanych z przenosinami i zawiesinami. Szczególne podziękowania kieruje do wszystkich tych, którym chce się od czasu do czasu zostawić komentarz. Obiecuję, że zanim pęknie czterechsetna notka, znajdziecie tu moc ciekawych treści. Między innymi:

  • argument przemawiający za istnieniem Boga (hell, yes!)
  • artykuł popularnofilozoficzny o jednej z najważniejszych dychotomii współczesnej nauki (emergentyzm kontra redukcjonizm)
  • ciekawostki z pogranicza historii, sztuki i religii, które gorliwie wynotowywałem podczas oglądania, a potem i czytania, Cywilizacji Kennetha Clarke'a
  • przegląd najlepszych odcinków Z Archiwum X (hell, yes!)
  • impresje z lektury Ulissesa
  • teksty o filmowych klasykach

Stay tuned. …

Czytaj dalej 365