Ostatnie uaktualnienia Strona 2. Toggle Comment Threads | Skróty klawiaturowe

  • Borys 20:57 on 04/01/2019 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: ,   

    Blogrys Mixtape 2018 

    longplay

    Szczęśliwego Nowego Roku! Wracam po bez mała półrocznej nieobecności; na razie wyłącznie po to, by zgodnie z blogową (blogosferową) tradycją podsumować miniony rok przeczytanymi książkami, obejrzanymi filmami oraz wysłuchaną muzyką. Zaczynamy od nut.

    Jedno jedyne kliknięcie dzieli Was od

    Blogrys Mixtape 2018,

    zestawu 58 kawałków, które wpadły mi w ucho tak głęboko, że skrupulatnie zanotowałem tytuł i wykonawcę.

    Jedną trzecią playlisty stanowi, przyznaję bez bicia, pop; drugą trzecią utwory z popowych pograniczy; trzecią trzecią zaś przedstawiciele innych, niekoniecznie jasno zdefiniowanych gatunków. Mixtape jest więc całkiem łatwy i bardzo przyjemny w słuchaniu. Nie usiłuje schlebiać wyrafinowanym melomańskim gustom, ale ze względu na jego eklektyczność mogę zaręczyć, że każdy wyłowi przynajmniej trzy… nie, pięć perełek. Przynajmniej!

    Z przykrością stwierdzam, że w zestawie nie znalazła się ani jedna polska piosenka. Poza tym prawie w ogóle nie wrzucałem doń utworów z albumów, które podobały mi się od początku do końca, chociaż wiele takowych rozbrzmiewało w mym głośniku i słuchawkach w ubiegłym roku. No to w kolejności alfabetycznej i z króciutkimi omówieniami:

    • René Aubry: Petits sauts délicats avec grand écart (2018) – delikatna, przeurocza francuska elektronika, nieślubne dziecko Vangelisa i Jarre’a.
    • The Band: Music From Big Pink (1968) – ZESPÓŁ lepiej odkryć późno niż nigdy…
    • James Brown: 20 All Time Greatest Hits! (1991) – …podobnie jak Janusza Brąziaka, mistrza soulu (ale on obił mi się przynajmniej wcześniej o uszy).
    • Leonard Cohen: The Future (1992) – akurat tej płyty Cohena nie znałem jak dotąd w całości, chociaż kiedyś, dawno temu, przy pomocy pochodzącej z niej piosenki przetrąciłem Blogrysowi kręgosłup.
    • Diana & Marvin: Diana & Marvin [album pod linkiem jest niepełny, szukajcie całości na Spotify] (1973) – w minionym roku namiętnie słuchałem Marvina Gaye’a. Z Dianą Ross stworzył chyba duet wszech czasów, natomiast…
    • Marvin Gaye: What’s Going On (1971) – …na swoim legendarnym concept albumie jest cudowny w pojedynkę…
    • Marvin Gaye: Let’s Get It On (1973) – …i oczywiście warto zapoznać się z resztą jego dyskografii.
    • Genesis: We Can’t Dance (1991) – mam słabość do Phila Collinsa.
    • Sonny Landreth: Outward Bound (1992) – elektryczny blues jak marzenie.
    • Lao Che: Wiedza o społeczeństwie (2018) – najnowsza płyta Lao Che uchodzi wśród fanów za jedną ze słabszych w ich dorobku, ale w niczym mi to nie przeszkadza. Przesłuchałem ją już z dziesięć razy. Liczba mnoga bliżej Boga.
    • Madonna: Ray of Light (1998) – chciałbym, żeby wszystkie albumy popowe były choć w połowie tak przemyślane i sprawne warsztatowo jak światło Madonny.
    • Vangelis Papathanassiou: L’apocalypse des animaux (1973) – w końcu dane mi było przesłuchać w całości płytę, z której pochodzi urzekająca La Petite Fille de la mer.
    • Shakira: Laundry Service (2001) – do Shakiry też mam słabość!
    • Nina Simone: Little Girl Blue (1959) – nadgryzłem pokaźną dyskografię Simone. Jak na razie najbardziej podobała mi się jej debiutancka płyta, chociaż większość albumów wciąż przede mną.
    • Karsten Troyke: Noch Amul! (2012) – pierwszego września byłem w doborowym towarzystwie matki i żony na niezapomnianym koncercie Troykego, Niemca specjalizującego się w tradycyjnych piosenkach żydowskich.
    • Kamasi Washington: Heaven and Earth [nie ma na YT, szukajcie na S] (2018) – spiritual jazz bez pudła.

    Zaledwie trzy z powyższych są rzeczywiście nowe, to znaczy datowane na 2018 r. Pozostałe odkryłem z zawstydzającym opóźnieniem. Tak już mam.

    Reklamy
     
  • Borys 16:00 on 10/08/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags:   

    Ostatni viracocha 

    tratwa

    Był antropologicznym Indianą Jonesem rodem z Norwegii, który na zlecenie Hansa Günthera, hitlerowskiego eksperta od aryjskości zwanego „Papieżem Rasy”, wykradał czaszki tubylców z polinezyjskiego cmemntarza. Podczas Drugiej Wojny Światowej w dywersji szkolili go Brytyjczycy. Uznali wesołego blondyna za najbardziej pojętnego ucznia Kierownictwa Operacji Specjalnych. Natomiast krótko po wojnie dokonał rzeczy uważanej przez specjalistów i marynarzy za niemożliwą: Choć nie umiał pływać i bał się głębokiej wody (jawiącej mu się niczym „wrota do królestwa śmierci”), za pierwszym podejściem przeprawił się na tratwie z balsy przez pół Pacyfiku zadając kłam ówczesnym dogmatom etnograficznym.

    Poprzednim razem pisałem o jego dzieciństwie i miodowym roku spędzonym na Fatu Hivie. Dzisiaj – ciąg dalszy tej niezwykłej historii, po raz pierwszy spisanej przez Polaka ;)

    (More …)

     
  • Borys 16:00 on 03/08/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags:   

    Terai Mateata 

    tratwa

    Co tam norweskie idiomy, co tam ocenianie książek, co tam szkodliwość Twittera! Dzisiaj, przynajmniej przez wstępną chwilę, mowa będzie o nieskończenie ważniejszym zagadnieniu: Jak poderwać dziewczynę?

    Klubowi fachowcy zaproponują najsampierw nieśmiertelny tekst astronomiczno-angelologiczny, który złamał niejedno niewieście serce przy barowej ladzie:

    – Cześć, maleńka. Bolało, jak spadałaś z nieba?

    Istnieje też wariant, który nie dość, że przynosi na myśl skojarzenia z Silmarillionem, to na dodatek z miejsca wymusza na obiekcie podjęcie dialogu:

    – Cześć, maleńka, twój tato musiał być niezłym złodziejem.
    – Co? Dlaczego?
    – No bo skradł z nieba te dwie gwiazdy i umieścił je w twoich oczach.

    A co mówią zagraniczni eksperci? Na przykład nieoceniony Johnny Bravo należy do zwolenników podrywu kontekstowego. Radzi, by do kobiet napotkanych w samolotach tudzież na szybowiskach zwracać się bez ogródek per „latawico”, zaś do tych bibliotecznych uderzać w następujący sposób:

    – Jak tak lubisz czytać, to może poczytaj w moich myślach!

    Johnny Bravo jest jednak postacią fikcyjną. Tymczasem pewien Norweg w wieku maturalnym poderwał swoją (pierwszą) żonę mniej więcej takim tekstem:

    – Cześć, laleczko, może popłyniemy razem na bezludną wyspę?

    Liv Coucheron Torp, atrakcyjna siedemnastolatka z dobrego domu, nie umiała oprzeć się czarowi tego pozornie nieśmiałego chłopaka. Mało tego – na pytanie odpowiedziała pozytywnie! Wzięli ślub trzy lata później, w Wigilię Bożego Narodzenia 1936 r. Następnego dnia wyruszyli w bardzo długi rejs.

    Liv nie mogła jeszcze wtedy wiedzieć, że jej (pierwszy) mąż okaże się najsłynniejszym Norwegiem dwudziestego wieku, zaś obok trójki Ibsen–Munch–Grieg – najsłynniejszym w ogóle.

    (More …)

     
    • m. 10:05 on 04/08/2018 Bezpośredni odnośnik

      Napisałeś, że pisząc książkę zapomniał o tym, że sam był źródłem części swoich problemów. Tak mi się skojarzyło, że takie ucieczki na bezludne wyspy i zainteresowanie tymi tematami (np. wszystkie programy telewizyjne dziś itp.) to najczęściej wyobrażenie o bezludziu ludzi przyzwyczajonych do europejskiego, dosyć wygodnego życia. Jak widać zaczęło się to już całkiem dawno.

    • Borys 15:04 on 04/08/2018 Bezpośredni odnośnik

      Święta racja. Według mnie najważniejszy morał płynący z jego niepowodzenia jest taki, że nie doceniamy nie tylko zdrowia („nikt się nie dowie, jako smakujesz aż się zepsujesz”), ale i nowoczesnej medycyny, która nam to zdrowie zapewnia, a w razie czego ratuje.

  • Borys 16:00 on 27/07/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Rewaloryzacja 

    ksiazki

    Miesiąc temu pisałem o ocenianiu książek. Na zakończenie pierwotnej wersji notki chciałem poddać pod rozwagę pewien dylemat. Wyciąłem jednak tamten fragment, ponieważ wpis i bez niego był nieznośnie długi. Zamiast epilogu będzie więc postscriptum.

    Na samym początku mojego manifestacyjnego poradnika poruszyłem kwestię spójności ocen w czasie; skala ocen powinna być krótka, gdyż w przeciwnym razie obarczona będzie marginesem subiektywnego błędu. Jednego dnia skłonni bylibyśmy przyznać niezłej powieści 81 punktów na 100. Następnego dnia – już tylko 79. Co jednak począć, jeżeli spójność złamie się na pół wskutek całkowitej zmiany opinii na przestrzeni lat?

    Do takich wprawiających w konfuzję sytuacji dochodzi niekiedy podczas lekturowych powrotów. Scenariusz zdarzeń wygląda za każdym razem podobnie: Przeczytaliśmy kiedyś książkę, która niezmiernie nam się spodobała. Powodowani sentymentem sięgamy po nią ponownie, licząc na powrót wyśmienitych wrażeń… a tu guzik. Książka się zestarzała – my dorośliśmy – zmieniły się nasze czytelnicze upodobania – w międzyczasie dowiedzieliśmy się, że Nienacki był ormowcem-erotomanem.

    Czy „czwórka” powinna wówczas z zimną krwią przemienić się w „dwójkę”? Czy też wolno jej po wsze czasy „czwórką” pozostać?

    Nie chodzi tu wbrew pozorom o pytanie, czy nostalgia i sentyment winny mieć pierwszeństwo przed niezwruszonym stanem aktualnego gustu. Nie chodzi nawet o to, czy oceny książek podlegają z czasem weryfikacji – która i tak byłaby niemożliwa do pełnego przeprowadzenia, bo przecież nie sposób czytać zestawu stu książek na okrągło przez całe życie. Zagadnienie jest głębsze. Podnosimy problem z dziedziny estetyki (podkategoria: osąd estetyczny).

    Jeżeli w wieku lat X pewna powieść nam się podobała, ale w wieku lat Y już nie – to w końcu podobała się, czy nie? Nie wiem. Nie wiem także, czy odpowiedź na to pytanie zależy od okoliczności, które gust nam przestawiły. Zazwyczaj przyczyną nowej oceny będzie osiągnięcie kolejnego etapu „czytelniczej dojrzałości”, lecz czasami po prostu przesycimy się określonym gatunkiem bądź autorem. Co wtedy?

    Nie wiem. Ale:

    Jeżeli dobrowolnie uczestniczysz w moich oceniarskich refleksjach, prawie na pewno należysz do grona zagorzałych czytelników, którzy od czasu do czasu o przeczytanych książkach piszą lub przynajmniej żywo dyskutują. Jako osoba czytająca w sposób „świadomy” i mniej lub bardziej zaplanowany, bez wątpienia zorientowałaś się dawno temu – i niewesołe było to odkrycie! – że życia nie starczy (dosłownie!) na dogłębne zapoznanie się ze wszystkimi godnymi uwagi lekturami, których liczba idzie wszak w tysiące.

    Dorzucam drugą złą wiadomość: Nie tylko nie zdążymy przeczytać wszystkich książek, które przeczytać byśmy chcieli – ale i na przeczytanie wielu z nich jest już za późno. Mamy za sobą ten punkt życia, w którym jakaś lektura zarezonowałaby najmocniej.

    Kerouaca i Salingera najlepiej czytać w wieku lat siedemnastu. Bo potem to ★★☆☆☆, w najlepszym razie ★★★☆☆.

    ____________________
    Autorem zdjęcia wykorzystanego w nagłówku jest Mark Ramsay (CC, Flickr).

     

     
  • Borys 16:00 on 20/07/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , , , , ,   

    Niebieski jak gołąbek 

    golab_je

    Jeśli dobrze poszukać, w internecie da się znaleźć mądre odpowiedzi na ważkie i palące pytania dotyczące kondycji mediów. Na przykład:

    • Na czym, w jednym zdaniu, polega największa szkodliwość Twittera? (Na zakazie marynowania.)
    • Czy powinien martwić nas odwrót druku pod naporem internetu? (Niekoniecznie.)
    • Dlaczego internet wymusza dzielenie się informacjami osobistymi w nieporównywalnie większym stopniu niż dawniej? (Psychogeografia, głupcze!)
    • Co mają wspólnego nałogowi użytkownicy Facebooka z gołębiami? (Lubią to!)
    • Czy znalazł się jakiś mądry chłop, który w mniej niż czterech tysiącach znaków podsumował bez pudła, dlaczego tradycyjne media znalazły się w ogromnym kryzysie i jak jawi się ich przyszłość? (Owszem.)

    Uzasadnienia i rozwinięcia za tydzień, żartowałem, poniżej.

    (More …)

     
    • m. 16:18 on 23/07/2018 Bezpośredni odnośnik

      Bardzo ciekawe wnioski, szczególnie przyrównanie pisania stylem twittera do czasów średniowiecznych. Szczególnie, że coś w tym naprawdę jest. Wszyscy oburzają się fake newsami, czyli sami się sobie dziwią, że udało się komuś ich tak prostacko oszukać. ;-)

  • Borys 16:00 on 13/07/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags:   

    Pachnie „Teen Spiritem” 

    30kwintali

    (tl;dr: Link do playlisty tutaj)

    Usiadłem, żeby napisać muzyczny list miłosny do lat 90. Przejrzałem notatki i zabrałem się za układanie mixtape’u spod znaku nieśmiertelnych najntisów. Przypomniawszy sobie nagle o Blogrysie pomyślałem, że mogę przecież podzielić się składanką z innymi. Ale zestawień typu „Najlepsze piosenki dekady” jest w internecie bez liku. Żeby wysforować się choć troszkę, przykroiłem swoją plejlistę nożyczkami metodologicznymi, tak jak zrobiłem to niegdyś tworząc ranking coverów.

    • Lata 90. zaczynają się u mnie w 1990 a kończą w 1999. Na razie bez innowacji.

    • I pierwsza innowacja: Każdy wykonawca może pojawić się tylko raz. Wybacz, Michael. Zasada ta obowiązuje także wtedy, jeżeli komuś zdarza się śpiewać czasem solowo, czasem w grupie. Wybacz, Phil.

    • Z każdego roku wziąłem pięć zachodnich (czyli przeważnie anglosaskich, choć trzech Włochów – zgadniecie, którzy to? – też się załapało) przebojów. Dorzuciłem 15 utworów polskich z całej dekady. Docisnąłem pięcioma zachodnimi kawałkami, dla których zabrakło miejsca w pierwszym etapie selekcji. Razem 70 kawałków.

    • Decyduje wcześniejsza data premiery – singla lub albumu. Zadałem sobie odrobinę trudu i dość dokładnie te roczniki posprawdzałem.

    • Do zestawienia nie trafiły The Sweetest Thing U2 oraz You’re My Heart, You’re My Soul Modern Talking, które uwielbiam, ale które są w gruncie rzeczy piosenkami z pierwszej połowy lat 80., tyle że pod koniec lat 90. wydano je z pompą i sukcesem ponownie.

    • W mixtapie nie ma przebojów, które nagrano na potrzeby soundtracków lub które trafiły do (głośnych) filmów w roku swojej premiery. W przedbiegach odpadły więc I Will Always Love You Whitney Houston, Streets of Philadelphia Bruce’a Springsteena, Gangsta’s Paradise Coolio, I Don’t Wanna Miss a Thing Aerosmith, My Heart Will Go On Celine Dion, Iris Goo Goo Dolls, Golden Eye Tiny Turner, Everything I Do (I Do It For You) oraz Have You Ever Really Loved A Woman? Bryana Adamsa (szczególnie tej ostatniej mi żal).

    • Ograniczam eurodance i disco, ale ich nie rugam.

    • Queen musi być reprezentowany przez coś innego niż Bohemian Rhapsody (1992), bo to wszak przebój ponadczasowy.

    • Składanka jest subiektywna, podstemplowana moim gustem i napędzana moim sentymentem. Trafiły tutaj piosenki, które lubię i które kojarzą mi się z latami dziewięćdziesiątymi najmocniej. Niby oczywista sprawa… lecz w zestawieniu nie znajdziecie m.in. Nothing Compares 2 U Sinéad O’Connor (szanuję, ale zbyt ckliwe), Ironic Alanis Morissette (nigdy mi do końca nie przypadło), Bitter Sweet Symphony The Verve (supercharakterystyczne, owszem, ale przegrało z innymi kawałkami), Freestyler Bomfunk MC’s (nie znosiłem i nie znoszę! schowajcie kosy! na szczęście to sama końcówka dekady, więc wybaczenie przyjdzie łatwo…), ani tytułowego (mowa o tytule notki) Smells Like Teen Spirit Nirvany (kiedyś uwielbiałem, potem mi się przejadło).

    • Z drugiej strony wszystkie pozycje na liście (bez wyjątku) są utworami powszechnie znanymi. Nie trafiła tu zatem żadna Shawawa z albumu Hopsum-dyrdum grupy Blak Blak People tylko dlatego, że słyszałem ją często w dziewięćdziesiątym szóstym na wakacjach w Pcimiu Środkowym, i teraz wybornie mi się kojarzy.

    • Zawsze myślałem, że tytułowy „teen spirit” to „gorzałka dla szczyli”, czyli jakaś odmiana taniego likieru. Tymczasem okazuje się, że Kurt Cobain śpiewał o dezodorancie dla nastolatek (serio)!

    • Wahając się między utworem skoczniejszym a rzewniejszym, wybierałem skoczniejszy. Kogoś to dziwi? Przepraszam, Axl. Nie lubię deszczu w listopadzie.

    • Nie ma tu w ogóle hip-hopu (nie licząc paru hip-popowych wyjątków), jako że w latach 90. go nie słuchałem.

    • Zabrakło Chłopaków Z Tylnej Ulicy, ale są Pikantne Dziewczyny. Nie wpuściłem za to Britney Spears, zawsze mnie wkurzała.

    • Odkryłem, że Typ niepokorny Stachursky’ego jest coverem. Pierwowzór znalazł się na plejliście.

    • Metodologia przemienia się w wyliczankę ciekawostek, co znaczy, że niezwłocznie trzeba przejść do rzeczy!

    Miłego słuchania. Jeżeli urodziłeś się mniej więcej w połowie lat osiemdziesiątych, na bank poniesie Cię za chwilę fala nostalgii. Jednakże ucieszę się najbardziej, jeśli mixtape przypomni Ci chociaż jeden od dawna nie słyszany szlagier.

    :: YOUTUBE ::
    :: SPOTIFY ::

    (Na dzień dzisiejszy wersja YT jest kompletna; wersja S niestety nie, brakuje czterech polskich piosenek).

    Bonusy:
    25 nieśmiertelnych gwiazd jednego przeboju lat 90.
    30 najwspanialszych teledysków lat 90.
    Zestawienie alternatywne

     
    • m. 15:13 on 14/07/2018 Bezpośredni odnośnik

      Na początek zobaczyłem listę i myślę, a gdzie jest Freddie Mercury! Potem doczytałem, że każdy tylko raz, licząc wszystkie możliwe zespoły. No i „Mr. Bad Guy” jest z 1985. Ja chyba jestem bardziej ukierunkowany na lata 70-te i 80-te. ;-)
      A sama playlista zacna, rzeczywiście wyciąga z pamięci to co się wtedy często grało w radiu, czy w telewizji.

      A co do Teens Spirit to swego czasu Wojciech Mann miał cykl z tłumaczeniem tekstów piosenek i opisywał właśnie ten fakt:
      http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,4155920,20040830RP-DGW_D,SMELLS_LIKE_TEEN_SPIRIT,.html – fajne były te artkuły.

  • Borys 16:00 on 06/07/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , , ,   

    Dziwne śruby (8) 

    dziwne_sruby

    Wydanie wakacyjne, podwójne. Dzisiejsze śruby będą w wiaderkach i kubłach. Mam nadzieję, że spadną na dobrą glebę. Zaostrzcie się i bez obawy, nie będę prowadził Was za światło. Inwestowanie czasu w Blogrysa nigdy przecież nie było złym sklepem.

    (More …)

     
    • Marcin “Seji” Segit 17:10 on 06/07/2018 Bezpośredni odnośnik

      å føre bak lyset – a to nie będzie coś o wyprowadzeniu w pole lub na manowce?

    • maciej 17:58 on 06/07/2018 Bezpośredni odnośnik

      Cześć. I tak ten blog jest najczęściej odwiedzanym przeze mnie blogiem prywatnym; z nie serwisów i portali. :)

      Nie zawsze komentuję, czytam częściej.

      Już zrozumiałem dlaczego we wstępie: ,,Inwestowanie czasu w Blogrysa nigdy przecież nie było złym sklepem.” – na co od razu zwróciłem uwagę. :) W j. polskim brzmi to nieco śmiesznie, ale jakby chwilę przywyknąć… to całkiem, całkiem. Ma to logikę.

      Cały wątek jest odjechany, ale rządzi, wymiata i jest – za przeproszeniem – w pizdeczkę! ;)

    • Borys 18:42 on 06/07/2018 Bezpośredni odnośnik

      @Marcin: Racja! Dzięki, poprawiłem.

      @Maciej: Dzięki! Polacy mają „łeb jak sklep”, a Norwegowie tylko „złe sklepy”. :)

    • sebasista 16:25 on 09/07/2018 Bezpośredni odnośnik

      Czy „być kiedyś zimą na dworze” to nie będzie bardziej „z nie jednego pieca chleba jedzenie”? O takie życiowe doswiadczanie chodzi, czy inne?

    • Borys 18:03 on 09/07/2018 Bezpośredni odnośnik

      Słusznie, słusznie. Widać, że jeśli chodzi o idiomy, to byłeś wiele razy zimą na dworze. :) Dzięki, dodaję tłumaczenie.

  • Borys 16:00 on 29/06/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Jak oceniać książki 

    ksiazki.jpg

    Od kilkunastu lat recenzuję i oceniam książki. Co prawda moje spisane opinie rzadko konfrontują się polemicznie z cudzymi. Tkwię więc poniekąd w bańce samozadowolenia, lecz dokładam starań, by nie ferować poglądami nieuzasadnionymi, przesadnie krytycznymi. Od ponad ośmiu (!) lat przymierzam się nawet do notki poświęconej prawidłom recenzowania. Dzisiaj jednak uraczę Was czymś innym: własnym zdaniem na temat oceniania książek, rozumianego po prostu jako wystawianie przeczytanym tytułom liczbowej oceny, czy to na łamach periodyków, czy też na własne potrzeby w Biblionetce.

    Uważam, że:

    ★ Skala ocen powinna być krótka, bo w przeciwnym razie nie będzie rzetelna.
    ★★ Skala ocen powinna być jasno zdefiniowana, żeby wiadomo było, o co właściwie w niej chodzi.
    ★★★ Skala ocen powinna być asymetryczna; „większą połowę” należy przeznaczyć na książki dobre.
    ★★★★ Ocenianie powinno być „rozsądnie subiektywnie” i nie silić się na fałszywy obiektywizm.
    ★★★★★ Ocenianie powinno dopasowywać się do gatunku i zrezygnować z uniwersalnych aspiracji.
    ★★★★★★ Skalę ocen należy wyposażyć w podpowiedzi, które w pragmatyczny sposób pomogą w rozstrzygnięciu problematycznych sytuacji.
    ★★★★★★★ Ocena maksymalna powinna być obwarowana szczególnie precyzyjnymi kryteriami.

    Rozwińmy, uzasadnijmy. Będzie dość długo i bardzo mądrze.

    (More …)

     
    • maciej 22:32 on 29/06/2018 Bezpośredni odnośnik

      ,,wybitne, zachwycające” – To jest dobre. Zawsze spinałem się na widok w wielu portalach: ‚arcydzieło’. :)

      Arcydziełem jest ,,Bitwa pod Grunwaldem”, ale nie moja ulubiona pozycja: ,,Ja, Gelerth”, której jednak chcę dać najwyższą notę.

      Na łamach ,,Lubimy Czytać” istnieje teraz 10st.sa – jednak większość jej chciała, jak się okazało po głosowaniu. Po przemyśleniach, wstępnej fascynacji – szybko zatęskniłem za 5st.

      Ale jak już istnieje, to jeszcze ją rozwinąłem. :)

      Tak np. (umieszczam to teraz po prostu pod opinią/recenzją):

      Oceny szczegółowe książki:
      Ocena ogólna: 10+
      Fabuła ,,Diuny”: 8/9
      Narracja, język, sposób pisania (oryginalność), styl: 10+
      Innowacyjność (ew. zaskoczenie): 10+
      Spójność/konsekwencje/logika: 8/9/10
      Oczarowanie lekturą: 10+

    • m. 21:16 on 30/06/2018 Bezpośredni odnośnik

      To częściowo problem ogólny wszystkich systemów ocen. Oceniłem dużą liczbę filmów w serwisie Filmweb (skala 1-10) i miałem podobne odczucia co do kilku poruszonych kwestii.
      Ocena może być czasem losowa i zależeć od dnia, szczególnie gdy coś wypada jednak pośrodku dwóch możliwych ocen. Przed tym się nie ucieknie.
      Tam skala jest niby dziesięciostopniowa, więc z zapasem, ale oceniając interesujące filmy, które sam wybieram daje w większości oceny 6 – 9. Najczęściej problem jest pomiędzy 7 i 8. Skala 1-5 nie jest używana, bo nie będę się katował i decydował, czy jest „źle” czy „bardzo źle”.
      Rzeczą, która tam wg mnie jest pomocna w ocenie są opisowe wyrażenia przy każdej z ocen – „ujdzie”, „dobry”, „bardzo dobry”, „rewelacyjny” i „arcydzieło”. Nieraz powstrzymuje to przed pochopną oceną, myśle wtedy np. „to jednak jest dobre, nie zasługuje na niższe wyrażenie”.
      Wracając do losowości to nieraz silę się na sprawiedliwość i staram się równać do innych ocen. Jednak już dawno powiedziałem sobie, że nawet jeżeli to arcydzieło, a nie podoba mi się to wystawiam ocenę wg własnego uznania.
      Ostatnio odstrzeliłem tak Fitzcarraldo, zanudził mnie. ;-)

    • Borys 21:30 on 30/06/2018 Bezpośredni odnośnik

      @Maciej: O, cześć, bardzo dawno tutaj nie komentowałeś. :) Co do „arcydzieła”, zgadzam się; w kontekście oceniania jest to okropne określenie. Dzielenie oceny na kategorie uważam za dobry pomysł, z tym że czasami trudno o konsekwentność. Na przykład w kryminałach szalenie istotna jest „intryga”, która traci na znaczeniu w obrębie literatury pięknej (chyba że mowa o „Braciach Karamazow” :)). Co jednak począć z książkami plasującymi się gdzieś na styku obu gatunków? I jeszcze jedna sprawa: Jak z ocen cząstkowych wyliczyć ogólną, gdzie rozłożyć akcenty?

      @M.: Przeniosłem się kilka miesięcy temu z ocenianiem filmów na Critickera. Skatalogowałem z pamięci kilkaset filmów, ale potem nie wytrzymałem i wszystkie oceny starannie przejrzałem dokonując małego studium komparatywnego. W rezultacie uznałem, że wiele not należy zmodyfikować.

      Ostatnio, po obejrzeniu „The Master”, pojawił się zaś kolejny szkopuł: Jaką ocenę wystawić dziełom typu „w zasadzie mi się nie podobało, ale ponieważ rzecz jest ambitna, wypadałoby na wszelki wypadek obejrzeć ją raz jeszcze”?

    • m. 09:51 on 01/07/2018 Bezpośredni odnośnik

      Ja mam teraz prawie 600 ocen filmów. ;-)

    • cichyfragles 14:28 on 01/07/2018 Bezpośredni odnośnik

      Przez lata recenzowania książek i wystawiania ocen doszedłem do z grubsza podobnych wniosków (acz nie tak pogłębionych), koniec końców jednak w ogóle z wystawiania ocen zrezygnowałem, wychodząc z założenia, że albo recenzja oddaje moją opinię o danej pozycji wystarczająco dobrze, żeby ocena liczbowa nie była już potrzebna, albo tę recenzję sfuszerowałem.

      Poza tym w wielu przypadkach nie da się sensownie sprowadzić całej złożoności swojej opinii do jednej liczby – nawet pomijając różnice gatunkowe, dowolne dzieło może mieć plusy i minusy w tak różnych kategoriach (ciekawi bohaterowie, nielogiczna fabuła, głębia filozoficzna, toporny język), że uśrednianie tego wszystkiego do jednej wartości kończy się jak w popularnym powiedzeniu, że człowiek z psem mają średnio po trzy nogi…

    • Borys 19:57 on 01/07/2018 Bezpośredni odnośnik

      @Cichy Fragles: Wnosząc po Twoim ostatnim wpisie, teraz czytujesz książki „zestawami” i zamiast oceniać każdą z osobna, układasz je w kolejności od najgorszej do najlepszej. To już wyższa szkoła jazdy. :)

  • Borys 16:00 on 22/06/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: ,   

    Dwa lata temu o tej samej porze 

    Brexit.jpg

    Czas biegnie szybko. Jutro mijają okrągłe dwa (!) lata od brytyjskiego referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej. Ponad jedna trzecia uprawnionych do głosowania obywateli zagłosowała wówczas za Brexitem, co przy frekwencji rzędu 70% wystarczyło, by rząd Jej Królewskiej Mości uruchomił Artykuł 50 Traktatu Lizbońskiego. Polityczne słowo stanie się geograficznym ciałem o północy 30 marca przyszłego roku. Wielka Brytania pójdzie tym sposobem śladem Algierii (1962), Grenlandii (1985) oraz Wspólnoty Saint-Barthélemy (2012) – jako czwarte terytorium, ale jako pierwsze państwo, opuści unijne szeregi.

    Brytyjska libertarianka Claire Fox tak tłumaczyła wolę wystąpienia z UE:

    (More …)

     
  • Borys 16:00 on 15/06/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , ,   

    Godzinki 

    w_zla_godzine-ksiadz.jpg

    Jak rozmawia się z matką, gdy ma się naście lat? Zupełnie nie pamiętam. A jak rozmawiamy z matką w wieku nastoletnim, jeżeli właśnie skończyła się straszna wojna, która obróciła kraj w ruiny, a nasz ojciec, jej mąż, stracił na niej życie? Szczęśliwie nie mogę tego wiedzieć z autopsji. Kąkolewskiemu zaś, który usiłował przedstawić ową relację w swej powieści, na jotę nie uwierzyłem. Albo stosunki między matkami i synami były podówczas całkiem inne niż dzisiaj, albo też pisarz popuścił wodze fantazji. Rachunek prawdopodobieństwa wespół z kilkoma poszlakami kompozycyjnymi podpowiadają, że zapewne to drugie.

    (More …)

     
    • Arek 19:27 on 19/06/2018 Bezpośredni odnośnik

      To było w Kielcach, nie w Krakowie. Dwa że nie dla intrygi się to czyta. Ale nie dla każdego są pomarańcze, nie dla każdego :)

c
Compose new post
j
Next post/Next comment
k
Previous post/Previous comment
r
Odpowiedz
e
Edycja
o
Show/Hide comments
t
Idź do góry
l
Go to login
h
Show/Hide help
shift + esc
Anuluj