Przychylenie Nieba

Dwa razy w miesiącu obskakuję internetowe magazyny w poszukiwaniu długich, rzetelnych publikacji. Przewijam szybko nagłówki z ostatnich tygodni i kilkoma kliknięciami zrzucam przykuwające myśl kwestie na Kindla.

Moje zainteresowania są dość zróżnicowane. Koniec końców oscylują jednak wokół powtarzających się tematów, toteż kopiowane teksty można by podzielić na kilka kategorii: wywiad politologiczny, artykuł popularnonaukowy lub popularnohistoryczny, blognotka filozoficzna, reportaż.

Figuruje wśród nich odmiana, która często się nie sprawdza i której lekturę zarzucam w ćwierci: sążniste opracowanie osobliwego zagadnienia. Zwykle odkrywam, że autor nie posiadł jeszcze kluczowej umiejętności odważnego skracania swoich akapitów (killing the darlings), albo że omawiana sprawa z bliższej perspektywy okazuje się mało zajmująca.

Niemniej, jeżeli artykuł tego typu nawinie mi się pod kursor, klikam weń pomimo uprzednich rozczarowań, gdyż największe perełki wyławiam właśnie tutaj. Jak na przykład znakomity Back from the Afterlife (Powrót zza życia) autorstwa Emily Hartnett opublikowany w styczniowym numerze The Baffler.

Czytaj dalej Przychylenie Nieba

Jak błądzący łach

Filip Łobodziński przełożył tytuł ikonicznej piosenki Boba Dylana Like a Rolling Stone na Jak błądzący łach. Okoliczności tej decyzji przedstawił w artykule, w którym dokonał zresztą wiwisekcji całości swego przekładu. Przeczytałem go z ogromną przyjemnością; mam słabość do wynurzeń tłumaczy zdradzających warsztatowe tajniki.

Chciałem, żeby za ilustrację lektury posłużyło mi polskie wykonanie Dylanowskiego szlagieru, ale traf sprawił, że najpierw natknąłem się na Czasy nadchodzą nowe zaśpiewane przez Muńka Staszczyka. Nie znałem – bardzo dobre.

Wiejska droga

Harald Sohlberg: Wiejska droga (1905)

Najsłynniejszym dziełem norweskiego malarza neoromantycznego Haralda Sohlberga (1869-1935) jest monumentalna Zimowa noc w Rondane, ale dzieło powyższe przywodzi oczywiście na myśl Władcę pierścieni:

A droga wiedzie w przód i w przód
Choć zaczęła się tuż za progiem –
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią – tak jak mogę…
Skorymi stopy za nią w ślad –
Aż w szerszą się rozpłynie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł…
A potem dokąd? – rzec nie mogę.

Obejrzane w 2020: Warte uwagi (3)

Sergio (2009; dokument)

Są dwa filmy o tym tytule. Prędzej natkniecie się na ubiegłorocznego średniaka: netfliksowego, fabularnego Sergio z Wagnerem Mourem (Escobar z Narcos, skądinąd bardzo utalentowany brazylijski aktor) w roli tytułowej. Ja zaś rekomenduję Sergia ejdżbiowskiego, dokumentalnego, o wiele lat wcześniejszego – choć nakręconego przez tego samego reżysera.

Sérgio Vieira de Mello był wytrawnym dyplomatą pracującym dla ONZ, humanitarystą z błyskiem w oku i szerokim uśmiechem, charyzmatycznym obrońcą praw człowieka. Pod koniec życia sprawował funkcję Wysokiego Komisarza. Uważano go za mocnego kandydata na stanowisko Sekretarza Generalnego.

Zginął śmiercią tragiczną w sierpniu 2003 r.

Jeszcze jeden, po Dagu Hammarskjöldzie, funkcjonariusz ONZ, którego sylwetkę warto poznać.

Czytaj dalej Obejrzane w 2020: Warte uwagi (3)

Bez przebaczenia

Uważam, że jest kilka poważnych zarzutów wobec polityczno-społecznej propozycji ateizmu.

Po pierwsze (…), współczesne pragnienie budowania wielokulturowego, globalnego i zróżnicowanego społeczeństwa, oparte jest na naiwnym przeświadczeniu, że ludzie różnych nacji, języków i obyczajów będą umieli żyć razem w pokoju i dobrobycie, szanując i tolerując własne odmienności. (…)

Nic bardziej błędnego. Taka postulowana i oczekiwana postawa – tolerancji, szacunku, otwartości – wymaga wszakże ogromnej dojrzałości osobowej, czasem wręcz heroicznego wysiłku i to całej społeczności, wielkiej solidności, zgody na inność, ukształtowania i utrwalenia w sobie osobistych i społecznych doskonałości moralnych. Społeczeństwo wolne od tradycji i tabu, nie posiłkujące się historycznie uświęconymi zasadami moralnymi (a taki jest jego liberalny i ponowoczesny model), musiałoby być społecznością dojrzałych wiekiem i duchem. Sądzę, że bez tradycyjnie konserwatywnej rodziny i konserwatywnej szkoły jest to niemożliwe.

Dostrzegamy bowiem, że ludzie żyjąc w kulcie indywidualności i niczym nieskrępowanej wolności, często nie czują w życiu społecznym potrzeby odpowiedzialności, solidarności, pomocy, poświęcenia, dobrej woli, czy tak dziś zachwalanej tolerancji. Skutkuje to erozją zaufania i wiarygodności w nieformalnych, acz kluczowych więzach społecznych (sąsiedztwo, praca, handel). Na ten paradoks zwrócił uwagę już w latach osiemdziesiątych XX wieku Alan Bloom – w liberalizmie każdy najbardziej kocha siebie, lecz wciąż wymaga od innych, by kochali go ponad siebie samych. (…)

Po drugie, dominujący w liberalizmie indywidualizm wypiera ważne wartości i zabija wspólnotę. Przyczyną tego zjawiska jest – jak mówi Marcin Król – przyjęty i promowany projekt gospodarki wolnorynkowej. Okazuje się bowiem, że w takim modelu wspólnoty ważne obywatelskie wartości – solidarność i współdziałanie – nie mają ani wsparcia, ani zaplecza, by mogły zadomowić się w relacjach międzyludzkich. Z punktu widzenia ekonomii są one bowiem po prostu „nieefektywne”. W konsekwencji zapanowało złudzenie, że każdy człowiek może żyć osobno, pracować, zarabiać możliwie jak najwięcej, używać swobodnie życia, zająć się własnymi przyjemnościami i nie zawracać sobie głowy problemami społecznymi, politycznymi czy sprawami innych ludzi.

Po trzecie zauważmy, że kultura medialno-technologiczna jeszcze wzmacnia te tendencje. Oferuje, jako treść życia, atrakcyjne urządzenia i usprawnienia – iPody, iPhony, empetrójki, laptopy, smartphony, fora społecznościowe – przez co usuwa z kultury obowiązek uczenia się wzorów codziennych i zwyczajnych relacji ludzkich: rozmów, dialogu, przebaczania, współczucia, refleksji, przyjęcia cierpienia czy śmierci. Powszechna technicyzacja i komputeryzacja życia sprawia, że praktyczność zabija ideę refleksji i skupienia, a codzienność staje się z definicji barbarzyńska, czego wyrazem jest obojętność i mechanizm redukowania życia do pierwotnych czynności: jedzenie, spanie, praca, rozrywka.

– Jacek Grzybowski (Teologia Polityczna, 18/7/2016)

Dumanie (5)

Dzisiaj minęło okrągłe dwadzieścia pięć lat od śmierci Krzysztofa Kieślowskiego, najwybitniejszego polskiego reżysera.

Miłośnicy Wajdy, Munka i Machulskiego muszą mężnie znieść potężny przymiotnik w stopniu najwyższym. Kieślowski osiągnął swą twórczością szczyty dramatycznej metafizyki i utrzymywał się na nich przez parę dekad. Jego filmy są ponadczasowe, także warsztatowo, a Dekalog to skończone arcydzieło (może z wyjątkiem części dziewiątej). Jeśli komuś wydaje się, że przecież Wajda też jest ponadczasowy, niech spróbuje obejrzeć Brzezinę.

Pamiętam, że w styczniu albo lutym 1996 r. oglądałem w telewizji wywiad z Kieślowskim. Gdy zaraz potem marcu media obiegła wiadomość o jego niespodziewanej śmierci, dziwiłem się bardzo. Jak to? Ten niestary pan, którego dopiero co widziałem na szklanym ekranie, naprawdę umarł?

— Dlaczego ludzie umierają?
— Różnie, w wypadku, na raka, ze starości…
— Mnie chodzi o to, co to jest śmierć.
— Śmierć? Serce przestaje pompować krew, krew nie dociera do mózgu. Wszystko zatrzymuje się, staje, koniec.
— A co zostaje?
— Zostaje to, co człowiek zrobił, pamięć o nim.

Dumanie (4)

Właśnie zorientowałem się, że w Radiu Nowy Świat w czwartkowym paśmie przedpołudniowym swoją audycję prowadzi Marcin Mann. Laureat naboru „Młode talenty”. Prywatnie syn Wojciecha Manna. Najważniejszego głosu Radia Nowy Świat.

Brałem kiedyś udział w konkursie na scenariusz filmowy. Zwyciężył starszy pan, jak się okazało, długoletni przyjaciel Andrzeja Wajdy, który osobiście wręczył mu na scenie nagrodę. „Tak się cieszę, że cię tu widzę”, powiedział wzruszony reżyser.

Na scalonych ziemiach

Henryk Stażewski: Na scalonych ziemiach (1950-1951),
olej na płótnie, 130 x 98 cm, Muzeum Narodowe w Szczecinie

Co ciekawe, sama ziemia, której uprawa zdaje się być tematem przedstawienia, pozostała poza jego kadrem. Ramy kompozycji wypełnia monumentalna postać o migdałowatym kształcie, statecznie tronująca na tle nieba. Wzniecany przez maszynę jasny pył zarysowuje wokół konturu mężczyzny świetlisty nimb. Maszyna staje się zatem zmechanizowanym słonecznym rydwanem, chłoporobotnik zyskuje zaś cech boskich, oświetlając drogę ku przyszłości. (Źródło)

„Breaking news”

Od kilku lat poważnie niepokoimy się o ilość czasu spędzanego przy urządzeniach podpiętych do internetu i o wpływ, jaki wywierają na nasze mózgi. Jednakże pewna powiązana psychologiczna przemiana przeszła bez większego echa: doniesienia ze świata coraz mocniej absorbują pewną część ludzkości. Krok po małym kroku stały się głównym elementem naszego postrzegania rzeczywistości. Świat polityki narodowej i międzynarodowych kryzysów wydaje się nam ważniejszy, prawdziwszy nawet, niż namacalna bliskość rodziny, sąsiadów, kolegów z pracy.

Nie chodzi tylko o to, że spędzamy zbyt wiele godzin przyklejeni do ekranów. Przynajmniej niektórym z nas ekrany przestawiły tryb bycia w świecie. Wiadomości nie są już fragmentem życiowej oprawy. Stały się przewodnim spektaklem. Dawniej w ten sposób postrzegali je jedynie dziennikarze oraz producenci telewizyjni. Obecnie – także miliony zwykłych ludzi.

Czytaj dalej „Breaking news”

Dumanie (3)

Arcytrafne przysłowie, podobno afrykańskie, które wyłowiłem na Twitterze:

Nie pytaj, dlaczego klaun zachowuje się jak klaun. Zapytaj siebie, dlaczego jeszcze nie wyszedłeś z tego cyrku.

A gdy już sprawisz, że irytująca osoba przestanie być Twoim problemem, możesz oczywiście stwierdzić:

Nie mój cyrk, nie moje małpy.

Cyrkowe aforyzmy i metafory mają to coś.