Obejrzane w 2016: Seriale

black_mirror-nosedive
W niedalekiej przyszłości psychoterapeutów zastąpią analitycy internetowej popularności.

Obrodziło kapitalnymi serialami. Od wiosny jak łysy na perukę czekałem na kontynuację Black Mirror zapowiedzianą przez Netlix. Ten rewelacyjny — i przerażający, choć nie w horrorowym sensie — brytyjski serial wychwalałem rok temu po obejrzeniu pierwszego sezonu.

Przypomnijmy pokrótce, o co chodzi: każdy z odcinków Czarnego lustra stanowi osobną, zamkniętą całość i daje widzowi sposobność do zastanowienia się, w jaki sposób postęp technologiczny odmieni (zdeformuje) w niedalekiej przyszłości nasze życie, psychikę i społeczeństwo. Proponowane „wynalazki” nie są wydumane, wprost przeciwnie; scenarzyści wiążą je zwykle z tzw. „rzeczywistością rozszerzoną”, która powinno zawitać na dobre pod strzechy, czy raczej do gałek ocznych i do kory mózgowej, w przeciągu parudziesięciu lat.

Trzeci sezon Black Mirror, dwa razy dłuższy niż zwykle — czyli liczący całe sześć odcinków (sic!) — doskoczył do wysoko zawieszonej przez poprzedników poprzeczki. Cztery epizody poruszają na przeróżne sposoby temat hejtu. Obserwujemy swoisty „antyhejt” sterowany przez appkę do oceniania ludzi (Nosedive), drastyczne przypadki zaawansowanego trollingu (Shut Up and Dance) oraz „hejtową” kontrolę umysłów (Men Against Fire). Natomiast półtoragodzinny, będący w zasadzie pełnowartościowym kryminałem SF Hated in the Nation ukazuje, w jakich okolicznościach hejt mógłby stać się śmiercionośną bronią w ręku terrorystów.

black_mirror-san_juniperoOdcinkiem najwybitniejszym jest jednak eschatologiczne San Junipero, zilustrowane niezapomnianymi szlagierami z lat osiemdziesiątych oraz surrealną oryginalną ścieżką dźwiękową Clinta Mansella (Reqiuem dla snu). Odcinkiem najstraszniejszym natomiast — Playtime. Oba opierają się na twiście. W San Junipero przekora zmiana dekoracji następuje mniej więcej w połowie, natomiast na twist Playtime musimy czekać do ostatniej minuty… i serce podchodzi nam do gardła, a krew ścina się w żyłach, gdy uświadamiamy sobie, co właściwie oglądaliśmy przez ostatnią godzinę. Metapoziom jak ta lala.

Jeżeli miał(a)byś obejrzeć tylko jeden z polecanych w tej notce tytułów, niech to będzie właśnie Black Mirror! Albo…

Czytaj dalej Obejrzane w 2016: Seriale

Obejrzane w 2015: Seriale

House of Cards

Pierwszy sezon wyróżniał się polityczną drapieżnością. Łatwo przychodziło uwierzenie, że to nie serial, lecz brutalna rzeczywistość kuluarów amerykańskiego parlamentu. W sezonie drugim cyniczny, przełamujący czwartą ścianę Kevin Spacey nie robił już takiego wrażenia, jednak serial nadrabiał dobrze poprowadzoną intrygą polityczną. Wszystkie odcinki można było znów z niekłamaną przyjemnością obejrzeć „na raz” w przeciągu weekendu.

Niestety, w sezonie trzecim tendencja spadkowa jest coraz wyraźniejsza. Trudno kibicować bohaterowi realistycznego (w zamierzeniu) serialu, któremu wszystko się udaje, nawet jak nie od razu, to z czasem; jeszcze trudniej, gdy bohater ten w zasadzie znalazł się już na szczycie i nie wiadomo, co niby miałoby być jego kolejnym celem. Wątek ze Stamperem poszukującym Rachel jest zbędny, a homoseksualne tropy powodują, że widz momentami podnosi ręce w bezradnym geście. Finałowy zwrot akcji każe co prawda zainteresować się w marcu sezonem czwartym… ale jeżeli się skuszę, to tylko z rozpędu.

Notabene, obejrzałem też pierwszy sezon brytyjskiego House of Cards z 1990 r. Pierwowzorowi telewizyjnemu (przedtem była jeszcze książka) na plus liczy się to, że scenarzyści z Wysp potrzebowali tylko czterech odcinków na opowiedzenie tej samej historii, którą ich koledzy zza Atlantyku rozciągneli na epizodów kilkanaście. Minus stanowi natomiast Ian Richardson, niby aktor szekspirowski, który niemniej w roli Francisa wypada gorzej niż Kevin Spacey, a jego maniera wpychania twarzy w kamerę, gdy zwraca się do widza, wypada bardzo nachalnie. Oglądania kontynuacji pt. To Play the King poniechałem w połowie.

house_of_cards-s4

Czytaj dalej Obejrzane w 2015: Seriale