Obejrzane w 2013: Powtórki

W zeszłym roku obejrzałem wiele filmów po raz wtóry. W większości przypadków utwierdziłem się w przekonaniu, że mam oto do czynienia z wybornym kinem. Oczywiście, nie obeszło się też bez rozczarowań. Zacznijmy właśnie od jednego z nich.

Stan oblężenia
(The Siege; 1998)

the_siegeSwojego czasu uznałem sensację Edwarda Zwicka za przenikliwą i ekscytującą przypowieść o terroryzmie. Przenikliwą – owszem. Na trzy lata przed World Trade Center Zwick nakręcił bowiem film o eskalujących atakach terrorystycznych w Nowym Jorku i o prewencyjnym ograniczaniu praw obywatelskich napędzającym rasistowską podejrzliwość. Jednak oglądając Stan oblężenia wiele lat temu nie dostrzegłem, jak czarno-biała, czy raczej biało-czarna, jest Zwickowska Ameryka. Protagoniści to Afroamerykanie i Arabowie pracujący w FBI; antagoniści to terroryści oraz biali wojskowi dowodzeni przez Bruce’a Willisa, który wprowadza stan wojenny w Nowym Jorku z gorliwością Jaruzela. Sztampową galerię postaci uzupełnia ambiwalentna agentka CIA.

The Siege ogląda się nieźle, ale to tylko średniak z górnej półki, podobnie zresztą jak późniejsze epickie dzieła Zwicka: Ostatni samuraj i Krwawy diament.

Czytaj dalej Obejrzane w 2013: Powtórki

Houston, Houston, in the blind…

gravityNajlepszy film SF roku 2013 nie jest wcale fantastyką. Alfonso Cuarón przemówił po siedmiu latach milczenia i nakręcił wspaniałe kino katastroficzne, wierne prawidłom fizyki, rozpisane na dwie postaci, z akcją toczącą się w całości na orbicie okołoziemskiej. Grawitacja, przyznajmy to od razu, jest pod względem fabularnym o kilka rzędów wielkości płytsza od przeszywających Ludzkich dzieci, ale półtoragodzinny dramat rozgrywający się w stanie nieważkości zapewnia podobne emocje co ponura opowieść o świecie ludzi bez potomstwa.

Najnowszy film Cuaróna rozpoczyna się, jakżeby inaczej, od pieczołowitego, zachwycającego, dwunastominutowego ujęcia, w którym obserwujemy naprawę teleskopu Hubble’a. Kamera krąży swobodnie wokół unoszących się bezwładnie astronautów, a za tło służy raz to błękit niedalekiej Ziemi, raz to rozgwieżdżona czerń wszechobecnego kosmosu. Gdy szczątki zniszczonych satelitów niespodziewanie zderzą się z promem kosmicznym bohaterów, rutynowa misja przeistoczy się w walkę o życie. Zniszczenia będą tyleż szybkie, co okrutne. Kilkaset kilometrów nad Ziemią, między miłosierną atmosferą a obojętną otchłanią, rozpocznie się bój o przetrwanie.

Pisanie recenzji Grawitacji okazuje się równie trudne, co powrót z orbity bez sprawnej kapsuły ratunkowej. Otóż dzieło Cuaróna, zgodnie zresztą z oczekiwaniami, jest drugim po Avatarze filmem, który należy bezwzględnie obejrzeć w kinie na seansie 3D. Inaczej nie powinno się go oglądać w ogóle. Można bowiem marudzić, że Sandra Bullock nie do końca potrafi udźwignąć ciężar swojej roli, można dziwić się paru niepotrzebnym nagięciu praw Newtona dla potrzeb dramaturgii, można nawet wybrzydzać na zakończenie – ale trudno nie zachwycić się spektakularną oprawą wizualną i perfekcyjną pracą kamery. Od strony realizacyjnej Grawitacja po prostu ogłusza i na dodatek czyni to po cichu, bo przecież w przestrzeni kosmicznej nie przenosi się dźwięk. Osobom cierpiącym na agorafobię i klaustrofobię oglądanie Grawitacji stanowczo odradzam.

A co z opowiedzianą w filmie historią? Nie jest bynajmniej zła, lecz można jej wytknąć prostotę. Cuarón pokazał przecież wcześniej, że doskonale radzi sobie z bardziej skomplikowanymi scenariuszami. Gdyby do Grawitacji wprowadzić dodatkowych bohaterów i rozbić orbitalny dramat na kilka wątków, to akcja filmu, nie utraciwszy nic na intensywności, zagęściłaby się z korzyścią dla napięcia. Skoro jednak reżyser zdecydował się na jednotorowe prowadzenie fabuły, mógł chociaż pokusić się o więcej metafizyki. Tymczasem Grawitacja nie ciąży ani ku wyraźnej pochwale ludzkiej niezłomności, ani ku głębszej refleksji nad tym, jak niewiele znaczymy w obliczu nieskończonego kosmosu. Rozwój wypadków w filmie jest dość sztampowy, choć czeka nas jedna niespodzianka i jedna scena, która bez skrupułów bawi się emocjami widza.

Bardzo cieszę się, że po trzech infantylnych blockbusterach tegorocznych wakacji – Man of Steel, Pacific Rim i World War Z – mogłem wreszcie obejrzeć hard sci-fi z prawdziwego zdarzenia. Jasne, brakuje tu zupełnie elementów fantastycznonaukowych, ale skoro do worka z etykietą SF wrzuca się supermanów z Kryptonu, wielkie mechy walczące mieczami z wielkimi potworami oraz hordy zombie atakujących Jerozolimę, to raz na jakiś czas, zamiast ignorować literkę „S”, możemy z czystym sumieniem zlekceważyć „F”. Do Cuaróna mam pretensje tylko o to, że obrócił w duszną grozę dziecięce marzenia astronautyczne. Może jednak rację miał inny bloger, gdy pisał, że jeśli ktoś chce się przelecieć w kosmos, powinien najpierw przejechać się w kiblu Interregio ze Szczecina do Warszawy.

Najlepsze z obejrzanych w 2006


Oceniając kolektywnie obejrzane w minionym roku filmy (nie tylko nowości, ale w ogóle wszystkie filmy, które widziałem w 2006), stwierdzam wystąpienie trzech tendencji spadkowej: ilościowej, czasowej i nastrojowej, lecz na szczęście nie jakościowej. Przede wszystkim zetknąłem się z dwa razy mniejszą liczbą tytułów niż w roku poprzednim, czyli 2005. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest najwyraźniej jedna: W telewizji interesujące mnie filmy emitowano rzadziej. Czasowa tendencja spadkowa polega natomiast na tym, że na produkcje ryjące się głęboko w pamięć musiałem czekać aż do ostatniego kwartału. I wreszcie kwestia nastrojowości — owe trzy filmowe debeściaki '06 okazały się utworami w najlepszym razie ponurymi, w najgorszym zaś przygnębiającymi.

Co zatem przyniósł szklany i srebrny ekran w ciągu minionych dwunastu miesięcy?

Czytaj dalej Najlepsze z obejrzanych w 2006