Demokracja kiedyś i dziś

O ile dawne elity arystokratyczne, zajęte swoimi własnymi ważnymi sprawami, w znacznej mierze pozostawiały lud w spokoju (czego niezamierzonym skutkiem był większy zakres wolności jednostek), to współczesna „neoarystokracja” nie tylko ściąga z niego podatki, lecz także dąży (…) do zapanowania nad jego językiem, chce mu narzucić – własny dyskurs („poprawność polityczna”), własne widzenie świata, standardy moralności politycznej, światopogląd, określone style życia, myślenia, mówienia i zachowania.

Ponieważ sama swoją władzę legitymizuje nie tylko merytokratycznie, ale również nadal demokratycznie, tym bardziej staje się wobec ludu wyniosła i arogancka, tym bardziej nim pogardza. (…) Jak łatwo można przewidzieć, zbuntowane elity nie zamierzają oddać pola i widząc, że hasła „prawdziwej demokracji” i procedury demokratyczne zaczynają zagrażać im samym, dokonują zwrotu w kierunku elitaryzmu, merytokracji i ograniczenia demokracji w imię „wyższych wartości”, których lud nie chce wyznawać.

– Tomasz Gabiś (Nowa Debata, 16/2/2017)

Tradycyjne partie były bardzo mocno zakorzenione w społeczeństwie, dzięki czemu „wychowywały” swoich wyborców. Były czasy, gdy np. Partia Socjaldemokratyczna miała po kilku członków w każdym bloku mieszkalnym. Partia formułowała światopogląd tych ludzi, a następnie oni przekazywali go dalej.

Ta epoka dobiegła końca. Obecnie to media społecznościowe odpowiadają za edukację polityczną ogromnej części społeczeństwa. Skutkiem są nieprzewidywalne i zmienne zachowania wyborcze, rozkwit politycznej mitologii, skłonności do histerii. (…)

W demokracji lud musi być szanowany. Jeśli sądzi pan, że wie coś lepiej niż inni ludzie, musi pan z nimi rozmawiać, spróbować ich przekonać. Tymczasem nasze partie polityczne już dawno przestały rozmawiać z ludźmi. A skoro odpuściły sobie dialog z dużą częścią społeczeństwa, nie powinny się dziwić, że ci ludzie szukają innych sposobów na wyrażanie swoich poglądów niż za pośrednictwem wyborów.

– Wolfgang Streeck (Kultura Liberalna, 27/9/2016)

W demokracji nie chodzi o wypracowywanie zgody, ale o porządkowanie niezgody.

– Lars Sandåker

Obydwa społeczeństwa – polskie i argentyńskie – karmione…

Obydwa społeczeństwa – polskie i argentyńskie – karmione narracjami służącymi bieżącym interesom liderów partyjnych (gdzie partia „optymatów” zawsze przypominała mafię, a partia „popularów” – sektę), nie miały się przez to szansy skupić na analizie rzeczywistych problemów oraz realnym dialogu konkurujących ze sobą grup społecznych. W takich społeczeństwach nie ma poważnych dyskusji o kształcie instytucji, bezrobociu, awansie społecznym, polityce zagranicznej, edukacji itd., są za to debaty o brzydko pachnącym proletariacie, który bezczelnie zaludnia plaże we Władysławowie i Mar del Plata, o „propagandzie homoseksualnej”, o banderowcach i brytyjskich kolonialistach okupujących Malwiny. Wszystko to jest na rękę dwóm konkurującym ze sobą oligarchiom, które mogą angażować milionowe elektoraty w symboliczne spory, bez jednoczesnego angażowania ich w mechanizmy nieistniejących wewnątrzpartyjnych demokracji.

 Łukasz Maślanka (14/4/2017)

Bunio pożera świat

facebook-logo.png

Tak, wiem, czytaliście i słyszeliście już te ostrzeżenia. Facebook staje się internetem w internecie zastępując swobodę i anarchię WWW lat dziewięćdziesiątych regulacjami Zuckerbegowej korporacji; algorytmy newsfeedowe polaryzują opinie zamykając użytkowników w informacyjnych bańkach i pokazując im tylko te posty, które zgadzają się ze skrupulanie wyliczonymi gustami i poglądami; bunio jest inkubatorem narcyzów żebrzących o lajki i gotowych do najbardziej prymitywnego uproszczenia przekazu, byle tylko wygrać kilka sekund uwagi swoich zblazowanych „przyjaciół”; FB podsuwa nam pod twarze niekończący się szereg prymitywnych memów i durnych gifów, którym trudno się oprzeć, ponieważ każde przesunięcie ekranu wyciska z nadnerczy kropelkę dopaminy; tak zwane media społecznościowe erodują kontakty międzludzkie, gdyż komunikacja w okienku komentarzy zastąpiła rozmowę o życiu i całej reszcie na kolacji z wódeczką.

Ale skutki fejsbukizacji i twitteryzacji mogą okazać się jeszcze gorsze. Zagrażają instytucjom politycznym. Alan Jacobs, profesor nauk humanistycznych, bloger kwartalnika The New Atlantis, napisał w lutym coś bardzo mądrego:

W coraz większym stopniu będziemy domagać się od platform [internetowych], by nas jednoczyły, jako że zdolność jednoczenia wykracza [we współczesnym świecie] poza możliwości instytucji oświatowych. Sądzę jednak, że owe platformy z powodu swej natury do jednoczenia ludzi się nie nadają. Zaprojektowano je bowiem tak, by były uniwersalne i przez to stały się obojętne na konkretne potrzeby swoich użytkowników.

Skontaktowanie się z kimś pracującym w Google’u, Facebooku, Twitterze albo Instagramie jest praktycznie niemożliwe. Zamiast tego platformy tresują nas, żebyśmy robili to, co chcą. Nie dostosowują się bynajmniej do naszych życzeń i potrzeb. Model edukacji związany z platformami (…) w pierwszej chwili wyda się wyzwalający — „nauczę się wszystkiego, czego mi potrzeba, w Khan Academy!” — lecz poczucie wolności będzie trwało dopóty, dopóki będziemy posłusznie zadawać wyłącznie te pytania, na które platformy umieją odpowiedzieć i dopóki będziemy pielęgnować tylko te myśli, które platformy są gotowe do przekazywania. (…)

Większość przyzwyczai się do anonimowego usztywnienia wymuszonego przez platformy. Przestanie dostrzegać różnoskalowe zalety instytucji. Przypuszczam, że jednym ze skutków będzie narastająca niecierpliwość do demokracji reprezentacyjnej. Towarzyszyć jej będzie chęć zastąpienia politycznych instytucji decyzjami podejmowanymi poprzez platformy, w referendach i plebiscytach przeprowadzanych na jak najwyższym szczeblu (narodowym lub, w przypadku UE, transnarodowym). Skończy się między innymi na wyzysku społeczności i zasobów naturalnych przez ludzi, którym nigdy nawet nie będzie dane zobaczyć i dowiedzieć się, kogo i co wyzyskują.

Polecam też poświęcony Facebookowi niedawny odcinek Tanich drani.

Nie bój się Trumpa

Ponieważ niedawno przewidziałem zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, wypadałoby wyjaśnić teraz pokrótce, dlaczego jego prezydentury nie obawiam się nawet w połowie tak jak tzw. liberalni demokraci.

(„Tak zwani”, bo prawdziwy liberalny demokrata powinien afirmować wynik wyborów bez względu na to, czy odpowiada mu ich wynik. A jeżeli istotnie nie potrafi się z nim pogodzić, powinien bezzwłocznie zastanowić się ― i piszę to bez ironii ― nad zasadnością ustroju liberalnodemokratycznego.)

Donald TrumpPrzede wszystkim: Wybór między Clintonową a Trumpem był wyborem między dżumą a cholerą. Jasne, dałoby się wymienić szereg powodów, dla których nowojorski budowlaniec nie powinien był zostać 45. prezydentem największego mocarstwa na świecie. Jednak nie negują one wcale złego świadectwa, jakie możemy też wystawić byłej Pierwszej Damie i żonie niedoszłego Pierwszego Dżentelmena. Ocen z owego świadectwa nie ma sensu tu nawet przytaczać, gdyż jeśli ktoś wciąż ich nie zna, to znaczy, że interesował się sprawą wyborów bardzo emocjonalnie i nie do niego adresowana jest poniższa notka.

Dość rzec, że znakomita większość argumentów przemawiających za Clintonową polegała na straszeniu Trumpem. O ile gros wyborców Donalda Johna faktycznie uwierzył w jego kandydaturę, o tyle zwolennicy Clintonowej udzielili jej poparcia kierując się zasadą mniejszego zła. A wybór między większym a mniejszym złem jest jednak wyborem bardzo trudnym. Łatwo o pomyłkę.

Jak wyglądałyby Stany Zjednoczone i świat za prezydentury Clintonowej nigdy się już nie dowiemy ― no, chyba że elektorzy wywiną jeszcze bezprecedensowy, ale hipotetycznie możliwy numer ― lecz dowiemy się przynajmniej, co osiągnie i co zawali Trump. Pamiętajmy, że oczekiwania często rozmijają się z rzeczywistością, szczególnie w polityce. Za przykład niech posłuży Obama, który osiem lat temu obiecywał wielkie zmiany, społeczną bonanzę i bezczelność nadziei ― pamiętacie ten medialny szał? ― a którego prezydenturę podsumowuje się teraz krytycznie. Jego polityka zagraniczna przyczyniła się na przykład do powstania Państwa Islamskiego. Może Trumpowi pójdzie lepiej?

Sarkastyczna odpowiedź na powyższe retoryczne pytanie wspomni o wojnie, jaka miałoby rzekomo wybuchnąć za prezydentury brutalnego (w jednej wersji) lub głupiego (w innej) Donalda Johna. Tak, ja też uważam, że tamta pseudoprorocza powieść Kinga była fajna, jednakże łączenie casus belli bezpośrednio z osobą Trumpa uważam za chybione ― z rozlicznych powodów. Jeśli chodzi o Chiny, to do konfliktu w tamtym rejonie dojdzie z powodów gospodarczych i politycznych, nie w wyniku nieudolnej dyplomacji. Jeśli chodzi o domniemane oddanie Europy na pastwę Rosji, warto pamiętać, że Amerykanie jeszcze pod przywództwem Obamy nie kiwnęli palcem po aneksji Krymu. Nie ignorowałbym zarazem faktu, że żona Trumpa jest Słowenką, więc los Europy Środkowej może z przyczyn osobistych obchodzić go bardziej niż poprzednich prezydentów.

Po trzecie, do wybuchu najstraszniejszej wojny w dziejach Zachodu doszło za prezydentury Roosevelta. FDR kojarzony jest przede wszystkim z okresem 1939-1945, ale zamieszkał wszak w Białym Domu już w roku 1933, dokładnie tym samym, w którym Hitler przejął władzę w Niemczech. Ten przykład dobitnie ukazuje, że nawet zręczny, podziwiany przez potomność prezydent, czasami nie potrafi (nie chce?) powstrzymać wybuchu wielkiej wojny, ba, nie umie też przeciwdziałać prowadzącym ku niej siłom politycznym.

Po czwarte, w kwestii najpoważniejszej ― zagrożenia globalną wojną nuklearną ― jestem niepoprawnym czarnowidzem. Może zbyt wiele czasu spędziłem za młodu przy Falloutach, ale przypuszczam, że prędzej czy później dojdzie do katastrofy (byle nie totalnej, tj. byle liczonej w milionach, a nie miliardach istnień ludzkich). I to nie z powodu samobójczej nieustępliwości jakiegoś Trumpa albo Putina, ale przez zorzę polarną bądź zwolnienie chorobowe Stanisława Pietrowa. Historia bywa okrutna.

Wierzę natomiast, że ― w międzyczasie ― poczucie zagrożenia, jakie wzbudziła w liberalnej Europie elekcja Trumpa, wyrwie Stary Kontynent ze stagnacji. Że Unia, zorientowawszy się, iż nie może liczyć na pomoc militarną USA w tym samym stopniu co dawniej, zainwestuje w swoje zdolności obronne i skonsoliduje politykę zagraniczną. Że liberalni politycy, spłoszeni prawicowym trendem, przeniosą swoją uwagę z biurokracji na kulturę, a jednocześnie wiatru w skrzydła dostanie stronnictwo konserwatywne. Że lewica zrozumie w końcu, kto tak naprawdę głosuje na populistów pokroju Trumpa ― ludzie, którzy nie polubili się z globalizacją ― i zamiast odmieniać prawa gejów oraz lesbijek przez wszystkie przypadki zainteresuje się na powrót prawami pracowników.

Powstrzymać Trumpa było stosunkowo prosto. Sondaże pokazywały, że w konfrontacji z Trumpem większe szanse na zwycięstwo miał Bernie Sanders, kandydat ze wszech miar świetny. Establishment przeraził się jednak jego socjalistycznych poglądów. Lobbyści woleli hojnie sypnąć pieniędzmi na kampanię Clintonowej, licząc, że w razie czego będzie ich ułaskawiać za przekręty finansowe, choćby i w ostatnim dniu swojej kadencji.

Trump także jest bogaczem. Nie łudźmy się więc, że zdemontuje nierówności finansowe. Jeśli jednak Wall Street się kogoś tak panicznie boi, może warto udzielić mu kredytu zaufania?

Wszystkie wyróżnienia moje (2)

Szaleństwo egalitaryzmu powoduje, że dopuszczamy równoprawność wszystkich etyczności. Skoro nasza własna nie jest szczególna, to traci swoją wartość, a więc siłę przyciągania, czyli atrakcyjność. Objawia się to m.in. w ten sposób, że elity francuskie przekonują, iż cywilizacja islamu jest tak samo dobra, jak cywilizacja chrześcijańska. Jeśli tak się dzieje, to przybysze nie mają najmniejszego powodu do asymilacji. W społeczeństwie multi-kulti – w społeczeństwie wielu równoprawnych etyczności – wszystko wolno, albowiem każda norma kulturowa jest równie dobra.

Krzysztof Rak (2/12/2015)

Czytaj dalej Wszystkie wyróżnienia moje (2)

Wolną Ojczyznę racz nam zwrócić, Panie

Lubię mieć kontrowersyjne poglądy. Nie staram się co prawda być kontrowersyjny na siłę, lecz gdy jakaś moja opinia staje okoniem mainstreamowi , wiem na pewno, że jest moja.

Uważam na przykład, że do najważniejszych wytworów polskiej satyry ostatniego dziesięciolecia należy zaliczyć Testovirona i Braci Figo Fagot. Owszem, w obu przypadkach prześmiewczowść obwarowano licznymi wulgaryzmami (szczególnie u Testovirona są one ekstremalne), lecz jeśli starczy nam zaparcia, by przeniknąć przez tę barierę, okaże się, że mamy do czynienia z błyskotliwą i brawurową wiwisekcją polskiej mentalności – psychologiczną u Testo, socjologiczną u BFF. Zupełnie nieoczekiwanie dołączyła do tej gromadki Pyta, choć pewnie tylko na moment.

Czytaj dalej Wolną Ojczyznę racz nam zwrócić, Panie

Wszystkie wyróżnienia moje (1)

Nasz popęd ku tworzeniu sensu jest wystarczający potężny, by obrócić nihilizm przeciwko niemu samemu. Fryderyk Nietzsche, autor jednej z najbardziej zjadliwych diagnoz nihilizmu w dziejach Zachodu, napisał u schyłku XIX wieku, iż człowiek „woli raczej pożądać nicości, niżli wcale nie pożądać” [przeł. Leopold Staff]. Ten gęsty aforyzm opiera się na zasadniczej myśli Nietzscheańskiej filozofii, akceptowanej dziś tak powszechnie, że niemal nierozpoznawalnej: istoty ludzkie same tworzą sobie sens z życia. […]

Nasza umiejętność tworzenia sensu jest tak wszechstronna i potężna, że potrafimy dzięki niej znieść niemalże każdy rodzaj egzystencji, z niekończącym się cierpieniem włącznie, o ile tylko nasz los zostanie wpleciony w jakąś większą, przepełnioną sensem opowieść. Ludzie przetrwali i odnieśli sukces w najbardziej niegościnnych środowiskach Ziemi – na arabskich pustyniach i na arktycznych połaciach – dzięki owej zdolności organizowania wspólnego życia wokół symbolicznych konstelacji sensu: anirniitów, kapitału, jihadu. „Mając swe dlaczego? życiowe”, pisał Nietzsche, „godzimy się z każdem niemal jak?” [przeł. Stanisław Wyrzykowski].

Roy Scranton (21/12/2015)

Czytaj dalej Wszystkie wyróżnienia moje (1)

Na ratunek demokracji

Z dedykacją urodzinową dla
JC Króla Kraksy

Jakiś czas temu opublikowałem na blogu notkę, w której — za Kołodziejczakiem — zarysowałem koncepcję usprawnienia ustroju demokratycznego. Pomysł spotkał się z ostrym sprzeciwem czytelników, którzy, po pierwsze, bezpodstawnie zakładali, że zasada "jedna osoba, jeden głos" jest nierozerwalnie związana z prawami człowieka; a po drugie, nie chcieli zrozumieć, że tak jak można być lepszym lub gorszym lekarzem, lepszym lub gorszym krawcem, lepszym lub gorszym politykiem — tak samo można być lepszym lub gorszym wyborcą. Dzisiaj chciałem przedstawić kolejną politologiczną propozycję, tym razem zrodzoną całkowicie w mojej łepetynie. Prawdopodobnie nie wywoła aż takiego odzewu jak tamta, ale jeżeli konserwatystom znów pomylą się pojęcia i zaczną na przykład warczeć o naruszaniu wolności słowa… to kto wie.

Czytaj dalej Na ratunek demokracji

Ważyć, nie liczyć

Jestem obecnie w trakcie czytania drugiego tomu dylogii Dominium Solarne Tomasza Kołodziejczaka. Później poświęcę jej na łamach Blogrysa osobną notkę — bynajmniej nie dlatego, że jest to wyjątkowo dobra lektura, lecz ponieważ po długiej, ponad rocznej przerwie, zamierzam wreszcie powrócić do działalności literackorecenzenckiej. Teraz przedstawię tylko jeden z pomysłów Kołodziejczaka wyczytany w pierwszej części cyklu, Kolorach sztandarów. „Jeden z…”, bo jak na space-operę przystało, różnorakich pomysłów w obu tomach znalazło się sporo. Ten poniższy nie jest jednak militarny, technologiczny, naukowy ani socjologiczny, lecz — polityczny.

Czytaj dalej Ważyć, nie liczyć