Obejrzane w 2017 r.

five_came_back

Gdybym pracowicie policzył linijki w pliku obejrzane_2017.txt, mógłbym obwieścić światu, ile jakich filmów widziałem w zeszłym roku. Tylko kogo właściwie to obchodzi?

Lepiej ograniczyć się do treściwych zestawień — treściwszych niż zwykle, bo o prawie wszystkich zeszłorocznych, pełnometrażowych seansach pisałem sumiennie w 1000-znakowych Filmorysach. Dziś więc mogę po prostu odciąć kupony i rozrzucić linki.

Notabene, owe tysiącznakowce były fajnym ćwiczeniem formy, jednak z czasem zbrzydło mi skrzętne zamienianie „ale” na „lecz” celem dodania bądź odjęcia litery. W tym roku Filmorysów będzie zatem mniej, albo nawet nie pojawią się w ogóle. Być może ich kosztem uda mi się więcej pisać o przeczytanych książkach. A może nie.

Ciekawostka: Na pięć poniższych list trafiło łącznie 39 tytułów. Prawie połowa z nich to nowości, tzn. filmy i seriale wyprodukowane w latach 2016-2017. A właściwie ponad połowa, ponieważ należałoby odliczyć powtórki (czyli obejrzane ponownie klasyki), które z definicji świeżością się nie odznaczają. Najwyraźniej coś się u mnie zmieniło, ponieważ kiedyś oglądałem głównie starocie.

Czytaj dalej

Reklamy

Filmorys (25)

under_the_sun-kadr

Pod opieką wiecznego słońca
(Under the Sun; 2015)

under_the_sun-plakatW latach trzydziestych w ZSRR też panował zamordyzm, ale ludzie przynajmniej mieli kulturę. Ocenzurowaną, lecz mimo wszystko z humanistycznym ciężarem. W Korei Północnej nie ma nawet tego. Nieprzerwana indoktrynacja pochłania cały czas wolny obywateli.

Tak właśnie twierdzi Witalij Manski, rosyjski dokumentalista, który za zgodą północnokoreańskich władz pojechał z maleńką ekipą kręcić film o roku z życia małej Zin-mi. Wiedział, że przydzielą mu „opiekunów”, wiedział, że Wielki Brat pilnować będzie każdego kadru, ale nie sądził, że reżim zaplanuje jego rękami nakręcić ordynarną propagandówkę. Zdenerwował się i postanowił przechytrzyć partię. Filmował z ukrycia kulisy oficjalnych, zaaranżowanych scen, a potem jego asystentka podmieniała w toalecie karty pamięci.

Na ekranie widzimy więc głównie koszmarnie nudną propagandę – lekcje, wiece, akademie – spod której przeziera groteskowa rzeczywistość 25 milionów ludzi-marionetek. Mocna rzecz, choć mimo wszystko przydałyby się skróty montażowe.

★★★☆☆

Czytaj dalej

Hitler w dużym pokoju

Nordic_Resistance_Movement_flag

Obejrzałem polecony mi przez kol. ob. Arka półtoragodzinny dokument pt. Wojownicy rasy (tytuł oryginalny: Rasekrigerne) wyprodukowany przez norweską telewizję publiczną NRK. Rzecz świeżutka jak Adolf w 1933 r. Swą premierę telewizyjną miała raptem tydzień temu.

Enerkowscy reporterzy przez dwa lata obserwowali z bliska członków Nordyckiego Ruchu Oporu (NMB, od Den nordiske motstandsbevegelsen), neonazistowskiej organizacji założonej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Rozmawiali z jej szefami, towarzyszyli łysym szeregowcom na wiecach, demonstracjach, zjazdach i nożowych piknikach.

Skandynawskie służby bezpieczeństwa uważają NMB za najniebezpieczniejsze skrajnoprawicowe ugrupowanie w regionie. Dwa lata temu szwedzkie skrzydło utworzyło partię. Następne wybory parlamentarne odbędą się za rok; zobaczymy, jak powiedzie się brodatym, wytatuowanym chłopakom w demokratycznej walce o władzę.

NRK pragnęło przedstawić „Nordyków” w neutralnym, obiektywnym świetle. Dokumentaliści na ich prośbę nie stosują określeń „naziści” ani „neonaziści”, które NMB uważa za polityczne obelgi ustawiające apriorycznie optykę dyskusji. W Wojownikach rasy członkowie ugrupowania są więc konsekwentnie nazywani „narodowymi socjalistami”, zgodnie z ideologią, z którą się utożsamiają.

simon_lindberg.PNG
Simon Lindberg

Zamiar neutralności zrealizowano w stu procentach. Reporterzy przeprowadzili wywiady m.in. z Simonem Lindbergiem i Håkonem Forwaldem, przywódcami odpowiednio szwedzkiej i norweskiej frakcji NMB. Pytania są proste, konkretne. „Kto jest twoim wzorem do naśladowania?”. „Jakie jest wasze zadanie?”. „Co sądzisz o Holokauście?”. „Czy rozmawiałbyś ze mną, gdybym był Żydem?”. Przepytywani nie owijają w bawełnę. „Politycznie rzecz biorąc: Hitler”. „Walka z homoseksualnym lobby”. „Systematyczna eksterminacja narodu żydowskiego w czasie Drugiej Wojny Światowej się nie wydarzyła”. „Nie, nie moglibyśmy rozmawiać, gdybyś był Żydem [śmiech]”. Tylko na jedno pytanie udzielają oględnej odpowiedzi. „Ilu was jest?”. „Nie powiem”. „Dlaczego?” „Liczy się jakość członków, nie ilość”.

Żadnych adnotacji czynić nie będę. Dokument w obiektywny sposób sportretował środowisko skandynawskich neonazistów. Wielka to sztuka. Nietaktem z mojej strony byłoby więc wyrażać własną opinię na temat NMB. Niech każdy wyrobi ją sobie sam. Wojowników rasy w ślad za Arkiem gorąco polecam, wersja z angielskimi napisami dostępna jest tutaj. Nie mam pojęcia, czy i kiedy pojawi się tłumaczenie polskie.

Poniżej komentuję cztery sprawy. Będzie mowa o kłamstwie Holokaustu, niezwykłych babciach, szwedzkiej policji i norweskiej telewizji. Vorwärts!

Czytaj dalej

Trzy szybkie spojrzenia na polską transformację

strong

Patrząc na to co wydarzyło się w Polsce po ’89 roku wydaje mi się, że mamy ogromny problem z tym, że jesteśmy polonocentryczni. Zarówno apologeci polskiej transformacji i jej krytycy są tak obezwładnieni polską perspektywą, że (…) historia Polski tego okresu jest kompletnie przeinaczona.

Mamy w historii XX-wiecznej Polski takie momenty, kiedy to co się u nas działo miało oczywisty wymiar oryginalności – klasycznymi przykładami są: Powstanie Warszawskie i szerzej fenomen Armii Krajowej, albo Solidarność, szczególnie rok 1980. Akurat transformacja 1989 roku, podobnie jak chociażby sanacja w latach 20-tych i 30-tych były częścią bardzo szerokiego trendu. I w tym trendzie, jak dobrze się nad tym zastanowić, to faktycznie polska transformacja wyglądała trochę bezalternatywnie. (…)

Można było wykorzystać te trendy lepiej lub gorzej, ale raczej nie wchodziły w grę zupełnie inne rozwiązania. Polska na tym tle nie wypadła źle. Balcerowicz ówczesne trendy i polski potencjał wykorzystał, jeśli porównać z innymi reformatorami, optymalnie. Mamy wokół kraje, którym się mniej powiodło. (…)

Wspomniany przeze mnie polonocentryzm, jeżeli chodzi o pisanie historii – bo w tym sensie tego sformułowania używam – kompletnie nam odbiera zdolność do zbalansowanej oceny tamtego procesu. A w końcu historia jest po to by lepiej rozumieć.

– Paweł Kowal (4/4/2016)

Czytaj dalej

Filmorys (22)

gone_girl

Zaginiona dziewczyna
(Gone Girl; 2014)

Perfect doradzał, by ze sceny schodzić niepokonanym. David Fincher powinien więc był przejść na reżyserską emeryturę mniej więcej w roku premiery tamtej piosenki, ponieważ dwa lata wcześniej nakręcił dzieło wybitne, „nec plus ultra” kryminalnego thrillera, którego nigdy już przebić nie zdołał.

gone_girl-posterZ kolei ja nie zdołam podsumować „Zaginionej dziewczyny” celniej niż Sebastian Chosiński: „to chyba najbardziej hitchcockowski film w dorobku Finchera”. Zaiste, jakaż szkoda, że „Gone Girl” nie stanowi remake’u. Z wielką przyjemnością obejrzałbym nieistniejącą wersję z lat 60., gdzie bohaterami matrymonialno-kryminalnego tańca byliby aktorzy pokroju Jamesa Stewarta i Grace Kelly, i gdzie wolniejsze tempo przeniosłoby nieco ciężaru narracyjnego z sensacyjnej akcji na psychologię postaci.

Nie oznacza to bynajmniej, że u Finchera aktorzy kiepsko grają, że za dużo się dzieje, że psychologia szwankuje. Wprost przeciwnie: „Zaginiona dziewczyna” jest według mnie jego drugim najlepszym filmem w karierze.

★★★★☆

Czytaj dalej

Obejrzane w 2016: Najlepsze, cz. 2

virunga 2

5. Virunga
(2014)

Dawne dziecko-żołnierz, szlachetny belgijski arystokrata, francuska dziennikarka śledcza i prostoduszny opiekun zwierząt łączą siły, by obronić kongijski park narodowy Virunga, ostatnie siedlisko goryli górskich, przed partyzantami, kłusownikami oraz spragnionymi nafty korporacjami. Brzmi jak fabuła nowej powieści Johna Le Carré, ale to tylko — a właściwie aż — głośny film dokumentalny Netfliksu sprzed kilku lat. Pozycja tyleż gorzka, co obowiązkowa.

virunga

Czytaj dalej

Obejrzane w 2016: Rozczarowania, cz. 2

arrival

5. Thank you for playing
(2015)

Bo za mało tu o grach komputerowych lat 90. Półtoragodzinny film poświęcony polskim czasopismom komputerowym legendarnej dekady pozornie nie może być poświęcony również i grom jako takim, ale bądź co bądź Secret Service i Gamblera czytało się przede wszystkim dla nich, w przeciwieństwie, na przykład, do Programu Trzeciego Polskiego Radia, który, odnoszę wrażenie, fani Manna i Niedźwieckiego słuchają przede wszystkim po to, żeby posłuchać Programu Trzeciego Polskiego Radia, ale może się czepiam i jestem złośliwy, bo wciąż nie mogę Trójce wybaczyć promocji Bukartyka.

Wracając do tematu: Dokument Thank you for playing sporo by zyskał, gdyby od niechcenia wspomniano w nim o kilku konkretnych pecetowych tytułach, które ukształtowały elektroniczną rozrywkę. Na przykład o Doomie, Warcrafcie, Half-Lifie, UFO, Cywilizacji, Carmageddonie, jakiejś przygodówce. Tym sposobem przełamano by też formułę gadających głów. Pod koniec robią się monotonne, chociaż z drugiej strony przefajnie jest posłuchać Pegaz Assa, Gulasha, Dra Destroyera oraz Mr Roota i przypomnieć sobie, jak budowało się społeczność fanów w przedinternetowej epoce przy pomocy gęsto zadrukowanego, szeroko kolportowanego papieru.

TYFP porusza także fascynujące zagadnienie z pogranicza etyki dziennikarskiej. Potęga polskich czasopism komputerowych tamtej ery zbudowana została poniekąd na złodziejstwie. Przepraszam za mocne słowo, ale nazwijmy rzecz po imieniu, nawet jeśli za chwilę spróbujemy ją usprawiedliwić:

Otóż w latach 90. praktycznie wszyscy piracili. Redaktorzy może i korzystali z oryginałów, lecz wiedzieli doskonale, że odbiorcami ich magazynów są (młodzi) ludzie, którzy najpierw z wypiekami na twarzy czytają recenzje nowego Battle Isle, a potem bez skrępowania wędrują na giełdę. Tak, wiem, trudno mówić tu o nagannym oportunizmie, choćby dlatego, że prawo polskie przez wiele lat zezwalało na piracki proceder. Poza tym inaczej się nie dało, ceny oryginalnych gier wołały wówczas o pomstę do nieba. Niemniej, sytuacja nie była w stu procentach czysta.

Za to TYFP jest w stu procentach nostalgiczny. Ale, kurczę, tego Dooma i Warcrafta mogli przez minutę powspominać!

Niezwykle znamienna jest scena, w której Pegaz, niegdyś naczelny Secret Service, rysuje kamieniem na piachu miejsce, w którym stała redakcja magazynu. Dlaczego na piachu? Bo dziś jest tam tylko plac budowy. Mało kto pamięta, że w latach 90, pracowali tam idole młodego pokolenia. Mnie ta scena bardzo poruszyła uświadamiając po raz kolejny, że magia lat 90. już nigdy nie wróci. Ale może to i lepiej. Niech to wszystko pozostanie w naszych wspomnieniach.

Roger Żochowski (PPE, 30/9/2015)

(Kliknijcie na link i zerknijcie do recenzji Żochowskiego dla pewnego cudnego zdjęcia.)

thank you for playing

Czytaj dalej

Obejrzane w 2016: Krótki metraż

Kilka zacnych instytucji kulturalnych — Stowarzyszenie Filmowców Polskich, WFDiF, Filmoteka Narodowa, PISF, Kino Kultura, Muzeum Sztuki Filmowej Iluzjon — zorganizowało wiosną plebiscyt na najlepszy polski film dokumentalny wszech czasów. Wśród finałowej dziesiątki znałem zawczasu jedynie Gadające głowy (1980) Krzysztofa Kieślowskiego oraz Muzykantów (1960) Kazimierza Karabasza. Ponieważ wszystkie nominowane filmy dostępne były przez jakiś czas w dobrej jakości na stronie konkursu, skorzystałem z okazji i odrobiłem zaległości.

Moim osobistym faworytem stał się Takiego pięknego syna urodziłem (1999), ekshibicjonistyczny porter rodziny mającej, eufemistycznie rzecz ujmując, niejakie problemy z komunikacją. Debiut Marcina Koszałki zajął drugie miejsce; pokonał go Marcel Łoziński opowiadaniem o spotkaniu dzieciństwa ze starością pt. Wszystko może się przytrafić (1995). Oba te wyśmienite, trwające mniej więcej po pół godziny dokumenty polecam bez najmniejszych zastrzeżeń, dorzucając przy okazji inne tragikomiczne, późniejsze dzieło Koszałki zatytułowane Do bólu (2008).

takiego_pieknego_syna_urodzilam

W finałowej dziesiątce 100/100 odnajdziemy kilka dalszych pozycji wartych uwagi: Usłyszcie mój krzyk (1991) o samospaleniu Ryszarda Siwca na Stadionie Dziesięciolecia, Rodzinę człowieczą (1966) o polskiej wsi lat sześćdziesiątych oraz Kilka opowieści o człowieku (1983), których bohaterem jest inwalida bez rąk; dokument z mocnym, niespodziewanie lirycznym zakończeniem. Plebiscyt skłonił mnie również do sięgnięcia po najsłynniejszego półkownika III Rzeczpospolitej, czyli Witajcie w życiu Henryka Dederki o Amwayu, osławionej firmie sprzedającej środki czystości w systemie marketingu wielopoziomowego. Również warto.

Opuśćmy granice Polski. Z niekłamaną fascynacją obejrzałem Africa: The Serengeti, krótkometrażowy film przyrodniczy nakręcony w połowie lat dziewięćdziesiątych dla IMAX-ów, ale zmontowany tak sprawnie, że wielkie wrażenie robi nawet w małym okienku YouTube’a (podziękowania dla M.M. za polecankę). W robieniu tegoż wrażenia wydatnie dopomaga mu niski głos narratora Jamesa Earla Jonesa (czyli Dartha Vadera) oraz „epicka” kompozycja Hansa Zimmera. Z Afryki cofnijmy się do Norwegii. Magnus: A Spring Day jest naturalistycznym drobiazgiem opowiadającym o życiu narkomana w stolicy państwa dobrobytu. Film nakręcił sam o sobie jego tytułowy bohater, któremu wypożyczono kamerę. Ostrzegam wrażliwych: sporo zbliżeń na wbijanie igły.

Krótki metraż to nie tylko dokument. Obejrzałem kilka najeżonych efektami specjalnymi, aktorskich film(ik)ów fantastycznych wyprodukowanych przez Allegro i wyreżyserowanych przez Tomasza Bagińskiego, nawiązujących do polskich baśni oraz legend. Jako tako bronią się obie części Twardowsky’ego, oczywiście dzięki Robertowi Więckiewiczowi w tytułowej roli. Natomiast Jaga oraz Operacja Bazyliszek kiepszczą i stanowią kolejny dowód tezy, że specjaliści od efektów specjalnych nie powinni siadać na krzesełku reżyserskim. Wiedźmin Bagińskiego okaże się prawdopodobnie jeszcze większą padaką niż bulwersująca ekranizacja Brodzkiego i Szczerbica z 2001 r.

twardowsky

Wracając na zakończenie do dokumentów, polecam również patriotyczny inaczej film pt. Wojtek: Niedźwiedź, który poszedł na wojnę. Gdy powiedziałem żonie, że w wojsku polskim służył niedźwiedź, który w stopniu kaprala walczył z Niemcami pod Monte Cassino, pomyślała chyba, że zakolegowałem się z Magnusem.

____________________
Autorką zdjęcia nagłówkowego jest Christiane Birr (CC).

Obejrzane w 2015: Kino świata

sin_nombreUcieczka z piekła (2009)

Koprodukcja meksykańsko-amerykańska o dziewczynie z Hondurasu jadącej pociągiem przez Meksyk, by nielegalnie przedostać się do Stanów Zjednoczonych. Jej losy krzyżują się z losami Caspra, młodocianego członka krwiożerczego meksykańskiego gangu.

Każda godzina podróży przybliża bohaterów do amerykańskiej Ziemi Obiecanej, a każdy kwadrans seansu przybliża widza do hollywoodzkiej sztancy. Sin Nombre zaczyna się od mocnych scen przywodzących na myśl Miasto Boga, a kończy… bardzo przewidywalnie. Na szczęście reżyseria i zdjęcia trzymają cały czas wysoki poziom. W obu kategoriach film Cary’ego Fukunagi, reżysera pierwszego sezonu True Detective, zdobył nagrody na festiwalu Sundance.

Czytaj dalej