Krótka historia Ekwadoru

chimborazo.jpg

Zeszłoroczne wakacje spędziłem w Ekwadorze. Zaowocowało to serią wcale sążnistych wpisów:

  • Tutaj pisałem o potencjale turystycznym tego równikowego kraju, o jego geografii i klimacie. Notkę ozdobiły zdjęcia And i Amazonii.
  • Tutaj pisałem o trudnej, ale i dość dziwnej rzeczywistości socjoekonomicznej Ekwadoru. Dołączone fotki przedstawiały z kolei stolicę – Quito.
  • Tutaj pisałem o ekwadorskiej kuchni. Zdjęcia zabrały nas zaś nad Pacyfik.
  • Tutaj pisałem o niełatwej sytuacji drogowej. Tym razem w kadrze znalazły się Cuenca, Park Narodowy El Cajas oraz inkaskie ruiny Ingapirca.
  • Tutaj pisałem o przepięknym, zielonym cmentarzu w przygranicznym Tulcán.
  • Tutaj pisałem o ekscesach ekwadorskiej polityki. Zdjęcia – gorące źródła w Papallacta i wielki targ w Otavalo.
  • Tutaj przedstawiłem próbkę dwudziestowiecznego ekwadorskiego malarstwa…
  • …a tutaj napisałem o najwybitniejszym dwudziestowiecznym malarzu Ameryki Południowej, rodowitym Ekwadorczyku.

I na razie to wszystko w tym temacie. Dziękuję za uwagę. Przeczytajcie koniecznie notkę-artykuł o Oswaldo Guayasamínie. Wiem, że jest długa, ale za to wycyzelowana. Do pochłonięcia jednym tchem.

Hasta la vista.

 

Reklamy

Matka Guayasamína

guayasamin-mujer

Imaynatan munanki chaynallatataq munasunki.
Miłością, którą obdarzysz innych, inni obdarzą i ciebie.
— powiedzenie keczuańskie

Historia jest koszmarem, z którego staram się przebudzić.
— James Joyce, Ulisses

Z początku w jego talent wierzyła wyłącznie matka. Matki tak właśnie mają w swoim odwiecznym, naiwnym, nieugiętym zwyczaju. Gdy Oswaldo był małym chłopcem, Dolores Calero, pokierowana macierzyńską intuicją, pchnęła życie synka na właściwą, wspaniałą trajektorię. Jak to uczyniła? Słowem zachęty odmierzonym starannie niczym miarka kukurydzianej mąki? Uśmiechem promiennym jak andyjski, czerwcowy świt? Cichym, serdecznym pocałunkiem na dobranoc, któremu towarzyszyło jedno jedyne zdanie wyszeptane do ucha tuż przed snem?

Niech to pozostanie ich tajemnicą.

Oswaldo odwdzięczył się matce w najpiękniejszy sposób, w jaki człowiek może podziękować człowiekowi: Unieśmiertelnił ją w sztuce. Owszem, niby nic nowego. Inni malarze robili to już tyle razy wcześniej. O ile jednak Rembrandt, Cézanne, Van Gogh, a nawet Warhol i Picasso portretowali swoje rodzicielki, kładli na płótnie konkretne twarze, o tyle Guayasamín, spadkobierca dwóch wielkich malarskich tradycji, uczynił coś więcej: namalował Matkę.

Czytaj dalej Matka Guayasamína

Rytuał w czerwieni

rytual_w_czerwieni.png

Gdy zeszłego lata gościłem w Quito, zależało mi na spędzeniu popołudnia w wielkim kompleksie muzealnym sąsiadującym z Domem Kultury. Ekwadorskie Muzeum Etnograficzne słynie wszak z arcyciekawej kolekcji sztuki prekolumbijskiej i kolonialnej; przy okazji chciałem zajrzeć również do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, może nawet także do Muzeum Instrumentów Muzycznych.

Z zewnątrz nowoczesny, owalny, oszkolony gmach jawił się jednak podejrzanie pusto. Karteczka wisząca na drzwiach potwierdziła nasze obawy: muzea były od wielu miesięcy zamknięte. Jakiś czas temu w kompleksie odbyła się międzynarodowa konferencja, bodajże klimatyczna. Wszystkie eksponaty tymczasowo przeniesiono do magazynów. Do lipca 2017 r. muzealnicy nie zdążyli się jeszcze wprowadzić z powrotem.

Mimo wszystko klamki nie pocałowaliśmy. Wślizgnęliśmy się do środka. Jedna wielka sala była wciąż czynna – choć bezludna, nie licząc dwóch strażników i recepcjonistki. W środku natrafiliśmy na kilkadziesiąt obrazów, które wydały mi się bardzo dobre. Sumiennie je obfotografowałem. Tym sposobem Blogrys dołącza do wąziutkiego grona polskich blogów zajmujących się ekwadorską sztuką nowoczesną.

Kliknij na któryś obraz, aby przejść do powiększeń z podpisami.

Powrót Bucarama

jacchigua

Lubię stereotypy. Bywają złośliwe, ale zazwyczaj okazują się statystycznie prawdziwe. Często oferują wytrych do zrozumienia nowej sytuacji. Oczywiście, wytrychem można uszkodzić zamek – stereotypy potrafią wyrządzić drugiej osobie krzywdę, zaprowadzić nas na manowce uprzedzeń. Jednak tak jak w rękach zdolnego ślusarza wytrych staje się po prostu uniwersalnym kluczem, tak w głowie powściągliwego outsidera stereotyp otwiera cudzą mentalność. Bo czyż to nie prawda, że Polacy są pomysłowi? Że Niemcy są dobrze zorganizowani? Że Wietnamczycy są pracowici? Że Norwegowie są uczciwi? Stereotypy, jak widać, nie muszą być wcale negatywne.

Z czym kojarzy Wam się Ameryka Łacińska? Ze zmysłowymi melodiami i politycznym burdelem? Słusznie.

Czytaj dalej Powrót Bucarama

Bézier na peryferiach

krzywe_beziera

Gdy byłem troszkę młodszy i gdy łatwiej było wywrzeć na mnie wpływ, Lord Thomas udzielił mi porady, którą obracam od tamtego czasu w głowie:

— Za każdym razem, gdy chcesz przeczytać książkę, która byłaby stratą czasu — powiedział — pamiętaj, że możesz raczej poświęcić się lekturze, z której dowiesz się czegoś nowego o otaczającym nas świecie.

Potem przez pół godziny utyskiwał nad bezsensem czytania biografii i natrząsał się z frajerów wertujących życie Steve’a Jobsa w nadziei, że sami lada miesiąc też zaczną zarabiać miliony na komputerowej technice. Tak było, Tomek.

Ze wszystkich mądrych książek, które przeczytałem w zeszłym roku, najlepiej wspominam Analizę systemów-światów. Wprowadzenie Immanuela Wallersteina. Srogi tytuł, surowe nazwisko! Analiza… wpasowała się tematem wprost idealnie w moje zaciekawienie historią światową (nie mylić z historią powszechną!1) dopiero co rozbudzone przez Andrew Marra (który co prawda opowiadał o historii powszechnej, nie światowej, ale czynił to w nad wyraz syntetyczny sposób).

Czytaj dalej Bézier na peryferiach

Księgarnia na Kolumba

bracia_karamazow.jpg

W połowie lipca w pewnej księgarni na Alei Krzysztofa Kolumba w Quito doszło do niesłychanego zdarzenia, które później okoliczni mieszkańcy przez czas jakiś zaciekle roztrząsali, usiłując ustalić nie tylko jego przebieg i następstwa, ale także, że się tak wyrażę, moralny, inherentny charakter. Wypada w tym momencie ujawnić — co nieskromne, lecz konieczne dla zrozumienia przebiegu opowieści — że wasz narrator był jednym z tegoż zajścia uczestników.

Czytaj dalej Księgarnia na Kolumba

Cmentarz w Tulcán

cmentarz_w_tulcan

Lord Thomas, który niekiedy zaszczyca Blogrysa komentarzem (poprzednim razem w imieniu Warszawy dziękował za filmik mentoringowy), dawno temu, jeszcze przed powstaniem tego blogu, załamywał browara w obliczu gospodarczej naiwności systemów RPG. Ubolewał podówczas nad koncepcją Miasta Bandytów, która w kryminalny sposób łamała kręgosłup rynkowej logice. Jeżeli wszyscy w mieście są bandytami – to z czego żyją? Co oni jedzą?!

W prawdziwym świecie miasta bandytów nie istnieją. Jednak istnieją miejscowości, w których prawie wszyscy mieszkańcy parają się aptekarstwem.

Czytaj dalej Cmentarz w Tulcán

La velocidad – Niebezpieczna prędkość

Ecuador_ingapirca_inca_ruins.jpgStojąc w korkach w zasmogowanym Quito wymyśliłem dwie gry drogowe; dwa motopasjanse do układania w głowie podczas mozolnego przedzierania się przez zatłoczoną stolicę Ekwadoru.

Pierwszy z nich nazwałem pico y placa od przepisów narzucających ograniczenia na ruch uliczny. Samochodom, których numer rejestracyjny kończy się na 1 lub 2, nie wolno jeździć po mieście w godzinach szczytu w poniedziałki. Cyfry 3 i 4 obowiązuje zakaz we wtorki, i tak dalej, aż do 9 i 0 w piątki. Sankcje za nieprzestrzeganie zasad są surowe. Jeżeli policja przyłapie nas na ich łamaniu, otrzymamy dwustudolarowy mandat, a niepokorne auto zostanie na dwie doby skonfiskowane. Za recydywę zaś powędrujemy na kilka dni do paki i przy odrobinie szczęścia Edward Miszczak przeprowadzi z nami wywiad.

Ale to w końcu Ameryka Łacińska. Nieutemperowani Latynosi nie zawsze przestrzegają wprowadzonych dla dobra społeczeństwa i powietrza reguł. Czasem przecież trzeba przedostać się z punktu A do punktu B, właśnie w godzinach szczytu, właśnie w „zły” dzień, właśnie samochodem. Gra w pico y plakę polega więc na tym, że w porze porannej lub popołudniowej obserwujemy uważnie samochody i przyznajemy sobie punkt za każdą wypatrzoną niedozwoloną rejestrację. A jeżeli sami również poruszamy się nielegalnie – punkty naliczane są podwójnie.

Czytaj dalej La velocidad – Niebezpieczna prędkość

Miłość w czasach empanady

ekwador_jedzenie

Pora wrzucić coś na ząb.

Wspomniałem wcześniej, że Ekwador jest agronomicznym zagłębiem Ameryki Łacińskiej. Taka pozycja musi owocować bogactwem i różnorodnością ekwadorskiej kuchni, różnorodnością tym większą, że, jak już wiemy, kontynentalna część kraju składa się z trzech odmiennych krain geograficznych: Amazonki, And oraz wybrzeża Pacyfiku. Nurty gastronomiczne mieszają się bez przeszkód.

Jednak najważniejsze słowo-klucz, którym należałoby określić ekwadorskie potrawy, brzmi: odmienność. Wszyscy wiemy, jakie wrażenia smakowe wiążą się z żarciem indyjskim i włoskim. Wielu z nas ma też konkretne i zgodne z prawdą wyobrażenia dotyczące kuchni arabskiej, francuskiej, greckiej czy meksykańskiej. Ale przysmaki ekwadorskie? „Z czym to się je?”

Sprawa zasadnicza: Kuchnia ekwadorska posiada inną „bazę” niż rodzima. Za podkład smakowy zup oraz za ważny dodatek do mięs służy kilka odmian kukurydzy (łącznie z mąką kukurydzianą używaną zamiast pszennej) oraz zielone banany. Wespół przydają potrawom specyficznego, słodkawomącznego smaku. Dlatego właśnie rosół ekwadorski, choć jego zasadniczą część również stanowi najzwyczajniejsza w świecie kura, w ustach wybrzmiewa zupełnie inną nutę. Do owej inności trzeba się wpierw przyzwyczaić, ale po upływie tygodnia-dwóch zimne ognia naszego języka, jak śpiewał poeta, będą swobodnie ślizgać się po skórce pieczywa… to znaczy po miejscowych specjałach.

Czytaj dalej Miłość w czasach empanady

Dolarowy równik

quito_naglowek

Żart, którym Was zaraz uraczę, jest w gruncie rzeczy nieśmieszny i nerdowski. Nic na to nie poradzę. Przyplątał się jakoś na początku lipca i umocował na dobre w mojej głowie.

Otóż w trakcie wędrówek po Ekwadorze, wskutek czujnego obserwowania miejscowej ludności – czujnego nie jak w „bałem się, żeby mnie nie rąbneli”, ale jak w „liznąłem trochę socjologii i antropologii, więc wypadałoby zauważyć więcej niż pierwszy lepszy gringo-turysta” – otóż przyszło mi wówczas na myśl, że gdyby kolejna część Indiany Jonesa rozgrywała się w tamtym rejonie świata, winna nosić tytuł Indiana Jones i Arka Redystrybucji Podatkowej lub Indiana Jones i Ostatni Współczynnik Giniego.

Mówiłem, żart hermetyczny, nieśmieszny… ale przynajmniej kolejnej części wrażeń wywiezionych z Ekwadoru nie muszę rozpoczynać in medias res.

Czytaj dalej Dolarowy równik